Page 18FCEBD2B-4FEB-41E0-A69A-B0D02E5410AERectangle 52 Przejdź do treści

Szanowni Państwo!

Wiele osób spośród naszych Czytelników i Czytelniczek wybiera tradycyjną drukowaną wersję kwartalnika, ale są także tacy, którzy coraz częściej korzystają z nośników elektronicznych. Dlatego wprowadzamy cyfrową wersję „Przekroju”. Zapraszamy do wykupienia prenumeraty, w której ramach proponujemy nieograniczony dostęp do aktualnych i archiwalnych wydań kwartalnika.

Ci z Państwa, którzy nie zdecydują się na prenumeratę, będą mieli do dyspozycji bezpłatnie 3 „Przekrojowe” teksty oraz wszystkie rysunki Marka Raczkowskiego, krzyżówki, recenzje, ilustracje i archiwalne numery z lat 1945–2000. Zapraszamy do lektury!

wykup prenumeratę cyfrową
Przekrój
„Wszechświat (zwany inaczej Biblioteką) składa się z nieokreślonej – być może zaś nieskończonej ...
2018-12-05 10:00:00
Opowiadanie

Biblioteka Babel

ilustracja: Marek Raczkowski
Biblioteka Babel
Biblioteka Babel

„Dziwne? Tak – ale warto przeczytać”. Takim hasłem w 1957 r. „Przekrój” zachęcał do lektury kultowego dziś opowiadania Jorgego Luisa Borgesa o bibliotece. Zachęcać było trzeba, bo wydrukowany dwa lata wcześ­niej, dziś również kultowy Ogród o rozwidlających się ścieżkach, będący pierwszym spotkaniem polskich czytelników z Borgesem, „nie znalazł jakoś oddźwięku”. Katastrofa. „Może dlatego, że tekst był wydrukowany na końcu numeru, może dlatego, że kryminalna fabuła przesłoniła jednak w tym opowiadaniu prawdziwy sens, który chciał ukazać Borges” – próbowała się pocieszać redakcja. Do kolejnej próby przyłożyła się bardziej, poprzedzając tym razem opowiadanie krótką, acz treściwą egzegezą: „Prosimy także Czytelników o szczególną uwagę: opowiadania Borgesa mogą wydać się początkowo trudne, a nawet bezsensowne, zawsze jednak jest w nich miejsce, które rozjaśni zagadkę i wyjawi prawdziwy zamiar autora. Wszystko wówczas staje się jasne i oczywiste”.Doznania tej jasności i oczywistości życzymy i Wam, Czytelnicy z 2018 r.

Biblioteka Babel 1)

By this art you may contemplate
the variations of the 23 letters 2)…

The Anatomy of Melancholy,
Part 2, sect. II, mem. IV

Zamów prenumeratę cyfrową

Z ostatniej chwili!

U nas masz trzy bezpłatne artykuły do przeczytania w tym miesiącu. To pierwszy z nich. Może jednak już teraz warto zastanowić się nad naszą niedrogą prenumeratą cyfrową, by mieć pewność, że żaden limit Cię nie zaskoczy?

Wszechświat (zwany inaczej Biblioteką) składa się z nieokreślonej – być może zaś nieskończonej – ilości sześciokątnych galerii. W nich, w środku znajdują się głębokie studnie wentylacyjne, obrzeżone bardzo niskimi poręczami. Z każdego sześciokąta widać wyższe i niższe piętra – bez końca.

Struktura galerii jest niezmienna. Dwadzieścia pięć półek, po pięć na każdą ścianę, zasłania wszystkie mury, prócz jednego; ich wysokość, równa wysokości piętra, nie różni się od zwykłej biblioteki. W szóstej ścianie znajduje się wąski korytarzyk, prowadzący do innej galerii, identycznej z poprzednią – i wszystkimi.

Po prawej i lewej stronie korytarzyka znajdują się dwa maleńkie pomieszczenia. W jednym można na stojąco spać; w drugim załatwiać potrzeby naturalne. Między nimi znajdują się kręcone schody, wznoszące się i schodzące póki sięga wzrok.

W korytarzu znajduje się również lustro, wiernie odbijające wygląd rzeczy. Ludzie wyciągają stąd wniosek, że Biblioteka nie jest nieskończona; gdyby była nią naprawdę, po cóż to żmudne podwajanie świata? Ja jednak wolę sobie wyobrażać, że te gładkie powierzchnie znalazły się tutaj, by symbolizować i obiecywać ludziom nieskończoność... Kuliste owoce, zwane lampami, zapewniają oświetlenie. W liczbie dwu na sześciokąt, umieszczone naprzeciwko siebie, lampy te mżą nieustannym i niewystarczającym światłem.

Jak wszyscy ludzie w Bibliotece, spędziłem młodość na podróżach; odbywałem pielgrzymki, poszukując pewnych książek, bądź też nawet katalogu katalogów. Teraz, kiedy oczy moje z trudnością rozróżniają to, co napisałem, przygotowuję się do śmierci w miejscu, odległym o kilka zaledwie mil od galerii, w której się urodziłem. Gdy umrę, znajdą się pobożne ręce, które wyrzucą mnie za balustradę; grobem moim będzie niezmierzone powietrze; ciało będzie nieustannie spadać, aż rozpadnie się i rozwieje w wietrze, spowodowanym przez upadek, który jest wieczny. Twierdzę bowiem, że Biblioteka jest nieskończona. Idealiści dowodzą, że sześciokątne sale są konieczną formą absolutnej przestrzeni, albo w każdym razie – naszego pojęcia o przestrzeni. Twierdzą, że sala trójkątna lub pięciokątna jest nie do wyobrażenia. (Mistycy utrzymują, że widzą w zachwyceniu okrągły pokój, w nim zaś – wielką okrężną księgę o wklęsłym grzbiecie, obiegającą dokoła ściany; ich świadectwo jest jednak niepewne, zaś słowa ciemne: ta okrężna księga, to Bóg). Niech więc tymczasem wystarczy klasyczna definicja: Biblioteka jest przestrzenią, której ośrodkiem jest jakikolwiek sześciokąt, zaś obwód jest niedosiężny.

Na wszystkich ścianach wszystkich sześciokątów znajdują się półki, w liczbie pięciu. Na każdej półce znajdują się trzydzieści dwie książki identycznego formatu; każda książka ma czterysta dziesięć stron; każda strona – czterdzieści wierszy; każdy wiersz – około osiemdziesięciu czarnych znaków. Na grzbiecie każdej książki znajdują się litery; jednak litery te bynajmniej nie wskazują ani zapowiadają, co mieści książka: zjawisko to – jak wiadomo – wydawało się nieraz tajemnicze. Zanim jednak podam rozwiązanie (odkrycie tego rozwiązania, mimo tragicznych konsekwencji, jest prawdopodobnie największym wydarzeniem historii), chciałbym przypomnieć kilka aksjomatów.

Pierwszy aksjomat: Biblioteka istnieje wiecznie. Nikt, kto rozsądny, nie może wątpić o tej prawdzie, z której natychmiast wypływa wniosek o wiecznej przyszłości świata. Człowiek, ten niedoskonały bibliotekarz, może być dziełem przypadku lub złośliwych demiurgów; świat ze swym niezwykłym zapasem półek, enigmatycznych tomów, niezmordowanych schodów dla podróżnych i ustępów dla siedzących bibliotekarzy, może być tylko dziełem boskim. Aby uchwycić różnicę między tym, co boskie a tym, co ludzkie, dość porównać chwiejne, prymitywne symbole, które moja omylna dłoń kreśli na okładce książki, z monumentalną doskonałością liter, zapełniających strony: delikatnych, idealnie czarnych, nieporównanie symetrycznych, słowem – organicznie należących do porządku świata.

Drugi aksjomat: symbolów ortograficznych jest dwadzieścia pięć*. Spostrzeżenie to pozwoliło sformułować przed trzystu laty ogólną teorię Biblioteki i rozwiązać zadowalająco problem, którego nie mogło rozwikłać tysiące przypuszczeń: a mianowicie, kwestię chaotycznej i bezkształtnej zawartości prawie wszystkich książek. Jedna z nich, którą ojciec mój odkrył w sześciokącie okręgu 15–80–16, zawierała litery ­M R V 3), powtarzające się perfidnie od pierwszego do ostatniego wiersza. Inna (często badana w mojej okolicy) jest czystym labiryntem liter, ale na przedostatniej stronie znajdują się zdania: O czasie twe piramidy. Dziś już wiadomo: jedno rozsądne zdanie, jedną prawdziwą informację, trzeba okupić milami bezsensownych kakofonii, zamętu i galimatiasu. (Znam barbarzyńską okolicę, gdzie bibliotekarze uznają skłonność do szukania sensu w książkach za daremny przesąd; porównują ją z wiarą w sny lub we wróżby z linii dłoni... Przyznają, że wynalazcy pisma naśladowali dwadzieścia pięć naturalnych symboli, ale utrzymują, że wszelkie ich zastosowanie jest przypadkowe i książki same w sobie nie znaczą nic. Opinia ta, jak zobaczymy, nie jest absolutnie mylna).

Dawniej wierzono, że te nieprzeniknione księgi zostały napisane w nieznanych lub wygasłych językach. W istocie, najstarsi ludzie, pierwsi bibliotekarze, posługiwali się mową bardzo różną od tej, jaką dziś używamy; prawdą jest także, że o kilkadziesiąt mil w prawo mówi się dialektem, zaś o czterysta pięter wyżej4) – językiem całkiem dla nas niezrozumiałym. Wszystko to, powtarzam, jest prawdą; jednakże czterysta dziesięć stron niezmiennych M R V nie może odpowiadać żadnemu językowi, choćby najprymitywniejszemu. Suponowano, że każda litera może wpływać na następną i że znaczenie M R V w trzeciej linijce siedemdziesiątej pierwszej strony jest różne od znaczenia M R V w innym wierszu innej strony; ta mętna hipoteza nie utrzymała się jednak długo. Pomyślano wówczas o „kryptogramach”: przypuszczenie to w końcu zwyciężyło, aczkolwiek słowo to rozumie się dzisiaj inaczej, niż niegdyś.

Przed pięciuset laty bibliotekarz jednego ze znajdujących się wyżej sześciokątów** wykrył książkę, równie niejasną co inne, ale zawierającą prawie dwie strony jednorodne, prawdopodobnie czytelne. Pokazał swe odkrycie wędrownemu tłumaczowi, który uznał, że napisane są po portugalsku; inni twierdzili, że to hebrajski5). Minął prawie wiek, zanim rozpoznano dokładnie narzecze: był to litewski dialekt języka guarani, z wtrętami w klasycznym arabskim. Rozszyfrowano również znaczenie tekstu: były to elementy analizy kombinatorycznej, ilustrowane przykładami stale powtarzających się zmiennych. Przykłady te pozwoliły pewnemu genialnemu bibliotekarzowi odkryć fundamentalne prawo Biblioteki. Myśliciel ten zauważył, że wszystkie książki, choćby najbardziej się różniły, posiadają zawsze wspólne elementy: przestrzeń, kropkę, przecinek, dwadzieścia dwie litery alfabetu. Stwierdził także fakt, który zaświadczają wszyscy podróżnicy: Nie ma w całej ogromnej Bibliotece dwu identycznych książek. Z tych bezspornych przesłanek wyciągnął wniosek, że Biblioteka jest totalna, i że półki obejmują wszystkie możliwe kombinacje dwudziestu kilku symboli ortograficznych (a więc ilość ograniczoną, chociaż bardzo wielką) – słowem, wszystko, co tylko można wyrazić i to we wszystkich możliwych językach. Wszystko: dokładną historię przyszłości, autobiografię archaniołów, prawdziwy katalog Biblioteki, tysiące i tysiące katalogów fałszywych, dowód fałszywości tych katalogów, dowód fałszywości prawdziwego katalogu, ewangelię gnostyczną Bazylidesa, komentarz tej ewangelii, prawdziwą opowieść o jego śmierci6), przekłady wszystkich książek na wszystkie języki, interpelację każdej książki we wszystkie inne7).

Kiedy ogłoszono, że Biblioteka obejmuje wszystkie książki, ludzi ogarnęła szaleńcza radość. Czuli się panami nietkniętego i tajemniczego skarbu. Nie było osobistego lub światowego problemu, którego wymowne rozwiązanie gdzieś by się nie znajdowało: w którymś z niezliczonych sześcioboków. Świat zyskał usprawiedliwienie, nabrał nagle nieskończonego wymiaru nadziei. W owych czasach mówiono wiele o Usprawiedliwieniach: księgach proroczych, które wyjaśniały ostatecznie czyny każdego człowieka na świecie i zapowiadały mu w przyszłości niezwykłe tajemnice. Tysiące wiernych porzuciły słodki rodzinny sześciobok i rzuciły się na schody, gnane złudną nadzieją odnalezienia własnego Usprawiedliwienia. Pielgrzymi kłócili się na wąskich korytarzach, obrzucali ciemnymi przekleństwami, dusili wzajemnie na boskich schodach, rzucali na dno studni kłamliwe książki, ginęli, spychani przez ludzi z odległych okolic. Inni stracili rozum... Zapewne, Usprawiedliwienia istnieją (sam znam dwa, odnoszące się do ludzi przyszłości, którzy może się kiedyś rzeczywiście narodzą), ale pielgrzymi nie zdawali sobie sprawy, że prawdopodobieństwo odnalezienia własnego – lub choćby jakiejś perfidnej odmiany własnego – jest nieskończenie bliska zera.

Wierzono również w ówczesnej epoce, że wkrótce uda się rozjaśnić największe tajemnice ludzkości: powstanie Biblioteki i powstanie Czasu. Nie jest pewne, czy tak poważne tajemnice mogą zostać wyrażone ludzkimi słowami: jeśli jednak nawet nie wystarczy język filozofów, wielokształtna Biblioteka wytworzyła ów niesłychany język, jakiego potrzeba, wraz z jego słownikiem i gramatyką. Mijają już cztery wieki, jak ludzie wędrują w tej nadziei po Bibliotece... Istnieją oficjalni badacze, inkwizytorzy. Widziałem, jak spełniają swoje obowiązki: przybywają zawsze śmiertelnie znużeni; mówią o brakujących stopniach na schodach, które o mało co nie spowodowały ich zguby; rozprawiają z bibliotekarzem o galeriach i korytarzach; czasem zdejmują z półki najbliższą książkę i przerzucają ją, szukając niegodnych słów. Widać, że niczego już nie spodziewają się odkryć.

Po nierozumnej nadziei nastąpiła – jak to zwykle bywa – przesadna rozpacz. Pewność, że na jakiejś półce którejś galerii spoczywają drogocenne książki, oraz że te książki są niedostępne, wydała się ludziom nie do zniesienia. Bluźniercza sekta zażądała przerwania poszukiwań, proponując, aby wszyscy ludzie pomieszali litery i symbole, licząc na to, że szczęśliwy traf umożliwi odtworzenie kanonicznych ksiąg. Władze zostały zmuszone do wydania najsurowszych zarządzeń. Sekta zniknęła. W dzieciństwie widywałem jednak jeszcze starców, ukrywających się długo w ustępach, po to, by przy pomocy zakazanego lejka i metalowych krążków nieudolnie odtwarzać boski nieporządek.

Inni natomiast sądzili, że przede wszystkim należy usunąć zbędne egzemplarze. Nachodzili galerie, legitymując się pozwoleniami, które niekiedy były nawet autentyczne; kartkowali ze znudzeniem poszczególne tomy i skazywali na zniszczenie całe półki. Ich ascetyczno-higienicznemu szaleństwu zawdzięczamy dziś głośną stratę milionów tomów. Imię ich zostało przeklęte, jednakże ci, którzy żałują „skarbów”, zniszczonych z bluźnierczym zapałem, zapominają o dwóch niewątpliwych faktach. Po pierwsze Biblioteka jest tak ogromna, że wszelkie zniszczenie, dokonane ludzką ręką może być tylko niesłychanie drobne. Po drugie: jeśli każdy egzemplarz jest jedyny, nie do zastąpienia, to istnieć musi także – Biblioteka jest przecież totalna – kilkaset tysięcy niedoskonałych wersji każdej książki: dzieł, które różnią się od prawidłowego tekstu tylko jedną literą lub przecinkiem. Śmiem więc przypuszczać, wbrew powszechnemu przekonaniu, że zniszczenia, jakich dokonali Asceci, zostały wyolbrzymione przez grozę, którą budził ich fanatyzm. Dręczyło ich szaleńcze pragnienie zdobycia chimerycznych książek, należących do tak zwanego Szkarłatnego Sześcioboku: książek małego formatu, ilustrowanych, magicznych i wszechpotężnych.

Dotrwał do naszych czasów jesz­cze jeden stary przesąd: wiara w Człowieka Książki. Na którejś z półek – myślano – musi znajdować się książka, która jest kluczem i wiernym streszczeniem wszystkich innych: istnieje też bibliotekarz, który przeczytał tę Księgę i stał się podobny bogu. W języku, używanym w naszej okolicy, zachowały się jeszcze ślady kultu, jakim cieszył się ten nieznany i daleki urzędnik. Wielu pielgrzymów, wybrawszy się na jego poszukiwanie, przemierzało najdalsze okolice Biblioteki. Jak umiejscowić sekretny i czcigodny sześciokąt, w którym przebywał? Ktoś zaproponował metodę regresywną: aby umiejscowić książkę A, odszukać wpierw książkę B, która wskaże miejsce A; aby umiejscowić książkę B, odkryć książkę C i tak bez końca... Na podobnych przedsięwzięciach i ja zużyłem siły, straciłem lata. Jest pewne, że na którejś półce wszechświata znajduje się owa totalna ­książka***; błagam nieznane bóstwa, aby człowiek – choćby jeden człowiek, choćby przed tysiącami lat – odkrył ją i przeczytał. Jeśli honor, mądrość i radość nie zostały mi przeznaczone, niech chociaż wpłyną na innych. Niechaj niebo istnieje, jeśli nawet moje miejsce jest w piekle. Niech będę znieważony i zniszczony, oby tylko cała Twa ogromna Biblioteka znalazła – w jednym człowieku, w jednej chwili – swoje odwieczne Usprawiedliwienie.

Bezbożnicy twierdzą, że nonsens jest w Bibliotece regułą i fragmenty sensowne, albo przynajmniej częściowo logiczne, są w niej cudownym właściwie wyjątkiem. Wiem, że mówią „o rozgorączkowanej Bibliotece, w której przypadkowe tomy mogą się w każdej chwili przemienić w inne i które jednocześnie afirmują, negują i mieszają wszystko, jak ogarnięte szałem bóstwo”. Słowa te nie tylko demaskują nieporządek, ale także – głoszą jego chwałę; stanowią dowód szkaradnego smaku i zrozpaczonej niewiedzy. W istocie bowiem Biblioteka obejmuje wszystkie struktury słowne, wszystkie kombinacje, na jakie pozwala 25 symboli ortograficznych, nie zawiera jednak ani jednego absolutnego nonsensu. Na nic nie zda się uwaga, że najlepsze książki, znajdujące się w licznych administrowanych przeze mnie galeriach, noszą tytuły: „Łykowaty piorun”, „Skurcz gazowy” i „Axaxaxas mlo”. Zwroty te, bezsensowne na pierwszy rzut oka, mogą być prawdopodobnie rozszyfrowane jako alegorie lub kryptogramy; szyfr ten musi być słowny, i jako taki znajduje się już w Bibliotece. Nie mogę napisać ani jednego ciągu znaków, na przykład dhmnbhuoz­, którego nie przewidziałaby już boska Biblioteka; i w którymś z jej tajemnych języków słowa te posiadają bez wątpienia straszliwe znaczenie. Nikt nie może wypowiedzieć choćby jednej zgłoski, która nie byłaby pełna czułości lub grozy, która by nie odznaczała gdzieś potężnego imienia boga. Kto mówi, popada w tautologię. Ten niepotrzebny i gadatliwy list, który piszę, istnieje już gdzieś w jednym z trzydziestu tomów pięciu półek jednego z niezliczonych sześciokątów – podobnie jak jego zaprzeczenie8).

Systematyczne pisanie pozwala mi szczęśliwie zapomnieć o obecnej doli człowieka. Pewność, że wszystko zostało już napisane, pozbawia ludzi znaczenia lub też czyni z nich bezcielesne zjawy. Znam okolicę, gdzie młodzi ludzie oddają cześć księgom lub też całują barbarzyńsko stronice, ale nie umieją przeczytać ani jednej litery. Epidemie, spory, herezje, pielgrzymki, które zamieniały się nieuchronnie w rozboje, zdziesiątkowały ludność. Zdaje się, że wspomniałem już o samobójstwach, z każdym rokiem liczniejszych. Możliwe, że myli mnie starość i strach, ale przypuszczam, że rodzaj ludzki – jedyny jaki istnieje – niedługo już wygaśnie, podczas gdy Biblioteka stać będzie wiecznie: oświetlona, samotna, nieskończona, doskonale nieruchoma, zbrojna w drogocenne tomy, niepotrzebna, nieskazitelna, tajemnicza.

Napisałem: nieskończona. Nie wtrąciłem tego przymiotnika w retorycznym zapamiętaniu; sądzę, że nie jest nonsensem twierdzenie, iż świat jest nieskończony. Uważać, że jest ograniczony, to zakładać, że gdzieś, w jakimś odległym zakątku mogą się skończyć korytarze, galerie i schody – jest to absurd, rzecz nie do pojęcia. Wyobrażać zaś sobie, że świat jest nieograniczony, to zapominać, że ilość książek, aczkolwiek wielka, jest jednak skończona. Ośmielam się zaproponować następujące rozwiązanie prastarego problemu: Biblioteka jest nieskończona i periodyczna. Gdyby istniał nieśmiertelny podróżnik, przemierzający Bibliotekę w jednym kierunku, spostrzegłby po wiekach, że te same tomy powtarzają się zawsze w tym samym nieporządku (który, powtórzony, stałby się już porządkiem: Ładem). Pocieszam się w samotności tą kunsztowną nadzieją9).

Tłumaczył…10)

* W rękopisie oryginału nie ma ani cyfr, ani dużych liter. Interpunkcja jest ograniczona do przecinka i kropki. Te dwa znaki, przestrzeń i dwadzieścia dwie litery alfabetu składają się na dwadzieścia pięć wystarczającychsymboli, o których mówi nieznany autor. (Nota wydawcy).
** Dawniej jeden człowiek wypadał na trzy sześciokąty. Samobójstwa i choroby płucne naruszyły tę proporcję. Wspomnienie pełne niewyraźnej melancholii: zdarzyło mi się nieraz całymi dniami i nocami podróżować przez lśniące schody i korytarze, nie spotykając ani jednego bibliotekarza.
*** Powtarzam: wystarczy, aby dana książka była możliwa, a na pewno istnieje. Wykluczone jest tylko to, co niemożliwe. Na przykład: nie ma książki, która by była zarazem drabiną, aczkolwiek muszą istnieć książki, które dyskutują, przeczą lub głoszą tę możliwość, i inne, których układ przypomina symbolicznie drabinę.

 

Tekst z archiwum, nr 644/1957 r. (pisownia oryginalna)

rys. Marek Raczkowski
rys. Marek Raczkowski

PRZYPISY REDAKCJI

1) W „Przekroju” z 1957 r. opowiadanie miało tytuł Biblioteka. My zdecydowaliśmy się na tytuł bardziej znany polskiemu czytelnikowi i bliższy oryginałowi.

2) „W ten sposób można rozważać kombinacje 23 liter”.

3) W oryginale mowa o liczbach 15, 90 i 4 oraz literach MCV. Trudno powiedzieć, dlaczego tłumacz tekstu wybrał inne liczby i litery. Ta uwaga dotyczy również fragmentów, do których odnoszą się przypisy poniżej. rach MCV. Trudno powiedzieć, dlaczego tłumacz tekstu wybrał inne liczby i litery. Ta uwaga dotyczy również fragmentów, do których odnoszą sięprzypisy poniżej. rach MCV. Trudno powiedzieć, dlaczego tłumacz tekstu wybrał inne liczby i litery. Ta uwaga dotyczy również fragmentów, do których odnoszą się przypisy poniżej.

4) Powinno być: „dziewięćdziesiąt pięter wyżej”.

5) Powinno być: „jidysz”.

6) Powinno być: „twojej śmierci”.

7) W oryginale narrator wymienia również „traktat, który Beda mógł napisać (i nie napisał) o mitologii Sasów, oraz zaginione księgi Tacyta”.

8) W oryginale pojawia się w tym miejscu dodatkowy fragment, nie wiedzieć czemu pominięty przez tłumacza: „(Liczba n możliwych języków korzysta z tego samego zasobu słów, w niektórych słowo biblioteka dopuszcza poprawną definicję: wszechobecny i trwały system sześciokątnych galerii, ale biblioteka to chleb lub piramida lub cokolwiek innego, a sześć słów, które ją definiują, ma inną wartość. Czy ty, który mnie czytasz, jesteś pewien, że rozumiesz moje słowa?)” [tłum. red.].

9) Tutaj znajdował się przypis pominięty w „Przekroju” z 1957 r. (przetłumaczyliśmy go sami na potrzeby niniejszej publikacji): „Letizia Alvarez de Toledo zauważyła, że ta ogromna biblioteka jest bezużyteczna: w gruncie rzeczy wystarczyłby jeden tom, który byłby wydrukowany w zwykłym formacie, czcionką dziewięcio- lub dziesięciopunktową, i zawierał nieskończoną ilość nieskończenie cienkich kartek. (Na początku XVII w. Cavalieri stwierdził, że wszystkie ciała stałe składają się z nieskończonej ilości warstw). Korzystanie z tego jedwabistego vademecum nie byłoby łatwe: każda pozorna kartka rozwijałaby się w inne analogiczne kartki; niewyobrażalna kartka środkowa nie miałaby strony odwrotnej”.

10) No właśnie, kto tłumaczył? W „Przekroju” z 1957 r. nie pojawia się, niestety, nazwisko tłumacza. Pewnie zginęło w przepastnych galeriach Biblioteki.
 

Data publikacji:

Jorge Luis Borges

Jeden z najwybitniejszych pisarzy argentyńskich. W szkole podstawowej jąkał się i nosił okulary, czym narażał się na drwiny kolegów. Dziś jest nieskończonym źródłem inspiracji dla nieskończonej ilości pisarzy i filozofów. Żył w latach 1889–1986.

okładka
Dowiedz się więcej

Prenumerata
Każdy numer ciekawszy od poprzedniego

Zamów już teraz!

okładka
Dowiedz się więcej

Prenumerata
Każdy numer ciekawszy od poprzedniego

Zamów już teraz!