Page 18FCEBD2B-4FEB-41E0-A69A-B0D02E5410AERectangle 52 Przejdź do treści

„Przekrój” – poznaj nasze czułe struny!

Ta jesień jest pełna czułości! A już na pewno jest jej pełen jesienny „Przekrój”. W nowym numerze piszemy o tym, jak czułością zmieniać świat, a także o: mądrej edukacji, hologramach, grzybach (też tych, wiadomo których), dojrzałości i Inkach. Zastanawiamy się, czym jest prawda i jak opisać piękno. 196 stron do czytania przez trzy miesiące!

Kup numer na jesień

Jesienny „Przekrój” w nowym formacie jest wygodniejszy do czytania i idealnie mieści się w skrzynce pocztowej. Tylko na stronie Przekroj.pl w niższej cenie. Sprawdź!

Przekrój
Budzimy się w nowym świecie? Czy po prostu się budzimy? Damy radę? Tak obiecuje Paweł Ponury Żukowski. ...
2020-04-26 00:00:00

Będzie tylko gorzej
Rozmowa z Pawłem Ponurym Żukowskim

Zdjęcie z projektu DAMY RADĘ fot: Grzegorz Wełnicki/RATS Agency i Gosia Białobrzycka/Van Dorsen Artists
Będzie tylko gorzej
Będzie tylko gorzej

Budzimy się w nowym świecie? Czy po prostu się budzimy? Damy radę? Tak obiecuje Paweł Ponury Żukowski. W starych, dobrych czasach zapowiadał, że „koniec jest bliski”, więc jego przepowiednie warto brać pod uwagę.

Czyta się 21 minut

– Damy radę? – zadaję to pytanie (z bezpiecznej odległości) Pawłowi Ponuremu Żukowskiemu. Czy jest on artystą naszych czasów? Im dłużej trwa pandemia, tym bardziej utwierdzam się w tym przekonaniu.

Przed zarazą Paweł Żukowski był artystycznym outsiderem. Dobrowolnym? W trakcie rozmowy jeszcze do tej kwestii wrócimy; na takie pytanie nigdy nie ma przecież prostej odpowiedzi. Człowiek jest kowalem własnego losu i jednocześnie w rękach tegoż losu igraszką, nie mówiąc o wplątaniu w sieć osobistych i społecznych uwarunkowań, pragnień i popędów. Cóż zatem oznacza dobrowolność w kontekście dialektyki sukcesu i porażki? Na przykład Paweł Ponury Żukowski praktykował w ostatnich latach kulturę przegrywu – i czynił to, paradoksalnie, z powodzeniem. Absolwent SGH i Uniwersytetu Artystycznego w Poznaniu, artysta queerowy, producent sesji modowych, były szef działów w kolorowych pismach, jest autorem takich projektów jak nigdy nie ukończone Zjebane życie czy Ponuro mi, czyli facebookowy funpage, na którym publikował surowe w formie i celne w treści krótkie komiksy na temat fascynujących go zagadnień, takich jak depresja, porażka, bezrobocie czy poczucie beznadziei.

Seria FOTOPERFORMENS, Tymek Wojciechowski & Paweł Żukowski
Seria FOTOPERFORMENS, Tymek Wojciechowski & Paweł Żukowski

Kiedy z nastaniem „dobrej zmiany” znajomych zaczęło się częściej spotykać na demonstracjach, również wyszedł na ulicę, ale celował w manifestowaniu w pojedynkę. Ubrany w czarny kombinezon, z oczami skrytymi za ciemnymi okularami, stawał w ruchliwych punktach miasta, trzymając w rękach kartony, na których czarną farbą wypisane były hasła. Na Krakowskim Przedmieściu stał z tekstem „ŻYCIE ŁATWO PRZECHODZI W ŚMIERĆ”. Pod Palmą prezentował hasło „WSZYSCY JESTEŚMY PODEJRZANI”. Pod Sejmem – „COŚ POSZŁO NIE TAK”. U wrót Gazety Polskiej – „LGBT TO JA”. Na tle pomnika smoleńskiego pokazywał karton z napisem „MOJA TRAGEDIA JEST WAŻNIEJSZA”. Na Patelni (przy wyjściu ze stacji metra Centrum – przyp.red.) zapowiadał „THE END IS NEAR”.

„BĘDZIE TYLKO GORZEJ”, „NIGDY W ŻYCIU NIE BALIŚMY SIĘ TAK BARDZO”, „BĘDZIE DROŻEJ” – to niektóre z pesymistycznych przesłań, z którymi Ponury Żukowski wychodził do ludzi, by mącić ich dobry nastrój. Teraz zmącenie dobrego nastroju przybrało rozmiary pandemii, a w komunikatach artysty zadźwięczało brzmienie przepowiedni, która właśnie się spełniła. I to nie tylko w sensie przyszłości społeczeństwa w ogóle, ale również w szczegółowej kwestii dalszych losów sztuki. Kartony, na których pracuje Ponury Żukowski, pochodzą z dyskontów i ze śmietników. W realizację zaangażowany jest jeden artysta, działający bez instytucji, kuratorek, przestrzeni wystawienniczej i działów PR. W świecie zamkniętych muzeów, odwołanych wydarzeń, zdezorientowanych kuratorów w nieczynnych galeriach i cięć budżetów na kulturę, tyle zostało z życia artystycznego: DIY, pozainstytucjonalna dystrybucja, twórca i jego komunikat. Instytucjonalne życie artystyczne zamarło, tymczasem Paweł Ponury Żukowski ma pełne ręce roboty. W starych, dobrych czasach malował złowieszcze komunikaty. Czy jednak stare czasy były rzeczywiście dobre? Czy wraz z wybuchem pandemii przebudziliśmy się w nowym świecie czy po prostu: przebudziliśmy się? W każdym razie w nowych, złych czasach artysta maluje jak opętany komunikat „DAMY RADĘ” i rozdaje go ludziom, aby wieszali go w oknach i na balkonach. Ironia? Być może, ale jak na razie ta praca jest jednym z największych artystycznych hitów sztuki doby pandemii; akcja Żukowskiego zatacza coraz szersze kręgi, również medialne.

Seria FOTOPERFORMENS, Tymek Wojciechowski & Paweł Żukowski
Seria FOTOPERFORMENS, Tymek Wojciechowski & Paweł Żukowski

Pytam Pawła, jak się czuje w momencie, w którym wygląda na to, że jego przepowiednie się spełniły, społeczeństwo jest zdezintegrowane, kryzys i niepokój stały się doświadczeniem powszechnym, a jego metody twórcze antycypowały świat sztuki, który właśnie nadszedł.

– To jest niewyobrażalne kiedy nagle wszystko, co ci się wydawało, dzieje się naprawdę – odpisuje Ponury Żukowski i wysyła mi obrazek: transparent z tekstem „NIE WIEDZIAŁEM, NIE CHCIAŁEM” namalowany na jakiejś dracznej różowej tkaninie w krówki i prosiaki – Zrobiłem to jakieś dwa lata temu, mniej więcej o tej porze roku. To jest wszystko totalnie ze śmieci. Nie miałem wtedy pracy, materiał to stare zasłonki, kije to drewniany karnisz, malowałem farbami akrylowymi, które miałem w piwnicy; zostały mi z jakichś scenografii, które robiłem wcześniej. Jak mi napisałeś o antycypacji teraźniejszości, od razu mi to przyszło do głowy.

Zamów prenumeratę cyfrową

Z ostatniej chwili!

U nas masz trzy bezpłatne artykuły do przeczytania w tym miesiącu. To pierwszy z nich. Może jednak już teraz warto zastanowić się nad naszą niedrogą prenumeratą cyfrową, by mieć pewność, że żaden limit Cię nie zaskoczy?

– Stało się! Mleko się rozlało, jest pandemia, kryzys demokracji, kryzys ekonomiczny, przegryw na globalną skalę. I co teraz? Damy radę?

– Mówiąc serio, to na pewno nie damy rady. Nie w ten sposób, w jaki działaliśmy przed wybuchem pandemii. Już Obama mówił, że WE NEED A CHANGE.

– Mówił, mówił – i niewiele się zmieniło. Potrzebujemy zmiany, tylko są kłopoty z konkretnymi projektami tych zmian. Co ty byś zmienił na początek? – pytam.

– Jestem lewacką ku..ą, więc nie wierzę w nieograniczony wzrost gospodarczy i śrubowanie norm o jeszcze dodatkowe 10% każdego roku. Weźmy budżety reklamowe – pracownicy zbierający reklamy w mediach celowo nie wyrabiają planów, bo wiedzą, że jeśli wyrobią, to w następnym roku podniosą im normy. A to jest tylko jedno poletko, mówię o akurat o nim, bo je orałem w poprzedniej pracy.

– Chcesz powiedzieć, że trzeba się otrząsnąć z neoliberalnych obłędów, odrzucić dyktat zachłanności turbokapitalizmu? Teraz wszyscy wieszczą gruby post-pandemiczny kryzys. A jak robi się krucho, ludzie zwykle zaczynają bić się o ochłapy, a nie chodzić po rozum do głowy, jak sensowniej urządzić świat.

fot: Paweł Żukowski
fot: Paweł Żukowski

– Ludzie bili się o ochłapy już wcześniej. Pytanie tylko, czy to była kwestia przetrwania czy fanaberii. Ja się nazywam Paweł Żukowski, mam 40 lat, dyplomy dwóch bardzo dobrych uczelni w kieszeni, własne mieszkanie w stolicy kraju w Unii Europejskiej i należę do może nie jednego, ale pięciu procent ludzi z największym majątkiem na planecie. Tak mi wyszło z jakiegoś głupiego kalkulatora w internecie. Dla mnie fanaberią było łażenie po śmietnikach i zbieranie z niego fantów, a potem rozdawanie znajomym albo sprzedawanie peerelowskiego designu w sieci. Zbieranie żarcia po śmietnikach też było dla mnie fanaberią, biorąc pod uwagę mój status społeczny. Jeżeli jedzenie na śmietnikach stanie się szerszą koniecznością, to będzie znaczyć, że coś faktycznie poszło nie tak. Co należy zmienić? Nie powiem ci tego, bo nie wiem. Dam ci numery telefonów do moich kolegów z SGH, którzy odpowiedzą na każde trudne pytanie.

– A na SGH nie uczyli was, jak zmieniać świat? Chyba o to chodzi w ekonomii?

– Ku..a, to nie jest uczelnia z misją zmiany świata.

– Może jest, tyle że misja polega na zmienianiu na gorsze?

– Poszedłem tam zaraz po maturze, w 1998 roku, kiedy wszyscy wierzyli w neoliberalizm, a na wykłady Balcerowicza były kolejki.

– No i jak ci się podobało? Byłeś dobrym studentem?

– Nie, byłem zj….m studentem, zawaliłem pierwszą obronę magisterki. Serio, komisja wyprosiła mnie z sali i powiedziała: nie zdał pan, nie jest pan magistrem, prosimy wyp……ć.

– W końcu jednak zdałeś i jeszcze do tego skończyłeś UAP. Może tam uczuli jak zmieniać świat? Ludzie z know-how w branży naprawiania świata bardzo by się teraz przydali.

– Jeżeli chodzi o to, co ja robię, to z odpowiedzialnością za zmienianie świata jest mi nie po drodze. Gdybym miał się już jakoś określać, to raczej jako selekcjoner komunikatów. Jasne, taki komunikat pojawia się w określonym kontekście, ale czy wywoła zmianę – tego nie wiem. I nie to jest celem. Bardziej podoba mi się figura whistleblowera – sygnalisty, lub trickstera.

– Sygnalista i trickster wydawali mi się zawsze postaciami, które wbrew pozorom są jedna od drugiej dość odległe. Sygnalista wierzy w sens systemu. Trzeba tylko ten system stale poprawiać, alarmować o jego awariach. Natomiast trickster to mroczniejsza figura, przechera i anarchista, który raczej nie ma złudzeń co do ustalonego porządku, drwi z jego reguł i je odwraca. Nie wiem tylko, czy trickster to postać bardziej wywrotowa czy pesymistyczna, mimo całego ładunku humoru, który wnosi do gry. Zwykle jest to bardzo czarny humor. 

fot: Paweł Żukowski
fot: Paweł Żukowski

– Dla mnie i sygnalista i trickster mieszczą się w kategorii otwartego mówienia o rzeczach niewygodnych. Sporo ich różni, ale ich rola w kreowaniu samego komunikatu jest podobna, tyle że trickster jest postacią mityczną, sygnalista współczesną. Sama informacja nie wywołuje zmiany, dopiero jej interpretacja może mieć jakieś skutki.

– Czyli nie ma co liczyć, że artyści rozwiążą za nas problemy? Jak zwykle: wszystko w naszych rękach, co? Ale masz rację; ja cię tu przyciskam, żebyś powiedział, jak uratować świat i zmienić go na lepsze, jakbyś to ty był za to wszystko odpowiedzialny. To nie fair, przepraszam! Zwłaszcza, że jako sygnalista przestrzegałeś przecież na Patelni, że the end is near. Nie potraktowaliśmy tego poważnie, a tu proszę: the end is here. Koniec nadszedł, przynajmniej w sensie kresu konsumpcyjno-egzystencjalnej beztroski. Miałeś słuszność z tym pesymizmem.

– Tak, wychodziłem z pesymistycznymi hasłami na ulice. Tylko że ja tych haseł nie wymyśliłem.

– A kto je wymyślał?

– Brałem je z filmów, książek, artykułów, ja tego dyskursu nie produkowałem, on już wcześniej krążył w kulturze. Czekaj, coś ci pokażę.

Paweł wysyła link. Otwiera mi się scena ze Wszystko na sprzedaż Wajdy. Noc, droga w lesie, duży fiat, za kierownicą Andrzej Łapicki. Beata Tyszkiewicz, pasażerka, mówi:

– My już nie umiemy patrzeć tak samo. 

– Przynajmniej ty bądź ze mną – prosi Andrzej.

– Jestem, ale ktoś musi ci prawdę powiedzieć, nie?

Świetna scena, zupełnie ulotniła mi się z pamięci.

– Bo nie widziałeś tego filmu pięćset razy – wyjaśnia Paweł – Tam są fantastyczne dialogi, pisane przez literatów. Z tych pierwszych trzech zdań dialogu zrobiłem trzy niezależne kartony. MY JUŻ NIE UMIEMY PATRZEĆ TAK SAMO – ta fraza ma mocno wspólnotowy wydźwięk, jak się ją wyjmie z filmu. Chciałem z niej zrobić plakaty przed wyborami parlamentarnymi. U Kieślowskiego znalazłem super tekst: ŻADNEJ WŁADZY NIE POWINIEN BYĆ POTRZEBNY PODZIELONY NARÓD. To jest z Bez Końca, rok 1985. Cholernie aktualne.

fot: Paweł Żukowski
fot: Paweł Żukowski

– Wajda, Kieślowski. Jesteś fascynatem polskiej kultury?

– Nie wiem, czy jestem fascynatem, ale to jest kultura, w której rozumiem więcej kontekstów. Przed tym dialogiem ze Wszystko na sprzedaż, który ci wysłałem, Łapiński idzie na wystawę Wróblewskiego. Jak się ogląda tę scenę pochodząc z Islandii, to się nie bardzo wie, że Wajda i Wróblewski studiowali razem na roku. I że kiedy Wajda zobaczył obrazy Wróblewskiego, to stwierdził, że rzuca malarstwo i idzie na reżyserię. Jak się jest z Polski, to się wie, że Wróblewski zmarł chwilę przed swoimi 30. urodzinami, i że nie do końca wiadomo dlaczego. ZAGADKOWA ŚMIERĆ PLASTYKA W TATRACH, był gdzieś taki nagłówek. Nie chcę zdejmować z siebie odpowiedzialności za to, co robię, bo tylko za to mogę być odpowiedzialny, ale też niczego nowego nie wymyśliłem. To wszystko już było.

– I wisiało w powietrzu? Obecne, choć wyparte na marginesy zbiorowej świadomości? W tym kontekście o tobie można by myśleć w kategoriach twórcy neo-niepokoju moralnego...

– Wolę o sobie myśleć jako o Pawle Żukowskim. Jeżeli chcesz mi dopisać jakąś etykietkę, to do dzieła. Przypominam ci jednak, że formalnie jestem chorym psychicznie, starzejącym się pedałem

– Pawłem Żukowskim jesteś, tego ci nikt nie odbierze. Ale też nikt nie wyplącze cię z sieci skojarzeń; artystą jest się zawsze w jakiś kontekstach, w dialogu albo w sporze z tradycją – i tak dalej. Ja na przykład patrząc na to, co robisz, myślę o kontestatorskiej, poza instytucjonalnej sztuce, która w latach 70. rozwijała się za Żelazną Kurtyną, zwłaszcza w PRL-u. Swoją drogą, to mniej więcej te same czasy, w których rodziło się kino moralnego niepokoju – ogólne poczucie, że rzeczywistość strasznie się skorumpowała, tak dłużej już być nie może i trzeba wykonywać gesty o jakimś etycznym ciężarze. W latach 70. wiele niezależnych artystek i artystów uprawiało taki one-man-show, realizowało model samowystarczalnego człowieka-instytucji, który sam produkuje, dystrybuuje i finansuje swoją sztukę – jak ty. Podobna była też ekonomia tamtej sztuki -  minimalne w sensie materialnym środki, których skromność kontrastowała z intensywnością przekazu. Na tle tej intensywności ujawniały się niedobry treści i autentyzmu w „superprodukcjach” sztuki oficjalnej. PRL-owski system potrafił być wobec takich artystów brutalny, ale jednocześnie podchodził do nich ze specyficzną bojaźliwością. Tłumowi można kazać się rozejść, ale co zrobić z samotnym kontestatorem, zwłaszcza jeżeli jest poetą, artystą czy performerem i nie robi klasycznej polityki, lecz posługuje się „dziwnymi narzędziami” sztuki? W Rosji, gdzie reżym operuje twardymi narzędziami, to wciąż działa. Władza trzyma krzepko za twarz całe społeczeństwo. A potem taki kamikadze jak performer Pyotr Pavlensky wychodzi na Plac Czerwony i pod mauzoleum Lenina, w dzień święta policji, przybija sobie gwoździem mosznę do bruku w geście protestu przeciw narodowej apatii wobec narastania autorytaryzmu. I w obliczu czegoś takiego wszyscy tracą głowę. W 2016 roku Pavlensky oblał benzyną i podpalił drzwi siedziby FSB na Łubiance – a potem nie uciekał, stał spokojnie na tle płomieni i czekał, aż go aresztują. Chwilę to zresztą trwało, zanim w ogóle do niego wyszli. Na procesie oświadczył, że jego czyn był aktem antypaństwowego terroryzmu, ale sąd nie dał wiary temu skądinąd oczywistemu wyznaniu; najpierw trzymali go w szpitalu psychiatrycznym, a potem skazali na grzywnę za chuligaństwo, jakby podpalił przystanek trolejbusu, a nie kwaterę policji politycznej. Tyle, że system neoliberalny jest o wiele bardziej elastyczny, trudno go skruszyć, jest jak z gumy. Gdybyś sobie przybił jaja do placu Defilad, siedziałbyś tam pewnie do dziś, nikt nie zwróciłby uwagi; pod rządami niewidzialnej ręki rynku wszyscy byli tacy zabiegani… Paradoksalnie, w rzeczywistości, w której jedyną realną władzą jest rynek, dużo trudniej być na offie, bo system wszystko albo wchłania i trawi, albo ignoruje. Tymczasem ty mnóstwo rzeczy zrobiłeś poza systemem. Jesteś outsiderem z wyboru?

fot: Paweł Żukowski
fot: Paweł Żukowski

– Chyba faktycznie jestem poza systemem, ale dopiero teraz. Zaraz po studiach bardzo mi zależało na wskoczeniu do tego obiegu. Mam wrażenie, że produkowałem obiekty artystyczne podświadomie chcąc, żeby budziły zainteresowanie, żeby były ładne i się podobały.

– I co? Dojrzałeś? Zmądrzałeś i dostrzegłeś, że to wszystko marność i ułuda, a ty przykładasz tylko rękę do artworldowej nadprodukcji?

– Jeżeli nadprodukcja i artworld komuś odpowiadają, to bardzo dobrze, niech to trwa.

Jeżeli ktoś aspiruje do klasy, która nim gardzi i jest z tym szczęśliwy – wspaniale. Zanim poszedłem na UAP, przez pięć lat pracowałem w bardzo luksusowym magazynie kobiecym i temat aspiracji oraz nadprodukcji jest mi trochę znany. Zobacz na przykład to.

Paweł wysyła mi link do archiwalnego artykułu z kolorowego pisma o wystawie Art next to fashion w CSW Znaki Czasu w Toruniu.

– Akurat dziś wyskoczyło mi we wspomnieniach na fejsie. Gazeta, z której jest ta zajawka, to „Gala”, w której wtedy pracowałem jako producent sesji.

– Brałeś udział w tej wystawie?

– Tak, ale wystawa w CSW delikatnie mówiąc nic nie zmieniła w moim życiu, poza tym, że przez długi czas po niej nie piłem alkoholu, bo na wernisażu i przy okazji zrobiłem sporo głupich rzeczy. Robiłem dużo różnych niepotrzebnych rzeczy, w tym wystaw. Po czasie twierdzę, że lepiej jest mi ze sobą jako artystą, kiedy siedzę z boku i robię rzeczy po swojemu. Ja nawet nie mam pojęcia, jak mógłbym się temu czy owemu komuś z jakiejś instytucji przypodobać, żeby coś osiągnąć. Sypiałem z różnymi facetami ze świata sztuki, ale zdecydowanie dla własnej przyjemności, a nie dla prób zrobienia jakiejś kariery, która i tak byłaby porównywana z czymś innym. Dla mnie sztuka to nie są zawody.

– Nie? Żyjemy w świecie 1%, no może nie wszyscy, wydawało mi się jednak, że gdzie jak gdzie, ale w sztuce kultura ego i zasada „wygrany bierze wszystko” została wyjątkowo głęboko zinternalizowana.

– W marcu, dzień przed otwarciem wystawy Komisch' Wetter w galerii Doris Ghetta we Włoszech, siedzieliśmy z kuratorem i artystami przy piwie. Oni dyskutowali między sobą, która galeria ma lepsze chody, gdzie i na jakie rezydencje aplikować. Ja się raczej przyzwyczaiłem do rozmów z innymi artystami w kategoriach „o co ci chodzi, jak to powiedzieć, o czym myślisz, co jest istotne" niż w kategoriach wydeptywania ścieżek kariery, co mi przypominało zdecydowanie jakieś nudne zajęcia z SGH.

Dokumentacja włoskiej wystawy KOMISCH’ WETTER w galerii Doris Ghetta w Ortisei, fot: Michael Strasser/Galleria Doris Ghetta
Dokumentacja włoskiej wystawy KOMISCH’ WETTER w galerii Doris Ghetta w Ortisei, fot: Michael Strasser/Galleria Doris Ghetta

– Wygląda na to, że miałem rację z tym kojarzeniem ciebie z pozasystemowi artystami z lat 70., tak się przejmującymi uczciwością w sztuce. Idealista z ciebie!                                                                                                                      

 – Tak właściwie to ja się urodziłem w latach 70., załapałem się na ostatnie półrocze.

Ale wiesz, naprawdę wolę siedzieć w nocy w pracowni, pić piwo i malować kolejne kartony, niż zajmować się kwestią własnej promocji. Jedna uznana artystka postulowała ostatnio na Facebooku, żeby w ramach solidarności z artystami, którzy stracili dochody w czasie pandemii, regionalne kolekcje sztuki kupowały więcej tańszych prac zamiast superdzieł supedrogich supergwiazd. To są jakieś dylematy, które są z innego świata niż mój. Ja ich nie mam. Zdarza mi się sprzedawać prace, nie powiem, nawet najbardziej obszargane kartony, ale mój mózg nie myśli o regionalnych kolekcjach sztuki współczesnej, to nie jest moim priorytetem, delikatnie mówiąc. Nie zrozum mnie źle, ja nie mam nic przeciwko instytucjom. Zdarza mi się pracować z instytucjami kultury i galeriami – na jakichś wystawach się pojawiam. Galeria miejska Arsenał w Poznaniu publikowała moje rysunki w Magazynie RTV, Muzeum Sztuki Nowoczesnej powiesiło na fasadzie swojej siedziby mój karton, miałem jakieś tam plany wystawowe, z których nie wiadomo co wyjdzie po pandemii. Jeżeli pojawia się szansa na współpracę z instytucją w ramach tego, co robię, to super, ale czułbym się źle ze sobą, gdybym naginał się do czyiś potrzeb wystawienniczych. Nie zależy mi na robieniu nie wiadomo jakiej ilości wystaw, tylko raczej na tym, żeby mieć co na nich powiedzieć, żeby potrafić to przekazać. 

– Chwalebna postawa! Ale też rozwój wypadków niespodziewanie ją zaktualizował. Można spojrzeć na ciebie, jak na takiego preppersa w dziedzinie sztuki. Hope for the best, prepare for the worst. Nadeszła godzina próby, w której zmuszeni jesteśmy do refleksji, ile zostaje ze sztuki, kiedy znika cała jej nadbudowa, instytucje, budżety, targi, rezydencje, projekty. I wychodzi na to, że  zostaje coś takiego, co robisz ty – arte povera, robienie sztuki z tego, co jest pod ręką, z resztek po konsumpcji, z surowców wtórnych i ze śmieci – i przerabianie ich na komunikaty. Chyba wszystkim nam jest to potrzebne – zarówno materialne uproszczenie, jak i więcej treści, więcej prawdziwej komunikacji, za którą nie stoi marketing, instytucja czy inny nieosobowy byt, tylko artysta, artystka, druga osoba. Myślę, że dlatego tak wielu ludzi tak żywo reaguje teraz na twoją sztukę.

fot: Paweł Żukowski
fot: Paweł Żukowski

– Nie wiem, co odpowiedzieć. Czekaj, znajdę książkę – odpisuje Paweł i po chwili wraca – O, jest. Janina Kłosińska, Sztuka Bizantyńska. Cytat z Pseudo Dionizego: „Można zatem tworzyć kształty stosowne dla rzeczy niebiańskich nawet z najlichszych cząstek materii". Twórczość jest usuwaniem tego, co zbędne – to a propos rzeczy a la arte povera. Czy te kartony są potrzebne? Mnie są. Ja się tak komunikuję, głównie ze sobą. A że nie jestem odosobnionym bytem, to pewnie są na świecie osoby, dla których te teksty też będą ważne i będą miały na względzie sposób ich podania. A to, że moje materiały są z odzysku, to kwestia wyboru, w tym momencie, chociaż najpierw to była konieczność, kiedy byłem bezrobotny. Zacząłem z tymi kartonami i tak to zostało. Podobnie z kawałkami mebli. Kiedyś wracając z imprezy znalazłem kawałek stołu. Zaraz ci pokażę.

Paweł wysyła mi fragment mebla. W fornirze wyryte jest słowo: NIGDY.

– To jest taki kawałek stołu, który wysuwasz spod głównego blatu, żeby go powiększyć. Piękny fornir, naturalny, bardzo porządny lakier, deska też bardzo dobra. To była moja pierwsza próba wystukania czegoś w lakierze. Pamiętałem ten efekt jeszcze z dzieciństwa, kiedy waliłem łyżką w boki wersalki rodziców. Lakier odpryskiwał, mama się wkurzała; ale odpryski zostawały na zawsze. Ja pracuję głównie w nocy, a uwierz mi, że między 22.00 a 6.00 nie znajdzie się całodobowego sklepu z artykułami dla plastyków, gdzie możesz dostać, na przykład, pożółkły papier kancelaryjny w kratkę formatu A3. A ja ten materiał mam za darmo. Wyciągam masę rzeczy ze śmietników. Zachowuję je do jakichś projektów „na wszelki wypadek" albo rozdaję znajomym. Coś się nie zmarnowało, a ktoś ma radość. Do robienia sztuki naprawdę nie potrzeba wiele, moim zdaniem. Ostatnie prace Katarzyny Kobro to są gipsowe akty. Gips jest tani, ale generalnie trzeba mieć jakąś wizję, co można z nim robić, sam gips nie załatwi za artystę komunikatu.

fot: Paweł Żukowski
fot: Paweł Żukowski

– Rycie słów w fornirach wyszperanych na śmietnikach mebli, prymitywizujące rysunki, hasła na kartonach po pizzy. Prosta ręczna robota, a przecież zawodowo związany byłeś z fotografią, studiowałeś ją też na UAP. Fotografia to dziedzina mocno zaplątana w technologię, produkcję, skomplikowany know-how, ale w sztuce nie korzystasz teraz z tych skillów.

– Ja mam problem z drogimi materiałami, bo zanim się czegoś z nimi nauczę, to bardzo dużo marnuję. Na zaoczne studiowanie fotografii na UAP mogłem sobie pozwolić tylko dlatego, że zarabiałem wtedy tyle, że już nigdy w życiu nie będę przynajmniej nominalnie tyle zarabiał, a to było jakieś dwanaście czy trzynaście lat temu. Fotografia to nie dość, że droga zabawa, to jeszcze dobierasz przy niej papiery, kalibrujesz kolory, wybierasz ramy, oprawę, passe par tout – generalnie dużo więcej myślisz o tym, jak będzie wyglądało dane zdjęcie w sensie technicznym, niż o tym, co to zdjęcie ma przedstawiać. Musisz wpółpracować z dużą ilością ludzi, a ja za tym nie za bardzo przepadam. Pewnie można popaść w rutynę, ale do tego są potrzebne lata praktyki, a mnie nie interesuje zgłębianie tego wszystkiego. To jest nudne po prostu.

– A na kwarantannie się nie nudzisz? Zdaje się, że miałeś być w tej chwili na rezydencji artystycznej w USA.

– Tak, powinienem teraz leżeć na plaży w Los Angeles i rysować seksownych chłopaków – nawet nie potrafiąc rysować. Miałem tam pojechać na zaproszenie Tom Of Finland Foundation. Prowadzą galerię sztuki w LA, odwiedź sobie ich stronę na Facebooku, https://www.facebook.com/ToFFHouse/.

– I co tam miałeś robić?.

– Zaprosili mnie po tym, jak zrobiłem tę wystawę. 

Paweł wysyła mi pedeefa  z projektem Multifetish. Wystawiał go w The Ballery w Berlinie, najbardziej – jak mówi – „pedalskiej galerii ever”. Potem wystawa pokazywana była w warszawskiej siedzibie Lambdy. Akryle na deskach, sylwetki bez twarzy, hedon, seks, uprzęże, maski, spodenki gimnastyczne, snikersy, drei streifen.

– Ta wystawa, Multifetish, miała być jakimś podsumowaniem cyklu o gejowskich fantazjach. Przez całe studia i później też, unikałem gejowskich tematów, bo nie wiedziałem, jak się do tego zabrać.

– I w końcu zacząłeś malować sceny erotyczne na deskach, jak ikony? Teraz rozumiem, skąd to cytowanie Pseudo Dionizego.

– Zaraz po obronie na UAP poszedłem do Szkoły Pisania Ikon. Zjeżdżaliśmy się na weekend raz w miesiącu do opactwa benedyktynów gdzieś pod Poznaniem. To był Luboń albo Lubin, nie pamiętam. Uczyliśmy się pisać ikony. Mnie to znudziło, bo znowu nie było refleksji nad tym CO robimy, ważne było JAK, czyli generalnie prowincjonalne kółko plastyczne. Ale doświadczenia stamtąd wróciły po jakimś czasie, stąd te prace. Bardzo się spodobały i z tego wynikło zaproszenie do Stanów. Miałem siedzieć trzy miesiące w warsztacie w ogrodzie willi w Los Angeles i robić coś sexy i erotycznego. I trochę miałem z tym problem, bo nie chciałem tego zrobić na odwal się, tylko miało to przede wszystkim sprawiać satysfakcję mnie. Ale wybuchła epidemia, z rezydencji na razie nic nie wyszło i teraz nie jestem pewien, czy chcę tam w ogóle pojechać.

– Covid depcze ci po piętach. Ta wystawa we Włoszech, o której wspomniałeś, otwierała się przecież w marcu i do tego na Północy, w Bolzano; epidemia już ostro szalała. To pewnie jedna z ostatnich wystaw, jaka we włoskim Tyrolu zdążyła się otworzyć; nieprędko będzie tam kolejny wernisaż. Boisz się w ogóle wirusa?

– Zobacz to – odpisuje Paweł i wysyła mi link: http://magazynrtv.com/wydanie-8/kanal-sztuki/czekajac-na-diagnoze/ – Projekt tych monotypii powstał w roku 2015, kiedy mój stan zdrowia był co najmniej podejrzany. Nie wiadomo dokładnie było, czy to rak, czy nieswoiste zapalenie jelit, czy choroba Leśniowskiego-Crohna. Kolejne badania, tony leków, różne konsultacje wpędzały mnie w depresję i poczucie winy, że jestem chory, jak by to w ogóle zależało ode mnie.

Otwieram link i oglądam monotypie z cyklu Czekając na diagnozę. Dziennik choroby, zapisany brutalnymi, prymitywizującym rysunkami odbitymi na kartkach w kratkę. Historia sztuki, erotyczne fantazje, samobójcza ikonografia, organy wewnętrzne, wulgaryzmy, liryka – wszystko się tu ze sobą splata w depresyjny supeł. „Dying is easy, it’s living that scares me to death”, pisze Paweł w jednej z prac obok wizerunku opakowania Xanaxu. Cykl otwiera portret własny autora, który trzyma przed sobą karton z tekstem „Just a looser”. Zauważam, że dyskurs choroby przed epidemią wypierany był w sferę prywatną; chorować mogły jednostki, ale wtedy wypadały poza nawias wspólnoty, bo społeczeństwo zawsze musiało być zdrowe. Teraz z obywateli i konsumentów wszyscy staliśmy się pacjentami, przeżywamy kondycję choroby zbiorowo – i jest to nie lada szok.

– Koronawirus? – komentuje Paweł – Jeżeli jesteś pedałem, który dojrzewał w latach 90., kiedy do Polski przyjechał HIV, to generalnie masz trochę inną perspektywę; właściwie całe twoje życie erotyczne jest naznaczone cieniem, niepokojem, obawą. Od samego początku.

To, co cały świat ma teraz, jest tym, co geje mieli w latach 80.

– Wychodzi na to, że miałem rację, mówiąc, że jesteś artystą, który wyprzedzał swój czas. Tematyzowałeś chorobę, kryzys, porażkę i alienację w społeczeństwie, które te kwestie wypierało jako efekty uboczne kultury sukcesu. Teraz rzeczywistość dogoniła twoją sztukę.  

– Wiesz, malowałem dzisiaj przez cały dzień kartony z tekstem DAMY RADĘ, jutro też będę je malował. Koszty są zerowe, bo farbę mam, kartony są ze śmietnika. Jutro też będę je rozwoził po znajomych, którzy siedzą w chatach z różnych powodów, ale chcą wziąć udział w akcji, którą zacząłem. To był cholernie prosty pomysł, dziwi mnie, że nikt na to wcześniej nie wpadł, że nikt tego nie zaczął, że ludzie pytają mnie, czy mogą sobie zrobić taki karton na własną rękę. Jak gdybym prawo do słów DAMY RADĘ miał tylko ja! Beata Szydło miała to w kampanii. Kto teraz pamięta, kim była Beata Szydło? A może jeszcze jest?

– Szydło? Chyba nie dała rady…

– Jeżeli chodzi o to, co nazwałeś „godziną próby", to ja tego tak nie odbieram. Robię, to co robiłem do tej pory, tylko jeśli chodzi o kartony, to zainteresowanie przeszło moje wyobrażenie. Ja nadal mam nad czym pracować i czym pracować. Jeżeli nie kartony, to będą sklejki albo fronty od meblościanek. Mam materiałów od cholery, sam się zastanawiam, po co to zbierałem, ale dawało mi to jakieś poczucie bezpieczeństwa. I ja się teraz czuję bezpieczny, przynajmniej pod tym względem, że niezależnie od okoliczności będę pracować.

Zdjęcie z projektu DAMY RADĘ fot: Grzegorz Wełnicki/RATS Agency i Gosia Białobrzycka/Van Dorsen Artists
Zdjęcie z projektu DAMY RADĘ fot: Grzegorz Wełnicki/RATS Agency i Gosia Białobrzycka/Van Dorsen Artists

 

 

Data publikacji:

okładka
Dowiedz się więcej

Prenumerata
Każdy numer ciekawszy od poprzedniego

Zamów już teraz!

okładka
Dowiedz się więcej

Prenumerata
Każdy numer ciekawszy od poprzedniego

Zamów już teraz!