Page 1Rectangle 52 Przejdź do treści
Destroix
Maciej Stroiński

Arystokracja aktorstwa. Fanfara

źródło: materiały promocyjne
Arystokracja aktorstwa. Fanfara
Arystokracja aktorstwa. Fanfara

Motto: „Tak, wiem, duże słowo: aktorstwo” (Paweł Demirski, Był sobie Andrzej Andrzej Andrzej i Andrzej)

Kojarzycie taką panią? Może z grania w Dramatycznym, może z serialu Artyści. Jeżeli w ogóle (w ogóle nie), to dzień dobry bardzo, ten artykuł jest dla Ciebie.

Ten artykuł jest fanfarą, jak wyjawia w podtytule, na cześć Anny Kłos, kiedyś Kłos-Kleszczewskiej (dalej: AK). Dlatego fanfarą, że zdaniem autora nie szkodziłoby zatrąbić, kiedy tylko ta aktorka zjawia się na scenie. Tak ma królowa angielska, która gdy gdzieś wchodzi, to nie wchodzi po angielsku, tylko z pompą, z trąbą. AK w aktorstwie polskim to właśnie ta jedna, która jest TYLKO JEDNA. Ten artykuł jest fanfarą też dlatego, że zdaniem autora nie trzeba aż umrzeć, by zasłużyć na fanfarę. Zresztą każdy jej wieczór to jest dla mnie „mała śmierć”, la petite mort, prościej mówiąc: orgazm.

Świadomie, celowo, bezczelnie mówię o „arystokracji”, bo mnie na to słowo nic się nigdzie nie otwiera, nic w żadnej kieszeni. Wierzę w arystokrację, ale zanim nie przeczytasz tego zdania do końca, daj chociaż powiedzieć, w jaką arystokrację jest tutaj wierzone. Co do „dobrych domów”, to nie wiem, nie znam się, nie praktykuję… W sztuce dobre, stare, uznane nazwisko ma sens pieniężny oraz towarzyski, ale nie istotny. Mówię o arystokracji ducha, wyczynu, osiągu. W sztuce hierarchia jest bardzo otwarta i bardzo oczywista. Nie ma równości i mnie to nie dziwi ani nie oburza. AK siedzi gdzieś na górze.

„Jak już mówiłam, jestem podporą tego świata”. To są oczywiście słowa fikcyjnej postaci, Ciotki Europy z dramatu Ciemności, a do tego ironiczne. Ale to, że akurat AK je wypowiada w wystawieniu Strzępki, nie wzięło się znikąd. Paweł Demirski napisał te słowa nie tylko postaci, ale również tej aktorce. Dla niej też ułożył monolog otwarcia, co jest w teatrze takim wyróżnieniem, jak dla modelki być pierwszą w pokazie.

Podstawowa sprawa to ta, że AK rozumie, co mówi. To jest, wbrew pozorom, nieczęste zjawisko. Mówi mózgiem, nie instynktem. Jest zaprzeczeniem aktora-zwierzaka, który świetnie wykonuje, sam nie wiedząc czemu. Ona wie. A ja wiem dlaczego. Mamy wspólną koleżankę, która mi wykablowała – sorry, RODO – że AK studiowała filozofię. Ta informacja mi zaimponowała, ponieważ znajduje pokrycie w praktyce scenicznej. To widać, słychać i czuć, że mamy przed sobą osobę myślącą, ćwiczoną w myśleniu. Komuś, kto przetrawił Hegla, Demirski nie podskoczy.

Druga sprawa: jest alienem. Chyba tylko Hajewskiej równie bardzo nie zależy, czy się będzie podobało. Siądzie, to fajnie, a nie siądzie – drugie fajnie. AK jest zimna, niewdzięcząca się, niezagrywająca, niepodlizująca. Wszelkie przeginki, wszelkie piszczenia i wszelkie pojazdy wychodzą jej płynnie, bowiem nie są pod publikę. AK nie liczy, bo nie może liczyć, na szeroki zasięg, na szeroki target. Nie jest znana i lubiana. Ja sam jej nie „lubię”. „Lubić” by znaczyło, że jest jakoś swoja, miła, fajna, i nie wiem, może taka jest w życiu. W teatrze przekracza wszelkie bycie miłą, fajną, wszelkie przymilanie. Spokojnie można przejść obok niej obojętnie, jak wobec wszystkiego, co nas przekracza, więc nie zauważamy. Większość widzów, jeśli się nie mylę, AK nie grzeje… Demokracji do warsztatu nigdy nie wpuściła.

Isn’t she lovely? No właśnie nie jest!

Natural born actress – tak jak niektórzy są natural born killers. Ja się jej boję, w życiu bym nie podszedł ani nie zagadał. Łatwiej ją „zdefiniować” na odległość, metodą negacji, jak to się mówi: apofatycznie, czyli przez to, kim nie jest. Nie jest aktorką-zwierzakiem, jak było mówione. Nie jest też aktorką-szmatą, która wszystko zrobi, byśmy ją kochali. Ona akurat nic w tym kierunku nie robi. Nie jest też aktorką-gwiazdą (por. niewielki zasięg).

Dużo oglądam po Polsce spektakli i na ile się znam, na ile widziałem, na tyle mogę powiedzieć z ręką na klawiszach, że Anna Kłos jest czołową przedstawicielką swojego zawodu, jest „najgrubszą” aktorką teatralną w Polsce bez względu na płeć, bez względu na wagę – grubą tak jak w „grubo!”. To są oczywiście sprawy niemierzalne, nieporównywalne, ale co mam powiedzieć, gdy widzę ten żywioł? Nie będę udawał, że nic się nie dzieje. Nikt inny w tym kraju nie gra takiego teatru, takiego mocnego i popieprzonego. Jest ostra, wyraźna, nawet hardcorowa, i to w ubraniu! Jej graniczne, radykalne poczucie humoru nie jest wcale śmieszne, jest raczej likwidujące. Bardziej pluton egzekucyjny niż dowcip: żadna postać nie przeżyje, gdy ją ona zagra.

Nie ma u nas lepszej, a na świecie jest wśród żywych tylko jedna inna, na którą równie mocno nie zasługujemy: Australijka Judy Davis. Dumna i blada, jakby urodzona nie dla tych czasów, nie dla tej publiki. Por. Nagi lunch lub Bartona Finka. AK, gdyby miała się spełniać poza branżą teatralną, to tylko w art-housie albo w haute couture. Alexander McQueen gdyby żył, toby brał.

Przyznam się, że jeszcze nigdy mnie nie wzruszyła, choć pewnie by mogła – choć to byłoby za proste. Nie po to się jest metaaktorką, żeby ludzi wzruszać, bawić. Przy niej szczęka mi opada całkiem niemetaforycznie. Ludzie jak ona są totalną rzadkością, ale dzięki takim ludziom, wyraźnym do obrzydzenia, cały ten burdel ma jeszcze sens. Są „podporą tego świata”.

Data publikacji:

okładka
Dowiedz się więcej

Prenumerata
Każdy numer ciekawszy od poprzedniego

Zamów już teraz!

okładka
Dowiedz się więcej

Prenumerata
Każdy numer ciekawszy od poprzedniego

Zamów już teraz!