Page 18FCEBD2B-4FEB-41E0-A69A-B0D02E5410AERectangle 52 Przejdź do treści

Szanowni Państwo!

Już jest – nowy „Przekrój”, a w nim jak zwykle dużo wszystkiego! Piszemy o bliskich nam wartościach, dalekiej Japonii i jeszcze dalszej Wenus. Rozmawiamy z dziećmi i mądrymi dorosłymi, przyglądamy się snom i fraktalom. Wiosenny "Przekrój", jak można go nie kupić?

Kup numer wiosenny

Przekrój
Litery zamiast noworodków? Niezwykłe opowiadanie napisała
2021-03-19 09:00:00
Opowiadanie
Alfabetowe Dzieci

Zamiast pulchnych bobasów przychodzą na świat litery. Małe L mają predyspozycje do jogi, a Y są muzykalne. Wszystkie od urodzenia umieją chodzić i jeść zwyczajne pokarmy. Ale nie są równe. Szybko wyłania się elita spółgłosek, ruszają prześladowania zwykłych liter. Aż rodzi się znak inny od pozostałych i zmienia wszystko.

Czyta się 14 minut

W Radzie Palimpsestowej wrzało. Rozsierdzeni członkowie burzyli się, toczyli pianę z ust i ze złości tupali nogami, ponieważ zdawali sobie sprawę, że są być może ostatnim pokoleniem, które w ogóle ma nogi. Nikt nie wątpił, że wydarzenia mają charakter prowokacji. Rada ukonstytuowała się raptem dwa lata wcześniej, ale przez ten czas udało jej się dojść do ładu z niemal wszystkimi zmianami zachodzącymi w nowym świecie. Dotąd rzeczywistość bynajmniej nie skąpiła niezwykłości, lecz teraz każde narodziny były jak otwieranie opakowania z naklejkami piłkarzy. Gładki poród czy droga przez mękę, rodzice i tak rozpływali się w zachwytach nad swoim potomstwem, jakiekolwiek by ono było.

Nikt nie wie, od czego się zaczęło. W jaki sposób wrzeszczące bobasy o miękkich fałdach i błękitnych oczach zostały zastąpione przez litery. Prawdziwe LITERY. Czcionki zamiast ciemiączek. W miejsce pulchnych hałaśliwych noworodków przychodziły na świat naturalnej wielkości litery. Zamiast chłopców, dziewczynek albo niebinarnych maluchów kobiety rodziły znaki alfabetu – czy też Alfabetowe Dzieci, jak nazwała je Rada Palimpsestowa. Pierwszy przypadek zanotowano w Cloughjordan w hrabstwie Tipperary, kolejne w Inistioge, Skeheenarinky, Ballinafad, Ringas­kiddy, kilka również w Burren. Pewna kobieta mieszkająca nieopodal granicy trafiła do gazet, gdyż powiła bliźnięta, z których jedno okazało się U, co sprowokowało liczne kalambury w nagłówkach oraz odrodzenie się napięcia na tle religijnym. Rozgorzał konflikt o irlandzki alfabet, który ma mniej liter niż jego angielski odpowiednik. Gaeilgeoirs podnieśli raban i na kraj nasunął się cień kolonializmu niczym widmo głodu.

Niektóre matki przechwalały się liczbą szwów, które im założono.

Zamów prenumeratę cyfrową

Z ostatniej chwili!

U nas masz trzy bezpłatne artykuły do przeczytania w tym miesiącu. To pierwszy z nich. Może jednak już teraz warto zastanowić się nad naszą niedrogą prenumeratą cyfrową, by mieć pewność, że żaden limit Cię nie zaskoczy?

– Urodziłam W, no więc chyba wyobrażacie sobie…

– Moje D było wielkie, prawie mnie rozerwało, ale wiecie, było warto.

Partnerzy kobiet milczeli, pomni gromów, jakie posypały się na ich głowy na porodówce. Dzięki zdrowym, silnym organizmom młode literki mogły od pierwszych chwil życia spożywać normalne pokarmy i nie potrzebowały mleka. Karmienie piersią odeszło więc w przeszłość, stało się przestarzałym rytuałem, jak palenie szałwii albo korzystanie z automatów telefonicznych. W starej części miasta stanął pomnik wielkiej liściastej głowy kapusty. Pod drzwiami mu­zeów znajdowano porzucone laktatory, lata później umieszczano je w gablotach, a dzieci na wycieczkach szkolnych przyglądały im się i dochodziły do wniosku, że musiały to być wojenne narzędzia tortur.

ilustracja: Marek Raczkowski
ilustracja: Marek Raczkowski

Wszyscy pragnęli mieć X, Q albo Z, ponieważ ich rozmiary i wymagające kształty dawały wyobrażenie na temat cierpienia, jakiego musiały doświadczać matki podczas porodu. Dzieci jako ostentacyjne symbole męczeństwa. Samogłoski miały znacznie mniejsze wzięcie. Były liczniejsze i przez to uważane za pospolite. Na domiar złego przychodziły na świat bez większych komplikacji, co w połączeniu z tuzinkowością narażało je na drwiny ze strony spółgłoskowych matek.

Pewne rzeczy oczywiście pozostały bez zmian. Jak przystało na świeżo upieczone matki, kobiety nadal licytowały się na własne cnoty oraz spodziewane osiągnięcia swoich pociech. Kanciaste M celowały w tańcu, a więc zapisywano je na balet i eksperymentalne zajęcia ze stepowania. L miały naturalne warunki do uprawiania jogi. Dzieci z końca alfabetu z jakiegoś powodu częściej przejawiały zdolności intelektualne i przeważnie można je było spotkać w bibliotece, gdzie przeżuwały rogi książek drukowanych dużą czcionką. Y były wyjątkowo muzykalne, co zawdzięczały rozwidlonym końcówkom. Niektóre dzieci z zapałem grały na instrumentach muzycznych, przy czym wielką popularnością cieszyły się zwłaszcza perkusjonalia, co wymuszało na rodzicach inwestycje w drogie nauszniki wygłuszające hałas. Maluchy zdradzały słabość do hip-hopu: Kurtisa Blowa, Wu-Tang Clan, Missy Elliott.

Co jeszcze można o nich powiedzieć?

Na przykład to, że od urodzenia potrafiły chodzić. Już w szpitalu stawiały pierwsze kroki na rozchybotanych nóżkach, jak źrebięta antylop, ale szybko się męczyły i trzeba było kłaść je w wózkach, a te bywały z najwyższej półki: podrasowane, wymyślne modele z tytanu, w neonowych barwach, niewiele mniejsze od motocykli. Większość ludzi nie widziała sensu w takich zbytkownych wydatkach, lecz rodzice szerokich dzieci – M i W – nie mieli wyboru. Piętno samogłoski, a co za tym idzie wzgarda, jaką spółgłoskowcy okazywali pozostałym literom ze względu na ich zwyczajność i trywialność, sprawiały, że rodzice I oraz A zdawali sobie sprawę z utrudnionego startu swojego potomstwa. Dlatego dążąc do zapewnienia mu jak najlepszego życia, kładli szczególny nacisk na wyższe wykształcenie. Wozili maluchy w pudłach z supermarketów, a pieniądze zaoszczędzone na wózkach odkładali na przyszłe czesne. Robili to z założeniem, że gdy ich dzieci dorosną do studiów, opłaty za naukę w college’ach – i w ogóle same college’e – nadal będą istniały. W świecie zorientowanym na spółgłoskową elitę mniej uprzywilejowane litery musiały po prostu ciężej pracować. Dyskryminacja dawała o sobie znać w błahych sytuacjach, była dozowana w małych, chłodnych dawkach w centrach ogrodniczych i w kolejkach w kawiarniach. Rzeczywistość się zmieniała, ale wśród dorosłych panowało zgodne milczące przekonanie, że ważne, by zachowywać się jak gdyby nigdy nic.

Nękana kryzysem Rada była wdzięczna choć za to, że dzieci nie nosiły zaimków, co bynajmniej nie wynikało z dążenia do nowoczesności ani płynności, tylko z faktu, że alfabet w języku angielskim nie ma rodzaju. Zniknęła potrzeba ubierania maleństw w różowe bądź niebieskie ciuszki, cóż jednak z tego, skoro mali derwisze konsumpcjonizm mieli we krwi, a ich matki posłusznie dostosowywały się do obowiązujących tendencji w modzie. W tym sezonie na topie był kolor taupe, wskutek czego widziane z daleka dzieci wyglądały jak nagie albo jakby miały na sobie upiorną dodatkową warstwę niemowlęcej skóry. Maluchy oczywiście nadal posiadały serca i płuca. Nadal pierdziały, jakby odpalano salwy z haubicy, płakały z głodu lub ze zmęczenia albo kiedy w ich ustach kiełkowały cebulki maleńkich ząbków.

 „Dziecko”, Gustav Klimt, 1917 – 1918 r. (domena publiczna)
„Dziecko”, Gustav Klimt, 1917 – 1918 r. (domena publiczna)

Do znamiennych wydarzeń doszło w trakcie przerwy wakacyjnej, kiedy Rada Palimpsestowa nie organizowała posiedzeń. Dwa miesiące wyjazdów nad morze, bezchmurnego nieba, zakorkowanych szos i plaż pełnych głośnych matek smarujących kremem do opalania swoje małe B i Y. Właśnie wtedy, podczas największego odpływu mieszkańców z miasta, matki Z uznały, że należy im się osobna strefa w parku. Ich zdaniem ostatnie miejsce w alfabecie predestynowało do duchowego i politycznego prymatu nad innymi literami. Przestudiowały dzieje Grecji i w ogóle cywilizacji, stąd wiedziały, że omega znaczy „wielki”. Zatem ich dzieci to bóstwa. Istoty, którym jest pisana chwała. Nie sposób dyskutować z historią i etymologią. Matki Z wprowadziły swój plan w życie, odgradzając fragment zieleńca po to, by mogło z niego korzystać wyłącznie ich wybitne potomstwo. Ot, kawałek trawnika z pretensjonalną zjeżdżalnią, specjalnie przystosowaną karuzelą i dziwaczną łódeczką, w której pociechy mogły się położyć i zdrzemnąć. Dzieci Z uważały wózki za niegodne, dlatego noszono je w lektykach.

Właśnie wtedy, przy okazji tego incydentu – znanego później jako „Parkgate” – stało się jasne, co przyniesie nieodległa przyszłość.

Matki Z zdecydowały, że samogłoskom nie wolno się bawić ze spółgłoskami.

Wymachiwały kupionymi w Internecie dyplomami z historii Grecji i półgębkiem przyrównywały samogłoskowe dzieci do alfy, w ich mniemaniu najmniej znaczącej litery. Początkowo segregacja następowała dyskretnie i napotykała opór. Żony Z wymusiły więc na mężach Z utworzenie milicji mającej egzekwować nowe zasady. Gdy rodzice knuli, dzieci zgodnie ssały kciuki. W ciągu kilku dni grupy E i A połączyły siły. Matki spółgłosek początkowo przyglądały się temu z niepokojem, a także z poczuciem winy cieszyły się, że to nie ich dzieci padają ofiarą prześladowań. Niemniej w głębi duszy zdawały sobie sprawę z niesprawiedliwości i wkrótce ich niechęć ustąpiła miejsca wściekłości. Same od lat cierpiały z powodu nierówności i w sprzeciwie innych liter dostrzegały szansę na odzyskanie przynajmniej części tego, co utraciły. Postanowiły wspomóc swoich samogłoskowych braci i siostry. Zapragnęły głośno wyrazić niezadowolenie, wychodząc na ulice. Do tego w miarę rozrastania się sieci neuronów w mózgach maluchów i zwiększania się objętości hipokampów dzieci – uświadamiając sobie, jak niewiele wynika z ich włas­nej niezwykłości – zaczęły nawiązywać kontakty z innymi literami. Dotąd poniewierane samogłoski nagle zaczęto traktować z szacunkiem, jak towarzyszy broni.

ilustracja: Marek Raczkowski
ilustracja: Marek Raczkowski

– Na jakiej podstawie Z uważają się za lepsze od pozostałych? – pytano.

Poczucie niesprawiedliwości zawrzało jak woda w czajniku. Świeżo zjednoczone latorośle od A do Y przystąpiły do działania. Zorganizowano kilka dużych manifestacji. Na ulicach poczęły się samorzutnie tworzyć gangi dzieci usuwanych poza nawias. Centrum miasta zalały tłumy kanciastych M, K i E. Wraz z nimi maszerowały matki objuczone torbami z pieluchami i wyposażone w kamerki GoPro – rejestrowały przebieg zdarzeń, na wypadek gdyby doszło do aresztowań. Do kwestii nieposłuszeństwa obywatelskiego dzieci podeszły bowiem z niezwykłym entuzjazmem. Niektóre spośród starszych plądrowały sklepy z wózkami, inne zakładały czarne stroje i berety. Tu i tam migały ciemne okulary i twarze zasłonięte szalikami.

Tymczasem matki Z zaczęły stroić swoje pociechy w specjalnie zaprojektowane mundury ze złotymi epoletami. En masse dzieci wyglądały jak armia małych dyktatorków. Wynajęty kompozytor napisał nowy hymn państwowy, łączący elementy dzieł Wagnera z Amen Break. Dzieci inne niż Z zmobilizowały się i zgromadziły na niegdyś spokojnych ulicach, po czym za radą lepiej znających się na ortografii matek i garstki ojców, którzy także zjawili się na manifestacji, ustawiły się tak, by móc bezbłędnie literować swoje niezadowolenie.

– P-R-O-T-E-S-T-U-J-E-M-Y!

– P-R-O-T-E-S-T-U-J-E-M-Y!

– P-R-O-T-E-S-T-U-J-E-M-Y!

Maszerował szereg za szeregiem:

– S-O-L-I-D-A-R-N-I!

– W-Y-G-R-A-M-Y!

– N-I-E D-L-A P-O-G-A-R-D-Y!

Chłodny stosunek samogłosek do spółgłosek i vice versa ustąpił solidarności, gdy do jednych i drugich dotarło, że do poprawnego zapisu słów „swoboda”, „protest” albo „poruta” niezbędne są A, O i E. Tym, co połączyło dzieci, była wspólna nienawiść do hierarchii Z. Krążyły pogłoski o matkach, które dowiedziawszy się, że noszą samogłoskę, decydowały się na przerwanie ciąży. Najbardziej radykalny trzon obozu Z zbywał te doniesienia jako ­absurdalną propagandę, ale plotki żyły już własnym życiem.

Rzeczywistą liderką ruchu matek Z została niejaka Jane (imię zmienione). W związku z tym zajęła należny liderce elegancki gabinet w centrali. Była matką dwóch Z i mówiła wyłącznie podniesionym głosem. Z upodobaniem powtarzała na przykład:

– Nie pozwolimy, aby ich podrzędność stanęła na przeszkodzie naszemu prawu do sprzeciwu!

Wydawała mnóstwo pieniędzy na plakaty i ulotki, a także zaangażowała swoich oblatanych w komputerach przyjaciół do pomocy przy reklamach w sieci i algorytmach. Niektóre telewizyjne programy informacyjne zaczęły podawać wyłącznie wiadomości dotyczące dzieci Z. Na antenie pewnej małej niezależnej stacji, która nadawała z przerobionego kontenera, wyświetlano filmy dokumentalne o realiach życia dzieci innych niż Z, dopóki Jane (imię zmienione) nie doprowadziła do likwidacji kanału. Straszyła wojną i groziła rozdzieleniem matek i dzieci, zapowiadała, że będzie wysyłała dysydentów do byłych ośrodków wczasowych i opuszczonych dawnych klasztorów. Pewnego spokojnego poranka grupa samogłoskowych i spółgłoskowych matek została potraktowana gazem pieprzowym podczas pokojowej akcji protestacyjnej pod centralą dzieci Z.

W mieście rozszalał się cyklon. Wir nieustannie podsycanej gorączkowej atmosfery dyskryminacji porywał kolejne bastiony przyzwoitości – życzliwość, współczucie, wzgląd na innych – i więził je w swoim mrocznym kominie. Ludzie przestali chodzić do pracy. Wprowadzono reglamentację artykułów spożywczych. Codziennie o dwudziestej drugiej wyłączano prąd. Nad miastem krążyły śmigłowce, łopaty ich wirników huczały do późnych godzin nocnych. Szperacze omiatały ulice, jakby rozpaczliwie poszukiwały rozbitków na morzu. Świat się przyglądał – na kanałach propagandzistów, na przeszmug­lowanych materiałach filmowych, na wiekowych kamerach cyfrowych i przestarzałych smartfonach.

Coś się zmieniało. Nie tylko dlatego, że lato zaczęło się wcześnie zapachem rozkładających się w spiekocie śmieci. Dzieciom Z było zbyt gorąco w mundurach, królewskość kapitulowała przed poceniem się i podrażnioną skórą. Opieluszone i odparzone, miały czas na rozmyślanie w cieniu swoich lektyk. Dzięki nowej wrażliwości, która zaczęła się w nich dynamicznie rozwijać, wyczuwały niesprawiedliwość i dostrzegały otaczającą je niegodziwość. Wciąż jeszcze chodziły niepewnym krokiem jak pijaczęta i nadal gaworzyły, robiąc bańki ze śliny, ale już wiedziały, że wszystko zmierza ku pozbawieniu ich jakiegokolwiek wpływu na podejmowane decyzje. Czuły się, jakby matki nałożyły im róż na policzki, przebrały za pastereczki i wbrew ich woli wypchnęły na scenę konkursu dla młodych talentów.

W pewien wtorek, który w normalnych okolicznościach nie zasługiwałby nawet na wzmiankę w dokumentach Rady Palimpsestowej, nareszcie coś się wydarzyło. Matka Aoife zasunęła prawdziwą bombę. Przekonała ochronę centrali dzieci Z, by wpuściła ją do budynku, i skierowała się na ósme piętro, gdzie rezydowała wierchuszka: najważniejsze mamuśki, przyjaciółki polityków i prezydentów – te, od których wszystko się zaczęło tamtego dnia w parku. W windzie Aoife nabrała wątpliwości. Zajrzała do wózka i poczuła, że coś ściska ją w żołądku. Czuła się tak, jakby się dowiedziała, że została zwolniona, albo ktoś powiedział, że ma dla niej złe wieści. Nieświadomy niczego maluch leżał błogo zwinięty w kłębek. Rozluźniła się. Przeskakiwały czerwone piksele pięter: 6… 7… 8…

DZYŃ.

Rozwarły się drzwi windy. Aoife wyprostowała plecy, wypięła pierś i pewna siebie zakołysała biodrami. Nie zrobiła pięciu kroków, gdy matki Z zaczęły wstawać od biurek, wymieniając spojrzenia, i jak na zawołanie obróciły ciała w odruchowym geście zaciekawienia. Aoife wiedziała, że Jane (imię zmienione) jest niską, tęgawą kobietą o kartoflowatej budowie ciała i z osobliwym bocznym przedziałkiem, który niefortunnym zbiegiem skojarzeń wyglądał odrobinę jak ten noszony przez Hitlera. Wjechała wózkiem między biurka, zatrzymała się, wyjęła dziecko i z wprawą umieściła je w nosidełku mocowanym pod piersiami, które – co właśnie zauważyła – roniły mleko jak oczy łzy.

Matki Z przyglądały się zaintrygowane. Maluch nie zdawał sobie sprawy, że jest sondowany wzrokiem, że jego małe ciałko jest taksowane i oceniane. Przypominał literę C, tyle że dolna część wyglądała, jakby kowal złapał ją szczypcami i rozciągnął. Oczy jak kropki na kostkach domina przesuwały się po maluchu, niczego nie rozumiejąc. Czy to zniekształcone O? Doszło do jakiegoś zaniedbania podczas porodu? A może płód rozwinął się nieprawidłowo?

Jane (imię zmienione) pokazała coś palcem i wszystkie kobiety wbiły w to miejsce spojrzenie. Sznurowadło, tasiemka albo może trok skomplikowanego nosidełka, którym kobieta oplotła swoje ciało, w każdym razie samoistność tej rzeczy świadczyła o jej celowości. Łączyła dziecko z czymś osobnym, ulepionym z tkanki albo może ze śluzu, mającym kształt niewielkiej kuli tej samej barwy co skóra malucha. Przeznaczenie tej rzeczy było bezsprzecznie pępowinowe, stanowiła bowiem spoidło dwóch części tego osobliwego maleństwa.

Aoife lekko się uśmiechnęła z mieszaniną dumy i strachu.

– Pierwsze takie.

Matki otoczyły ją ciasnym kręgiem.

– Lekarze mówią, że jedyne w swoim rodzaju.

Jane (imię zmienione) przetrząsała pamięć jak przegródki w szafie na dokumenty. Kojarzyła ten symbol. Jak on się nazywał?

Aoife zastygła w uśmiechu. Po chwili kąciki jej ust opadły, uroniła kilka dyskretnych łez i naraz wezbrał w niej dławiący smarczysty szloch.

– Nie wiem, co robić. Kto je w ogóle zechce? Ani to Z, ani żadna litera. Nawet nie pieprzona samogłoska.

Z jej gardła dobyło się plemienne zawodzenie jak skarga lasu deszczowego. Matki spojrzały po sobie. Atmo­sfera stała się trudna do uchwycenia. Matki Z nie były w stanie stwierdzić, czy ta kobieta jest ich przyjacielem, czy może wrogiem. Inne matki zaakceptują ją bądź odtrącą razem z dzieckiem.

Albo dostrzegą okazję.

– Pomyślałam, że przyjdę z nim do was i razem coś wymyślimy.

Załkała tak, aż zebrało się jej na czkawkę.

– Jeśli pójdzie na manifestację, ludzie pomyślą, że jest retoryczne i osłabia przesłanie. Skoro nie ma drugiego takiego jak ono… to…

Dziecko cicho zagaworzyło. Pachniało pieluchą i talkiem. Ktoś podał Aoife szklankę wody i płacz nareszcie ustał, cofnął się jak powódź. Kurczowo i opiekuńczo ściskała haczyk i kropkę swojego maleństwa. Zmieniało się światło, nadając wszystkiemu, nie tylko dniowi, poblasku nieodwracalności. Minęło wiele tygodni. Kultywowanie własnej wyższości nad innymi przez tak długi czas okazało się męczące. Świat był skomplikowany. Po torach na wiadukcie za oknem przetoczył się ostatni pociąg. Matki Z, wszystkie jednocześnie, zaczęły sobie uzmysławiać, że mogą opowiedzieć się za nadzieją albo wykorzystać sytuację i że ich dzieci – przy całej swojej przewadze i zygzakowatych kształtach – są tylko literami. Do diabła, jeśli się nad tym zastanowić, wyglądały jak uproszczona wersja przewróconego W. Były po prostu dziećmi. Maleńkimi hałaśliwymi maszynkami, które wypełniały się pokarmem i oddawały stolec. Głośnymi kompostownikami na dwóch nogach. Czy były warte tych wszystkich sporów? Niektóre matki poczuły się zażenowane. I znużone.

Po zamachu dziecko Aoife, które odtąd nazywano Królewską Mością w Najwyższym Majestacie, Kanclerzem Pytajnikiem albo po prostu Monarchą, zasiadło na tronie (choć było to raczej pozłacane wysokie krzesełko ze zmywalnym blacikiem) z błogosławieństwem Rady Palimpsestowej. Zamiast korony jego głowę zwieńczył wysadzany drogimi kamieniami kapelusz przeciwsłoneczny, do tego zakładano władcy pasujący śliniaczek ze wszystkimi literami alfabetu. Położono kres hierarchii dzieci Z, a ich matki uwięziono i przymusowo wysterylizowano. Samo­głoski zaczęły być traktowane sprawiedliwie w niemal każdym aspekcie życia. Zniknął leksykalny nepotyzm. Pogłoski o tym, jakoby dzieci Q i M korzystały z dodatkowych przywilejów z racji wspólnego alfabetycznego dziedzictwa z Monarchą, wyciszano. Nie urodził się żaden więcej Pytajnik, lecz uzgodniono, że po osiągnięciu wieku dojrzałego Monarcha wstąpi w związek małżeński z jedyną Etką, jaka do tej pory przyszła na świat. Matki znały swoje miejsce i rozumiały, że rola inkubatorów jest w swojej istocie darem Opatrzności. Zdawały sobie sprawę, że powinny być milcząco wdzięczne i przepojone radością, ilekroć ponownie uda im się zajść w ciążę. Dzieci świetnie sobie radziły bez narzuconej hegemonii. Wymieniały się zabawkami, wywoływały popyt na awokado i w głębi swoich maleńkich ptasich serc, bijących w alfabetycznych klatkach piersiowych, wiedziały, że stanowią pępek świata.

Tłumaczył Jacek Żuławnik


Opowiadanie pochodzi ze zbioru Being Various: New Irish Short Stories, który ukaże się w Polsce latem.

ilustracja: Marek Raczkowski
ilustracja: Marek Raczkowski

Data publikacji:

okładka
Dowiedz się więcej

Prenumerata
Każdy numer ciekawszy od poprzedniego

Zamów już teraz!

okładka
Dowiedz się więcej

Prenumerata
Każdy numer ciekawszy od poprzedniego

Zamów już teraz!