Page 1Rectangle 52 Przejdź do treści
Stach Szabłowski

Abstrakcja: pospolite ruszenie

Przemek Matecki, Bez tytułu (2015) Dzięki uprzejmości Galerii Raster
Abstrakcja: pospolite ruszenie
Abstrakcja: pospolite ruszenie

Pytanie brzmi „Co z tą abstrakcją?”. Pytanie niby naiwne, a jednak ma swój ciężar, bo pyta nie byle kto, tylko profesor Stefan Gierowski, liczący sobie 92 lata klasyk. Nie ma raczej sporu, co do tego, że pytający jest najwybitniejszym żyjącym malarzem-abstrakcjonistą w Polsce. Odpowiedź też jest poważna. Udziela jej siedemdziesięcioro malarek i malarzy, młodych i mniej młodych, wybitych ale również, powiedzmy sobie szczerze, niewybitnych. Każde z nich odpowiada jednym obrazem, namalowanym w latach 2015-2107 oczywiście abstrakcyjnym.

Co zatem z tą abstrakcją?

Cóż żeby się przekonać, trzeba przyjść do Fundacji Stefana Gierowskiego i zobaczyć te obrazy. Z góry uprzedzam, że się siedemdziesiąt abstrakcyjnych prac to za mało (a może właśnie za dużo), aby rozstrzygnąć problem abstrakcji. Nie znaczy to, że wystawy nie warto oglądać. Przeciwnie, warto i to nawet tym bardziej, bo nie o rozstrzygnięcia tu przecież chodzi.

Moment, nie chodzi o rozstrzygnięcia? A więc o co właściwie? Jeżeli nie wiadomo o co chodzi, zwykle idzie o abstrakcję. „Problem, który mnie interesuje dotyczy naszego malarstwa abstrakcyjnego, które w Polsce od prawie 100 lat ma swoich zwolenników. – powiada profesor Gierowski - Ciekawym jest co właściwie artyści malarze dzisiaj rozumieją przez abstrakcję i dlaczego uważają się za abstrakcjonistów.”

Jako kurator piszę te słowa niechętnie, ale ta wystawa to spełnione marzenie tych, których drażni wszechobecność i dyktat kuratorów w artworldzie, ich kombinacje, narracje i dyskursy zagłuszające dźwięczny głos samej sztuki. Na „Co z tą abstrakcją” nie ma kombinacji i dyskursów, jest za to sztuka, i to, jak już się rzekło, w masywnej ilości. Zaletą wystawy jest jej klarowana, żeby nie powiedzieć matematyczna (a więc znów abstrakcyjna!) prostota. Jeden podmiot twórczy (artystka lub artysta) równa się jedno dzieło – pomnożone przez siedemdziesiąt. Wystawiane są wyłącznie obrazy – i choć niektóre dzieła trochę definicję klasycznego obrazu malarskiego naciągają, to generalnie wszystkie są z grubsza płaskimi, czworokątnymi obiektami, które pomalowano farbami i które da się powiesić na ścianie. Wyjątki, na przykład tonda i w ogóle obrazy w niekonwencjonalnych kształtach, albo barwne, elektrycznie podświetlane kasetony wystawione przez Leona Tarasewcza – są wyjątkami potwierdzającymi wspomnianą wyżej regułę. Do tego wszystkie dzieła są nowe, stworzone w ostatnich dwóch latach – bo mówimy tu o aktualnej kondycji abstrakcji. I wszystkie pochodzą z Polski. To akurat jest jedno z najbardziej dyskusyjnych założeń przedsięwzięcia, bo pomijając muzykę, cóż jest bardziej uniwersalnego, i łatwiej przekraczającego granice kultur narodowych niż abstrakcyjne malarstwo? Czy abstrakcja w ogóle ma narodowość? Czy abstrakcja made in Poland jest polska?

Zostawmy jednak to niewygodne pytanie i spójrzmy na wystawę. Nie ma wątpliwości, że abstrakcja dzieje się nie tylko w malarstwie. Istnieją wątpliwości, czy w ogóle najciekawsze rzeczy w abstrakcji dzieją się w malarstwie. Organizatorzy wystawy w Fundacji Gierowskiego ułatwili sobie jednak zadanie ograniczając się tylko do malarstwa – i w sumie dobrze na tym wyszli. Wystawę zaskakująco dobrze się ogląda; jest coś odświeżającego w klasyczności tej sytuacji – po prostu obrazy na białych ścianach w jasno oświetlonych salach; to zabawne ale dawno nie widziałem takiej ekspozycji. Wędrujemy więc od obrazu do obrazu, przez więcej niż obszerne przestrzenie Fundacji, porównując kto w Polsce zrobił ostatnio lepszą abstrakcję. A jest co porównywać; nabór artystów na wystawę poprzedziły tzw. szerokie środowiskowe konsultacje, aby w ostatecznej selekcji znaleźli się nie tylko ci zwykle, ale również altyści, że tak powiem, bardziej niszowi a jednak ciekawi. Rezultat jest taki, że Fundacji Gierowskiego wystawiają niepodważalni klasycy jak nestor Stanisław Fijałkowski, a tuż obok autorzy, o których istnieniu na otwarciu „Co z tą abstrakcją” usłyszałem po raz pierwszy. Wystawiają artyści, którzy jak Rafał Bujnowski, Przemysław Matecki, Agata Bogacka, Małgorzata Szymankiewicz czy Michał Frydrych od lat cieszą się zasłużonym rozgłosem, ale i tacy, o których ostatnio trochę zapomniano – i czasem nie bez dobrego powodu. Nie zabrakło wreszcie młodych gwiazd abstrakcji, takich jak Krzysztof Mężyk czy Zuzanna Ziółkowska–Hercberg – bo duch abstrakcyjny jest w najmłodszym pokoleniu artystów bardzo żywy.

Kilkadziesiąt lat temu abstrakcja to była sprawa, którą stawiano na ostrzu noża. Trwały spory, czy jest najwyższą formą sztuki, czy właśnie przeciwnie, początkiem jej końca, malarstwem, które niczego nie mówi już o rzeczywistości i opowiada wyłączenie o sobie. W Polsce za czasów stalinowskich zakazano jej w ogóle; namalowanie abstrakcyjnego obrazu potrafiło zwichnąć artyście karierę. Bardziej liberalny Gomułka, zezwolił na słynne 15% abstrakcji w publicznych instytucjach sztuki. Ciekaw jestem czy obecnie, choć przecież wszystko wolno, ten odsetek jest dużo większy. Nie sądzę; dobrą abstrakcję zawsze było trudno zrobić, a teraz jest jeszcze trudniej. Abstrakcjoniści nie mogą podeprzeć się anegdotą, decyduje kryterium formalne. A patrząc na zgromadzone na wystawie prace, trudno oprzeć się wrażeniu, że wszystkie pomysły na robienie abstrakcyjnego malarstwa zostały już wymyślone, i to nie w wciągu ostatnich dwóch lat i niekoniecznie w Polsce. Kto liczył, że w ostatnich sezonach polscy malarze wymyślili abstrakcję na nowo, ten w Fundacji Gierowskiego przekona się, że nie wymyślili. Jedni pokładają nadzieje w geometrii, inni w intuicji, albo w potędze koloru; jeszcze inni wracają do malarstwa gestu, akcji – jak amerykańscy ekspresjoniści abstrakcyjni sprzed siedemdziesięciu laty. Współczesna (polska) abstrakcja, buduje swoje abstrakcyjne wizje na fundamentach historii abstrakcji. Nie ma tu nowych patentów do wynalezienia, bo „wszystko już było”, - teraz już los każdego obrazu zawisa wyłącznie na cieniutkiej nici artystycznej jakości. Dobre dwie dziesiątki artystów pokazanych na wystawie tę jakość osiąga; warto dla nich pójść do Fundacji Gierowskiego. Co najmniej równie wielu osuwa się otchłanie zombie-formalizmu, gier z formą o bilansie zerowym, niepotrzebnych powrotów, pozbawionych, życia gestów.

Wystawa miała niesamowite, tłumne otwarcie: na wernisażu byli tzw. wszyscy. Gdyby na Fundację Gierowskiego spadła w czasie tej imprezy bomba, mielibyśmy na wiele lat spokój nie tylko z abstrakcją, ale i ze światem sztuki w ogóle, przynajmniej warszawskim. Czy szturm na wystawę oznacza że abstrakcja jest wciąż sprawa gorącą, przedmiotem sporów, dyskusji? I co w ogóle z tą abstrakcją? Cóż, jeżeli ktoś serio szuka odpowiedzi na to pytanie, to jednak jej nie znajdzie. Zalety wystawy – jej prostota, brak kuratorskich kryteriów i demokratyczne podejście do selekcji uczestników –mają również swoją drugą twarz, oblicze wady. Bardzo dobre obrazy sąsiadują tu z bardzo złymi i bilans wychodzi na zero; z abstrakcją różnie bywa, to jeden z morałów tej wystawy. Nie przestaje być przez to ciekawa, przeciwnie; siedemdziesiąt różnych pomysłów na tworzenie abstrakcyjnego malarstwa to jednak nie lada atrakcja, nawet jeżeli nie wszystkie z tych konceptów są dobre. Jednak nadzieja, że dowiemy się co z tą abstrakcją, przyglądając się co robią tworzący abstrakcję malarze, nie spełnia się. To zaskakujące, bo gdzie szukać odpowiedzi na pytanie o kondycję abstrakcji jak nie w abstrakcyjnych obrazach? Zaskoczenie jest jednak tylko pozorne, bo obrazy abstrakcyjne, jak sama nazwa wskazuje, nie udzielają przecież odpowiedzi na żadne pytania.

Co z tą abstrakcją?

Fundacja Stefana Gierowskiego, Kredytowa 9, Warszawa

Do 26 sierpnia

Data publikacji: