Page 1Rectangle 52 Przejdź do treści
Tomasz Bohajedyn

Aborygen słucha Mozarta

ilustracja: Tomasz Bohajedyn
Aborygen słucha Mozarta
Aborygen słucha Mozarta

Miron Białoszewski zapisał w swym Tajnym dzienniku w styczniowy dzień: „Przed świtem w domu. Na Kępie. Puszczam płytę z Bachem. Usłyszałem wrony. Wyjrzałem. Leciało mało.

…Den Kroonen…

śpiewała płyta Bacha

Kroo

Ooooo

Ooooooo

Znów wrony.

Ja do okna.

A tu armia, mało skrzeku.

Tylko szum.

Leciały i leciały. Nad Wisłą zakołowały. Zakotłowały niebem. Jak odłamki po wybuchu. Zaczęły krakać i siadać na jednym drzewie. Jest tam takie jedno wielkie drzewo, a może kilka, ale wygląda z daleka po półciemku jak jedno. I na nim wszystkie naraz chcą usiąść. Ale jest ich z dziesięć razy za dużo. Kołują. Odlatują. Te siadają za te.

Wyjrzałem za ileś. Drzewo oblepione. Tak co świt. A ta śpiewa

…MeinJesu

I coś tam, nie wiem co. Kwaki. Wyjrzałem. Już się rozwidniło. Granatowe łuny od śniegu. Czarne pasy z domów. Drzewo we wronach. I w krakaniach. A wcale nie stoi blisko. Nowe lecą.

Jedna

– Kła uu

Ten na płycie wpadł w radość

Scha aa

Aa h h

Ah h hh

H hh”

Ten fragment mógłby kojarzyć się jedynie z Ptakami Alfreda Hitchcocka i być zupełnie ahistorycznym, wspaniałym szkicem egzystencjalnym, gdyby nie został zapisany w Warszawie przez człowieka, który przeżył hekatombę Powstania Warszawskiego. Stado wron krąży nad osiedlem w poszukiwaniu dogodnego przystanku, którym okazuje się drzewo (a może kilka drzew).

Stado wron nad Warszawą w styczniowy poranek, w tle muzyka Bacha… Wystarczy jedynie wstawić datę: 1945 i niewinne stado wron zmieni się w padlinożerców kołujących nad ruinami miasta w poszukiwaniu trupiego żeru. Bacha mogli słuchać nieprzyjacielscy żołnierze na jakimś cudem ocalonym z pożogi gramofonie, zanim nie przepędziła ich dalej na zachód styczniowa ofensywa Armii Czerwonej.

ilustracja: Tomasz Bohajedyn
ilustracja: Tomasz Bohajedyn

Białoszewski nie mógł uwolnić się od przeżyć z powstania, które zawładnęły jego podświadomością. W innym miejscu Tajnego dziennika przyznaje: „podświadomość zaczyna rządzić w moich snach w sposób bezwzględny. Syntetyzuje mi to wszystko w tortury, szantaże i ostatecznie w powstanie warszawskie. Powstanie zawsze na mnie czyha. To, że powstanie przeżyłem, to jeszcze nie wyklucza tego, że w powstaniu mogę zginąć. Kiedy będę umierał, w malignie może mnie dopaść sen, że ginę w powstaniu”. Nie przyniosło mu ulgi spisanie Pamiętnika z powstania warszawskiego bez patosu walki i patriotycznych ozdobników. Pisał w nim: „Śmierć była zasadą. Największą możliwością. Prawie jedyną. Prawie jak sto procent”. „Prawie” czyni jednak różnicę, gdyż przeżył, ocalał z masakry, ale okazało się, że w dalszym życiu poety w istocie sen był rzeczywistością. We śnie nadal uczestniczył w powstaniu – ginął w egzekucji lub pod ruinami burzonego bombami budynku, ale nadal zachowywał świadomość żywego człowieka...

ilustracja: Tomasz Bohajedyn
ilustracja: Tomasz Bohajedyn

„Śnienie jest prawdą” – twierdzą Aborygeni. To w czasie snu człowiek jest w pełni sobą i może łączyć się z bogami. Tę tajemnicę Aborygenów próbował przybliżyć Peter Weir w filmie Ostatnia fala (1977). Jego bohater, prawnik David Burton (Richard Chamberlain), styka się z nieznaną i tajemniczą kulturą Aborygenów, co całkowicie odmienia jego życie. Ostatnia fala w odróżnieniu od Pikniku pod Wiszącą Skałą Weira 1975 r., została chłodno przyjęta zarówno przez publiczność, jak i krytyków. Zresztą reżyser w jednym z wywiadów zapytany, czy w Ostatniej fali interesowały go szczegóły kultury Aborygenów, czy raczej doświadczenie białego mężczyzny stojącego przed tajemnicą odpowiedział: „Myślę, że raczej to drugie, ponieważ nie rozumiałem za bardzo Aborygenów. I dalej nie rozumiem, dlatego nie chciałem wyciągać wniosków w ich imieniu. Musiałem też używać języka angielskiego, rozmawiając z członkami plemienia, i to jeszcze bardziej powiększało niebezpieczeństwo wyciągania nieprawdziwych wniosków”.

Weir przyznaje się do porażki, ale nie była ona zupełna. Sam pomysł na film wiązał się z pewnym odkryciem, którego Weir dokonał w Tunisie. Reżyser wspominał, jak w czasie jednej z wypraw na pustynię: „zatrzymaliśmy się przy rzymskich ruinach, gdzie nawiedziło mnie jakieś przeczucie. Kierowca trąbił, abyśmy się pospieszyli, ale ja zwlekałem. Cieszę się z tego, bo znalazłem kawałek kamienia, który miał trzy równoległe linie. Wyciągnąłem go i pojawiła się dłoń – pięść przylegająca do głowy – wielkości głowy lalki. Była to marmurowa figurka odcięta od jakiegoś reliefu. […] Następnie zastanawiałem się, co to było za przeżycie, i wyobraziłem sobie, co by się stało, gdyby to samo przydarzyło się prawnikowi czy dziennikarzowi – komuś, kto ma do czynienia z rzeczywistością i z »faktami«. Pozwoliłem tej myśli błąkać się przez chwilę po mojej głowie i połączyłem ją z innymi pomysłami. Powstała pewna struktura, a następnie pojawił się wątek dotyczący prawnika, który potknął się o coś irracjonalnego czy nierzeczywistego”.

Paradoks tkwi w tym, że za źródło tej irracjonalności Weir obrał nie rzymską starożytność, lecz wierzenia Aborygenów, których, jak powiedział, nie rozumiał, a przede wszystkim – nie czuł. Urodzony na antypodach, jako potomek Europejczyków, wychowany w europejskiej kulturze, musiał przyznać, że niewiele wie o pierwotnych mieszkańcach Australii żyjących w symbiozie z surową naturą tego kontynentu. A przecież znakomicie oddał tę kulturową przepaść w Pikniku pod Wiszącą Skałą, ukazując grupę dziewcząt i ich nauczycielkę z wiktoriańskiej szkoły, które stanęły przed tajemnicą. Z czym przyszło im się spotkać i zmierzyć? Nie wiadomo. Możemy się tylko domyślać, że z czymś, co było pierwotną „siłą” miejsca, w którym wychowankom wiktoriańskiej szkoły przyszło żyć.

Jest w Pikniku scena przyjęcia w ogrodzie nad jeziorem, która na pierwszy rzut oka przypomina sielankę. Jednak europejskie stroje biesiadników w australijskim buszu niepokoją. Dziwność europejskiej kultury w tym miejscu pogłębia muzyka Mozarta płynąca w tym momencie zza kadru. Weir pytany o ten fragment filmu przez dziennikarza „Cinema Papers” odpowiedział: „To śmieszne, jak my się zmieniamy wraz z rzeczami. Najpierw moja reakcja na tę sekwencję była czysto wizualna – ci wszyscy ludzie w swych ubraniach nad wodą – to było dla mnie przyjemne. Gdy jednak zagraliśmy Mozarta w dniu robienia zdjęć, przeniosłem się w zupełnie inny świat. Pomyślałem, co to za piękna muzyka i co kogo obchodzi, co przydarzyło się jakiejś brytyjskiej kulturze, i co kogo obchodzi sprawa Brytyjczyków w Australii i europejskość naszego pejzażu. Nagle to wszystko stało się zbyt oczywiste i nic nie mogło się równać z tym utworem”.

Czy muzyka może być łącznikiem między dwoma światami? Nasuwa się tutaj wymowna scena z filmu Misja Rolanda Joffégo, w której jezuita, ojciec Gabriel (Jeremy Irons) rozpoczął nawracanie Indian Guarani od gry na flecie. Muzyka przełamała między nimi pierwsze lody, co zaowocowało stworzeniem w dżungli jezuickiej kolonii. Także w filmie Jane Campion tytułowy fortepian pozwala rozpocząć nowe życie i znaleźć miłość na antypodach – w XIX-wiecznej Nowej Zelandii. Jednak muzyka Mozarta w Pikniku nie jest „łącznikiem” z drugim światem czy innym wymiarem. W niej można się jedynie zapomnieć…

ilustracja: Tomasz Bohajedyn
ilustracja: Tomasz Bohajedyn

O zapomnieniu w muzyce Jana Sebastiana Bacha nie może marzyć Miron Białoszewski. Stado wron nad miastem doświadczonym wojną od razu zwraca uwagę ocalałego z masakry. „Mein Jesu” śpiewaczki miesza się z krakaniem wron walczących o miejsce na drzewie. Poeta jak Aborygeni ma świadomość, że jest człowiekiem ze snu, gdzie czeka na niego wciąż na nowo przeżywane powstanie. Te nowe przeżycia, które mieszają się z tym z lata 1944 roku zapisuje w dzienniku, układa z nich wiersze – fascynujące prostotą… jak rysunki Aborygenów pozostawione na skałach lub w jaskiniach. Geometryczne wzory, kręgi, zwierzęta, postacie przodków i „bogów przybyłych z gwiazd”. „Prostota – jakie to trudne!” – krzyknął doktor Paul Gachet na widok obrazów Vincenta van Gogha. Jakie to trudne zmierzyć się z własnym lękiem, wspomnieniami i traumami, które czają się we śnie i zmieniają teraźniejszość w koszmar na jawie.

Głowa z rzymskiego reliefu odnaleziona przez Petera Weiera miała do twarzy przystawioną pięść. Być może była fragmentem sceny rzymskiego triumfu, jakich wiele Rzymianie budowali na podbitych przez siebie ziemiach. Australijski reżyser odkryć mógł więc pamiątkę po ujarzmieniu „barbarzyńców” przez rzymskich legionistów. Ich ziemie zostały przyłączone do imperium, oni w większości oddani w niewolę i przymuszeni do czczenia nowych bogów. Ten schemat powtarza się przez wieki. Podobnie czyniła Anglia w swych koloniach. Australia była jednym z najbardziej przeklętych zakątków imperium brytyjskiego. Na antypody zsyłano przestępców i wszelkie wyrzutki społeczeństwa, dla których nie było miejsca na Wyspach. Ludzie bez zasad czynili sobie poddaną nieprzyjazną im i obcą naturę, wyrzynając w pierwszej kolejności jej rdzennych mieszkańców – Aborygenów i Maorysów, w których praktycznie do XX wieku nie chcieli widzieć ludzi… Dla nich to było proste! Dla nas trudne do pojęcia.

ilustracja: Tomasz Bohajedyn
ilustracja: Tomasz Bohajedyn

Muzyka Mozarta w australijskim buszu; muzyka Bacha na warszawskim blokowisku – mimo całej swej genialności i piękna nie pozwalają zapomnieć o jazgocie karabinów maszynowych masakrujących w tym samym miejscu bezbronnych ludzi. Spłoszone ptaki wracają na pobojowisko, które zarosło puszczą lub odbudowano na nim miasto.

Aborygeńskie malowidła na skałach wraz upływem czasu są coraz bardziej tajemnicze i niepokojące. To przepaść pod wiszącą skałą lub kaniony ruin zbombardowanego miasta. Kraina śmierci Aborygenów znajdowała się na mitycznej wyspie Bralgu. Codziennie, tuż przed zachodem słońca, dusze na Bralgu dokonują obrzędu przygotowania Gwiazdy Porannej do wzejścia. Kobieta duch o imieniu Malumba przechowuje gwiazdę w swoim koszyku i wypuszcza ją, kiedy nadejdzie pora, trzymając ją na sznurze jak latawiec. Po zrobieniu kilku okrążeń na niebie Gwiazda Poranna odpoczywa na Drzewie Życia i Śmierci.

ilustracja: Tomasz Bohajedyn
ilustracja: Tomasz Bohajedyn

Gdy nadchodzi ranek, Malumba ponownie ściąga ją do kosza. U Aborygenów Drzewo Życia i Śmierci to zapałkowiec z rodziny krasnodrzewowatych. Właśnie po tym drzewie dusze zmarłych wspinają się do niebios. W mogiłę zmarłego należy wkopać korzeniami do góry wcześniej wyrwane drzewo zapałkowe. Trzeciego dnia po pochówku dusza zmarłego przez nozdrza opuszcza jego ciało i wspina się do góry po wbitym pniu. Siada następnie między korzeniami i szuka korzenia głównego skierowanego na zachód. Kiedy go znajdzie, może odlecieć ku niebiosom. Przed bramami niebieskimi strażnik musi najpierw przyjmowaną duszę rozśmieszyć, by otworzyła usta. Pozwala to sprawdzić, czy należała do szanującego boskie prawa Aborygena, na co ma wskazywać przynajmniej jeden wybity siekacz. Po tym teście dusza może dołączyć do jednego z ognisk, przy którym ogrzewają się inne dusze zmarłych, które pozostający na ziemi żyjący ludzie postrzegają jako gwiazdy na niebie.

Białoszewski w Tajnym dzienniku zapisał proroctwo snu: „20 lat temu z Adamem (wkrótce samobójcą) poszedłem na film do Sali Kongresowej. Tam się oddawało palta do szatni. Dostałem numerek, spojrzałem:

1983

Nic nie mówiąc pomyślałem

– w tym roku mogę umrzeć, to niby daleko, może szkoda, ale…

W lutym obecnego nam 1983 roku zacząłem o tym mówić, coś mnie zaniepokoiło.

Może przesada – zawał jako przymiarka. Ale coś w tym jest. Zresztą rok ma daleko do końca. Z pewnych przewidzeń i snów czuję dla siebie niebezpieczeństwo końca maja, zwłaszcza niedzieli”.

Miron Białoszewski zmarł 17 czerwca 1983 roku. W piątek.

ilustracja: Tomasz Bohajedyn
ilustracja: Tomasz Bohajedyn

Przy pracy nad tekstem korzystałem z:

M. Białoszewski, Tajny dziennik, Kraków 2012.
M. Białoszewski, Pamiętnik z powstania warszawskiego, Warszawa 1988.
Kino antypodów, opr. Leszek Sosnowski, Kraków 1983.
K. Kunicki, Aborygeni australijscy, [w:] Mitologia Świata, Warszawa 2007.

Data publikacji: