pixel Page 18FCEBD2B-4FEB-41E0-A69A-B0D02E5410AERectangle 52 Przejdź do treści

 

Kup sobie letni spokój. Bez wychodzenia z domu i bez kosztów przesyłki na terenie całej Polski.

Kup numer letni

Numer letni (3/2020) dostępny jest także w pakiecie z numerem wiosennym (2/2020) za dodatkową złotówkę, bez dodatkowych kosztów wysyłki na terenie Polski.

Kup numer letni i wiosenny
Przekrój
W teatrze brakuje nam niezależnego finansowania. Niezależnego od widzimisię ministerstwa, marszałków ...
2020-06-01 00:00:00
Destroix

A który to jest teatr niepolityczny? – rozmowa z Juliuszem Chrząstowskim

Juliusz Chrząstowski jako Broniewski w „Bitwie Warszawskiej 1920”, reż. Monika Strzępka, Narodowy Stary Teatr, zdjęcie: Magda Hueckel
A który to jest teatr niepolityczny? – rozmowa z Juliuszem Chrząstowskim
A który to jest teatr niepolityczny? – rozmowa z Juliuszem Chrząstowskim

Czyta się 13 minut

O Juliuszu Chrząstowskim pisaliśmy już w „Przekroju”, był pierwszym bohaterem cyklu o aktorach Starego Teatru w Krakowie i stale powraca w recenzjach spektakli, na przykład z Bydgoszczy, bo jest artystą wziętym, wędrującym. Dziś mamy do niego parę sympatycznych oraz parę trudnych pytań.

Maciej Stroiński: Nasza rozmowa ukaże się w Dzień Dziecka, więc, jeśli wolno, zapytam o plany: jakaś wycieczka, prezenty? Bo chyba na bycie dziećmi nikt nigdy nie jest za stary. Może się Pan wygadać – gdy się wywiad pojawi, prezenty będą otwarte, nie zepsujemy niespodzianki! Dla mojej siostry Dzień Dziecka to jeden z dwóch w roku szczytów sezonu (poza Bożym Narodzeniem), bo prowadzi sklep z klockami.

Juliusz Chrząstowski: Ja swoim synom pewnie klocków nie kupię, bo oni są już raczej na etapie potrzeb wyrafinowanego sprzętu elektronicznego… Natomiast 1 czerwca uważam za święto wszystkich nas, bo wszyscy jesteśmy dziećmi, zatem wzajem życzmy sobie jak najlepiej, choćby w ten dzień.

Gdyśmy się umawiali na tę rozmowę, zapytał Pan retorycznie: „A o czym będziemy gadać? Chyba nie o Starym”. W mowie branżowej „Stary” oznacza Narodowy Stary Teatr w Krakowie. Może faktycznie na ten temat nie ma co o czym gadać, no to odhaczmy od razu i miejmy to z głowy. Pan tam pracuje, a ten teatr, chociaż nie gra, stoi. Zadam szerokie pytanie: co tam u Was w Starym?

Co słychać w budynku teatru – nie wiem, nie było mnie tam już dwa miesiące. A gdybym nawet chciał wejść, to muszę dostać zezwolenie od dyrektora (sic!), bo inaczej nie wpuści mnie ochrona... Widuję się czasem z koleżeństwem aktorstwem przy okazji wszelkich działań online, których im więcej dokoła, tym bardziej pokazują, że wszyscy, począwszy od widzów, skończywszy na twórcach, chcą żywej kultury, a nie z ekranu telefonu komórkowego.

Ale jak to: nie może Pan wejść do środka? Do własnego miejsca pracy? Na jakiej podstawie, jeśli można wiedzieć? To pytanie oczywiście zwłaszcza do dyrektora i jemu też je postawięzadam.

Jeśli w teatrze nie ma spektakli i prób, to po co aktor ma wchodzić do swojej garderoby, prawda? I tak się ziściły marzenia króla, który chce panować w pustym zamku.

Jak w legendzie o Królu Rybaku. Tymczasem – tęsknimy. Miały być Biesy Strzępki, Czechow Glińskiej, Borczuch Borczucha… Został się Czechow i się rozmnożył: będzie pięć Czechowów Glińskiej, jeśli się nie mylę, choća na razie wszystkie w sieci. Dostał Pan rolę tytułową, a są tylko dwa większe dramaty Rosjanina – a z dojrzałych tylko zaledwie jeden – w których można zagrać tę tak zwaną tytułówkę. Jak się pracuje nad Iwanem Wojnickim?

O tyle jest to dla mnie frapujące, że nigdy do tej pory nie grałem w żadnym Czechowie. Dlatego ta możliwość pracy nad Wujaszkiem Wanią, mimo iż tylko w ramach publicznego czytania, jest ekscytująca.

Pana Wania jest jaki? W tekście jest przegrywem, ma już grubo po czterdziestce i mieszka u mamy…

Nie wiem, czy już jest jakiś. Agnieszka Glińska określa go jako „gnającego za marzeniami na samozatracenie autoironistę”. Chciałbym być takim Wojnickim choćby na moment w tym czytaniu.

Pan jest pomysłodawcą akcji „Aktorzy poezją w wirusa”? Widzę, że się koledzy wkręcili, a powstało to chyba jeszcze przed Hot16challenge2. Przypomina mi się Pańskie czytanie wierszy w monologu Wroga ludu.

Pomysłodawczynią akcji na FB jest Agnieszka Brojek, ja jestem jednym z pierwszych zaproszonych przez nią do jej współtworzenia. W założeniu każdy aktor czy aktorka mógł powiedzieć wiersz, który jest ważny w ten „epiczas”. Potem projekt rozrósł się do nagrywania poezji pod określone motto (Wielki Piątek, powstanie w getcie, modlitwa z Kwiatów polskich na 3 maja), teraz nagrywamy teksty poetyckie dla maturzystów, dzięki czemu mogłem zmierzyć się z sonetem Sępa Szarzyńskiego. Daje mi to satysfakcję, że wierszem Ze złości Broniewskiego (tak, „Władek, k…a” został ze mną na zawsze!) można dostać ponad trzysta lajków i kilkadziesiąt komentarzy. Pewnie gdyby nie epidemia, nigdy nie nagrałbym Pieśni nad Pieśniami z Małgorzatą Lewińską na platformie Zoom czy edycji Salonu Poezji online z Kasią Krzanowską.

Władysław Broniewski, w dramacie Pawła Demirskiego zwany „Władkiem, k…a” (por. Bitwa Warszawska 1920), to moja ulubiona Pańska rola. Widziałem to milion razy i może lubię tak z przyzwyczajenia… (śmiech) Broniewski pyta się Artystki Kabaretowej, symbolu aktorstwa o to samo, o co ja chcę spytać Pana: „jakie ty masz poglądy w ogóle / czy ty wiesz to chociaż?”, na co Artystka odrzeka: „mniej więcej jestem lewicująca”. Pan jest na pewno rewolucyjny, ale czy lewicujący?

W sprawach światopoglądowych oczywiście, że jestem bliżej lewej strony i czuję się europejskim Polakiem, tyle że jako przedstawiciel inteligencji wszystkie karty wyborcze wrzucam od wielu lat nie z pełnym przekonaniem, tylko „przeciw”. Żyjemy w takich czasach, że na pytanie o poglądy łatwiej powiedzieć, czego nie znosimy i co nas irytuje, i za co nam wstyd. Wyprzedzając pana pytanie, powiem, że nie znoszę wszelkich fanatyzmów religijnych (a polska odmiana katolicyzmu nosi wszelkie tego znamiona), irytuje mnie sojusz tronu i ołtarza, szczególnie uwidoczniony w ostatniej pięciolatce, a wstydzę się, że moi współrodacy wybierają na posłów do Sejmu ludzi, którzy mają gębę pełną frazesów o wartościach chrześcijańskich i dobru ojczyzny, a są prymitywnymi miłośnikami Orbána, szowinistami, konformistami i koniunkturalistami. No, to pojechałem.

Ale kto wie, czy z punktu widzenia młodej lewicy nie jest Pan zwykłym, starej daty liberałem? Zresztą po co ja w to idę, gdy mnie polityka mierzi. Trzeba by się o to spytać Pawła Demirskiego, który wie mniej więcej, co jest obecnie myślane i uważane. Dobrze się Panu gra w politycznym teatrze Strzępki/Demirskiego?

Czego najbardziej nie lubię, to przypinania tych łatek. Polityczny teatr? A który to jest niepolityczny w dzisiejszych czasach pełzającego autorytaryzmu?

Może ten, w którym reżyserka mówi o „goniącym na samozatracenie autoironiście”? (śmiech) Dla mnie, jako widza, to jest ogromna tragedia, że wszyscy chcecie robić „teatr polityczny”, bo z jakiegoś powodu inny ma być niemożliwy. Jeszcze gdy takie przedstawienia wystawiała Strzępka, było to ciekawe oraz wciągające, ale teraz wychodzi aktor ze smutną miną, robi półgodzinny wykład, a właściwie – kazanie, i proszę, „teatr polityczny”. Nie idźcie tą drogą. I nie mam na myśli Wroga ludu.

A to jest pytanie?

Mogę zadać je inaczej. Myśli Pan, że ktoś poza towarzystwem teatralnym tęskni za teatrem politycznym? Ostatni sensowny spektakl polityczny w Polsce to było Wesele Klaty – bo tak się smutno złożyło, że był wymiar polityczny i siła rażenia.

Chyba nie dogadamy się na temat pojęcia teatru politycznego, bo ja mam co innego na myśli, pisząc o tym zjawisku, niż manifesty smutnego aktora, jak to pan określa. Mam na myśli raczej to, jak w ostatnich latach teatr jest odbierany. Jest golizna na scenie? – ekshibicjonizm polityczny, bohaterem jest gej – polityczne LGBT, krytyka władzy – jak śmią się mieszać do polityki, „aktor jest od grania”. Fredro uwspółcześniony? – o, to pewnie polityczny spektakl, Szekspir w kostiumach? – że takie przedstawienie bez odniesienia do współczesności, grzeczne, tak?, Kościół bez skazy – polityczny oportunizm itd. Każdy gest jest polityczny. „Wszystkie twoje, nasze, wasze / dzienne sprawy, nocne sprawy / to są sprawy polityczne” (Szymborska).

Dobra, niech będzie, kłócił się nie będę. Temat odhaczony, teraz coś milszego. Jak się rozkręca aktorstwo na Akademii Frycza Modrzewskiego? Jak zrobicie rekrutację w tym roku?

Koronawirus skomplikował życie kulturalne, ale i szkolnictwo artystyczne. Zdecydowaliśmy się na nowo tworzonym Wydziale Aktorskim w Krakowskiej Akademii Frycza Modrzewskiego na rekrutację online. Podstawą do przeprowadzenia pierwszego etapu egzaminu będzie filmik nagrany przez kandydata lub kandydatkę. Maksymalnie 15 minut, z powiedzianymi dwoma tekstami do wyboru z bazy umieszczonej na stronie uczelni, piosenka i krótka improwizacja ruchowa. Jest to z jednej strony zupełnie coś nowego w kontekście wielostopniowych egzaminów w państwowych szkołach teatralnych, z drugiej model szeroko praktykowany w brytyjskich szkołach aktorskich.

Bardzo mi się podoba otwarcie kierunku aktorskiego na uczelni niepaństwowej, trzeba trochę przekłuć ten kastowy balon. W szkołach teatralnych są tak bardzo nadęci, że i tak by zaraz pękli (śmiech). Wiadomość z ostatniej chwili: dyrektor Starego Teatru Marek Mikos zaprzecza w mejlu, że trzeba przepustek, by wejść do budynku. Cytat: „Uprzejmie informuję, że przepustki nie są wydawane i nie został wprowadzony obowiązek ich używania”. Jak pan to skomentuje – jako aktor i związkowiec, przewodniczący Komisji Zakładowej OZZ „Inicjatywa Pracownicza”?

Wyjaśnię to tak: fakt, że każdy pracownik teatru, by do niego wejść, musi napisać mejla na adres sekretariatu, z uzasadnieniem powodu wejścia i podaniem godziny, bo inaczej ochrona go do budynku nie wpuści – nie jest w rozumieniu dyrektora przepustką…

Zapytałem dyrektora Mikosa też o inną sprawę i to może pana mocno zaciekawić. Chodzi o pomieszczenia teatru na ulicy Jagiellońskiej. Dotarła do mnie informacja, że biura z Jagiellońskiej dyrektor chce przenieść na ulicę Starowiślną oraz na Ujastek, by na Starym Mieście uruchomić coś tak jakby hotel, pokoje do wynajęcia czy coś w tym stylu. Dlatego go zapytałem, by doprecyzować. Dostałem odpowiedź z e-maila służbowego: „Uprzejmie informuję, że w tym zakresie nie zostały podjęte jakiekolwiek kroki natury prawnej ani też inwestycyjnej. Kwestia ta pozostaje tylko i wyłącznie w kwestii rozważań i ocen możliwości natury prawno-organizacyjnej”. Nie minęło parę godzin, a przyszedł następny mejl, tym razem z adresu prywatnego Marka Mikosa: „Przepraszam, o jakich pokojach do wynajęcia pan mówi? Skąd pan to wytrzasnął? Ktoś pana celowo wprowadza w błąd. Teatr nie ma przy Jagiellońskiej żadnych pokojów do wynajęcia. Wynajem pokojów nie jest też w planach teatru na czas, który obejmuje mój kontrakt”. Dostałem dwie wzajemnie sprzeczne odpowiedzi, NO I BĄDŹ TU MĄDRY. Wie pan coś w tej sprawie?

Wiem. Sprawa hotelu w biurach Starego pojawiła się parę tygodni temu. Jako szef związku zawodowego Inicjatywa Pracownicza interweniowałem w tej sprawie, ponieważ już w trakcie pandemii (!) niektórzy pracownicy byli wzywani przez dyrektora do prac przy wyprowadzce biur z Jagiellońskiej i przygotowaniu pomieszczeń na Starowiślnej… To szaleństwo zostało zatrzymane, ale jak słyszymy w mejlu, jest rozważane. Złośliwie mógłbym podpowiedzieć pracującym nad tymi „krokami natury inwestycyjnej”, że pokoje gościnne najlepiej zorganizować w garderobach aktorów, a w foyer może być sala restauracyjna, natomiast scena i widownia nadają się na salę konferencyjną.

A co do drugiego mejla: „Skąd pan to wytrzasnął?” – taka odzywka do dziennikarza? Nie wierzę. Nie wierzę, by dyrektor Mikos mógł w ten sposób zapytać. Ktoś musiał zhakować jego konto e-mailowe.

Też się zdziwiłem. Zejdźmy na moment z tego burego tematu. Trochę prywaty, jeśli pan pozwoli. Po mieście krąży plotka, że pańska żona to miłość jeszcze z liceum. Plotka czy prawda, a jeśli to drugie, to co się robi, żeby przetrwać z kimś, kogo ciągle nie ma w domu? Czyli z panem.

A to muszę zapytać żonę Martę i zaraz odpowiem.

Możemy tak zrobić. Z jednej strony swoje trzy grosze dorzuca pana szef, z drugiej – żona. Wywiad polifoniczny.

Rozmawiałem z moją Martą, z którą się znamy od szkoły podstawowej. Jednak żona odmawia odpowiedzi na pytanie dotyczące spraw prywatnych. „Przekrój” to nie Pudelek, panie Macieju!

Trzeba było powiedzieć, że robimy do Pudelka! (śmiech) Jak to się w ogóle stało, że zlądował pan w Krakowie?

Jak to mówią: człowiek to rzeczownik, którym rządzą przypadki. Po dzieciństwie w Świdnicy, studiach we Wrocławiu, sześciu latach w teatrze w Łodzi – nic nie wskazywało na Kraków. W Teatrze Nowym w Łodzi moim dyrektorem był Mikołaj Grabowski, gdy stał się szefem Starego Teatru, ja za jego sprawą stałem się tej sceny aktorem.

Ale chwila, chwila! Tak łatwo chyba nie było. Ja coś czytałem o przykuwaniu się do kaloryfera, o wnoszeniu dyrektora do gabinetu, a aktorów wynoszeniu…

To było tak dawno temu! Na początku wieku w czerwonej, robotniczej Łodzi prezydentem został Jerzy Kropiwnicki, którego mieszkańcy z czasem zaczęli nazywać „Kropaszenko”, co najlepiej oddaje mentalność niegdysiejszego członka ZChN-u. Jako ultraprawicowiec obrał sobie za cel: przejąć miejskie instytucje kultury (znamy ten mechanizm i teraz). I gdy zmarł Kazimierz Dejmek (legendarny dyrektor Teatru Nowego) w trakcie swej trzeciej półrocznej kadencji, akcja obsadzenia na fotelu dyrektora tzw. swoich, na teatrze kompletnie się nieznających, ale ideologicznie poprawnych, nabrała rozpędu, oczywiście z pogwałceniem wszystkich pisanych i niepisanych procedur i obyczajów. Były protesty, niewpuszczaenie „dyrektorów” do teatru, listy poparcia z teatrów z całej Polski, manifestacja na Piotrkowskiej, interpelacje poselskie, niezwykła solidarność widzów i aktorów. Po trzech miesiącach, w Wielki Piątek zostałem wyprowadzony siłą z teatru przez ochroniarzy firmy „Kobra” ubranych w kominiarki. I tak się dopełniło powiedzenie, z którym jechałem do ziemi obiecanej: „Sezon w Łodzi nie zaszkodzi”.

Niczym „sezon w piekle”, mówiąc Arthurem Rimbaudem. Trafia więc Pan do Krakowa, gdzie od wieków ciągle dzieje się to samo, Klata na razie tylko tu reżyseruje, jeszcze nie dyrektoruje. Było zderzenie z krakowskim mieszczaństwem? Krzywo się patrzyli, że Pan „po Wrocławiu”? Seb Majewski, też Dolnoślązak, z tego powodu ostatecznie sobie poszedł, po słynnym wywiadzie.

Krakowa i jego mentalności nigdy specjalnie nie polubiłem, zresztą z wzajemnością. Jeśli chodzi o czynnik ludzki, to Łódź jest naprawdę miastem czterech kultur, a Kraków homogenicznym, zhermetyzowanym mentalnie miastem nieprzewietrzonych kanap. Oczywiście to się zmienia pod wpływem napływu turystów i nowych mieszkańców. Kawiarnie są odlotowe, spacerować po Plantach uwielbiam, przejść przez Rynek też, ale od dawna jestem z rodziną mieszkańcem wsi położonej 25 km od Krakowa.

I nagle na to miasto „napada” Jan Klata. Ja sam dopiero wtedy zacząłem chodzić do teatru – od 2013 roku. Wtedy zaczęły się dla pana złote lata, prawda? Na początek Bitwa Warszawska Strzępki, potem „szczytowało” Wrogiem ludu, a skończyło się Weselem Klaty. Już pytałem, jak się panu pracuje ze Strzępką, ale wtedy pokłóciliśmy się o politykę, więc zadam to pytanie inaczej: czym się różni praca z Klatą od pracy ze Strzępką?

Użył pan sformułowania „skończyło się Weselem Klaty” – no właśnie dokładnie trzy lata temu premiera tego arcydramatu w Starym zbiegła się z rozstrzygnięciem „przygotowanego” przez ministerstwo konkursu na dyrektora tegoż teatru. I z tą dobrą zmianą borykamy się do dziś.

Zagrałem u Moniki Strzępki w czterech spektaklach, u Jana Klaty chyba w siedmiu. To oczywiście najważniejsi dla mnie: reżyserka i reżyser. Jan jest wizjonerski, reżyseruje muzyką, daje swobodę aktorowi w osiągnięciu takiego oddziaływania postaci, jaki zamierzył od pierwszej próby. Monika ma wybitne ucho, jeśli chodzi o brzmienie słowa, jest treserem akcentu, intonacji i największą znawczynią frazy „demirskiej”. Mogłaby spokojnie grać w swoich spektaklach, bo świetnie odgrywa postaci napisane przez Pawła.

Czego Panu brakuje w polskim teatrze?

Niezależnego finansowania. Niezależnego od widzimisię światopoglądowego ministerstwa, marszałków i prezydentów miast.

Mnie głównie teatru, żeby był teatrem, a nie performansem albo „wydarzeniem”… Co Pan ostatnio czytał?

Ale się pan naoglądał gdzieś jakiegoś performatywnego teatru! Czytać, czytam dużo poezji w ten „epiczas”. A na stoliku przy łóżku leży teraz najnowsza Papużanka Przez, a wcześniej uczciłem Rok Tyrmanda i przeczytałem całego Złego.

Na koniec bym prosił o coś bezsprzecznie optymistycznego – każdy mój rozmówca dostaje takie otwarte pytanie i ono jest najtrudniejsze.

Po pierwsze: jestem w obsadzie nowego spektaklu Strzępki, premiera jesienią. Po drugie: kobea, która ucierpiała przez nocne przymrozki, wypuściła kilka nowych, zdrowych pędów, a na krzaku pomidora, posadzonego tydzień temu, pojawił się pierwszy kwiat. Po trzecie: moje dwa psy, Rita i Lucyna, będą się jutro ogromnie cieszyły, gdy do nich wyjdę na taras jak co dzień rano. Po czwarte: właśnie się umówiłem z moją Martą, że jutrzejszą poranną kawę wypijemy w łóżku.

Juliusz Chrząstowski
Juliusz Chrząstowski

Juliusz Chrząstowski

Aktor Narodowego Starego Teatru im. Heleny Modrzejewskiej w Krakowie, gdzie zagrał ponad 30 ról (u Grabowskiego, Klaty, Strzępki, Rubina, Zadary, Wysockiej, Augustynowicz, Wierzchowskiego). Współpracuje z krakowskim Teatrem Nowym Proxima. Od stycznia 2020 r. prodziekan Wydziału Aktorskiego Krakowskiej Akademii im. Andrzeja Frycza Modrzewskiego. Animator kultury, instruktor teatralny („Alchemia Teatralna” w Świdnicy), współprowadzi krakowskie studio teatralne „Drama”. Laureat wielu nagród aktorskich (m.in. Zelwerowicza za rolę Orcia w nie-boskiej komedii Strzępki), odznaczony Brązowym Medalem Zasłużony Kulturze Gloria Artis.

Data publikacji:

okładka
Dowiedz się więcej

Prenumerata
Każdy numer ciekawszy od poprzedniego

Zamów już teraz!

okładka
Dowiedz się więcej

Prenumerata
Każdy numer ciekawszy od poprzedniego

Zamów już teraz!