Page 18FCEBD2B-4FEB-41E0-A69A-B0D02E5410AERectangle 52 Przejdź do treści

Szanowni Państwo!

Wiele osób spośród naszych Czytelników i Czytelniczek wybiera tradycyjną drukowaną wersję kwartalnika, ale są także tacy, którzy coraz częściej korzystają z nośników elektronicznych. Dlatego wprowadzamy cyfrową wersję „Przekroju”. Zapraszamy do wykupienia prenumeraty, w której ramach proponujemy nieograniczony dostęp do aktualnych i archiwalnych wydań kwartalnika.

Ci z Państwa, którzy nie zdecydują się na prenumeratę, będą mieli do dyspozycji bezpłatnie 3 „Przekrojowe” teksty oraz wszystkie rysunki Marka Raczkowskiego, krzyżówki, recenzje, ilustracje i archiwalne numery z lat 1945–2000. Zapraszamy do lektury!

wykup prenumeratę cyfrową
Przekrój
Przedstawiamy wspomnienia antarktycznej wyprawy sir Ernesta Shackletona i fragment książki „The ...
2017-12-08 00:00:00

800 mil niezwykłej żeglugi

Uczestnicy wyprawy ciągną „Jamesa Cairda” w stronę Wyspy Słoniowej; zdjęcie: Frank Hurley
800 mil niezwykłej żeglugi
800 mil niezwykłej żeglugi

„Poszukiwani mężczyźni na niebezpieczną podróż. Niskie zarobki, dotkliwe zimno, długie godziny w całkowitej ciemności” – podobno takim ogłoszeniem zwerbowano 27 członków załogi „Endurance”. Wszyscy przeszli do legendy, ale sześciu z nich szczególnie.

Tak to się zaczęło...

Wyprawa transantarktyczna sir Ernesta Shackletona z lat 1914–1917 jest jedną z najwspanialszych historii z czasów tzw. heroicznej epoki eksploracji Antarktyki. Shackleton wraz z 27 śmiałkami wyruszył trójmasztowcem „Endurance” na podbój Antarktydy z zamiarem przejścia jej pieszo od Morza Weddella do Morza Rossa. Legenda głosi, że uczestników wyprawy szukał za pomocą takiego ogłoszenia w prasie: „Poszukiwani mężczyźni na niebezpieczną podróż. Niskie zarobki, dotkliwe zimno, długie godziny w całkowitej ciemności. Bezpieczny powrót jest wątpliwy. Honor i uznanie w przypadku sukcesu”.

Ekspedycja, po zaopatrzeniu się w zapasy w Buenos Aires, wyruszyła ku Antarktydzie z wysuniętej daleko w ocean odludnej wyspy Georgia Południowa, znanej jedynie garstce norweskich łowców wielo­rybów. Po długiej podróży, kiedy Zatoka Vahsela – cel żeglugi u antarktycznych wybrzeży – był niemal w zasięgu wzroku, statek Shackletona wpadł w pułapkę kry morskiej. Przez 10 miesięcy znosiła ona uwięzioną „Endurance” coraz dalej na północ, by wreszcie ją zgruchotać. Shackleton podjął szaleńczą próbę uratowania swojej załogi. Pieszo, później za pomocą szalup ratunkowych, które przeciągnęli po lodzie, członkowie ekspedycji dotarli na bezludną Wyspę Słoniową. Jej nieprzychylny klimat każe Shackletonowi szukać ratunku dalej. Podejmuje dramatyczną decyzję, aby wraz z pięcioma członkami załogi wyruszyć szalupą ratunkową „James Caird” 800 mil morskich (1481 km) przez ocean na Georgię Południową. Wie, że „wcelowanie” w odległą małą wyspę graniczy z cudem. Jednak jeśli plan się nie uda, ich łódź na zawsze podryfuje w bezkres oceanu, a reszta załogi nigdy nie doczeka się pomocy…

Zamów prenumeratę cyfrową

Z ostatniej chwili!

U nas masz trzy bezpłatne artykuły do przeczytania w tym miesiącu. To pierwszy z nich. Może jednak już teraz warto zastanowić się nad naszą niedrogą prenumeratą cyfrową, by mieć pewność, że żaden limit Cię nie zaskoczy?

Trójmasztowiec „Endurance” uwięziony w lodach Antarktyki.
Trójmasztowiec „Endurance” uwięziony w lodach Antarktyki.

„Wtorek 25 [kwietnia], przez cały dzień lekki wiatr WSW, duże zachmurzenie
Środa 26 [kwietnia], wichura WSW, sztorm i chmury na 105 mili
Czwartek 27 [kwietnia], północna wichura, ciężkie chmury i ciężki sztorm
Piątek 28 [kwietnia], lekkie wiatry NW i W, mgła, wysokie fale NW
Sobota 29 [kwietnia], wiatr W i SW, wzburzone morze
Niedziela 30 [kwietnia], duże fale o 8 rano, o 15 rzuciliśmy kotwicę, rozbryźnięte krople zamarzają i osadzają się na łodzi
Poniedziałek 1 [maja], potężny wiatr SSW, utrata dryfkotwy, zamarz­nięty żagiel
Wtorek 2 [maja]…”

Dziennik Henry’ego McNisha

 

„Opowieść o następnych szesnastu dniach będzie mówiła o jednym z naszych najżarliwszych zmagań pośród rozkołysanych wód […] oceanu” – pisał Shackleton. Załoga Cairda ruszyła w drogę w nietypowo słoneczne południe, gdy lśniące wody zdawały się tańczyć, a szczyty i lodowce niknącej w tyle Wyspy Słoniowej połyskiwały zwodniczym pięknem. Mniej więcej pół godziny po opuszczeniu towarzyszy na samotnej plaży „Caird” trafił na starego wroga: pak lodowy. Żeglarze znów znaleźli się w ponurej krai­nie postrzępionych, wielokształtnych dryfujących gór. Kanał, który wypatrzyli jeszcze z brzegu, przeprowadził ich na otwarte wody, nim zapadła noc. Pierwszego dnia wszystko poszło więc względnie gładko, lecz już wtedy „Caird” wypełniał się wodą zalewany deszczem i falami. Załoga miała na sobie wełnianą bieliznę i zwykłe płócienne spodnie, swetry, wełniane skarpety, rękawice i kominiarki, a także kombinezony Burberry i kaski.

„Chroniły co prawda przed wiatrem, lecz przed wodą niestety nie” – zauważał Worsley.

Shackleton zamierzał płynąć przez kilka dni na północ, jak najdalej od lodu ku cieplejszym wodom, a następnie odbić na wschód ku Georgii Południowej. Co prawda przylądek Horn znajdował się bliżej, lecz z powodu zachodnich wichrów tylko Georgia wchodziła w grę.

Pierwszy posiłek zjedli „pod pokładem”, czyli pod płócienną osłoną, kołysani przez mocne fale. Trzeba było nieustannie trzymać mały prymus, dzięki któremu podgrzewali żywność. Brakowało miejsca, by wyprostować plecy. Mężczyźni jedli z trudem, niemal zgięci wpół. Główne pożywienie stanowił tzw. hoosh: kostka z białka wołowego, tłuszczu, owsa, cukru i soli, przygotowana pierwotnie jako racja żywnościowa na użytek wyprawy saniami przez kontynent, o czym już niemal zupełnie zapomniano. Hoosh zmieszany z wodą tworzył gęstą breję, posypywaną przetworzonymi orzechami. Wszyscy prócz Worsleya i McCarthy’ego cierpieli na chorobę morską. Po jedzeniu McNish, Crean, McCarthy i Vincent wpełzli do mokrych śpiworów rozłożonych na twardych kamieniach tworzących balast, które nieustannie trzeba było przekładać dla lepszego wyważenia łodzi. Worsley i Shackleton wzięli pierwszą wachtę. Orientując się na Krzyż Południa widniejący na zimnym niebie, żeglowali na północ.

„James Caird” wypływa z Wyspy Słoniowej; zdjęcie: Frank Hurley
„James Caird” wypływa z Wyspy Słoniowej; zdjęcie: Frank Hurley

Według relacji Worsleya Sha­ckle­ton oznajmił mu ze śmiechem: „Wiesz, że nie mam pojęcia o żeglowaniu taką łodzią? »W porządku, szefie – odparłem. – To moja trzecia podróż, biorę wszystko na siebie«”.

Worsley przytacza tę rozmowę z szacunku dla Shackletona, jako dowód jego odwagi. Shackleton podjął się niebezpiecznej podróży, choć czasy wypraw morskich miał już dawno za sobą. Trzeba jednak podkreślić, że wielu brytyjskich polarników posiadało doświadczenie okrętowe. Sha­ckleton przez 27 lat służył w marynarce handlowej. Członkowie niewielkiej załogi „Jamesa Cairda” spędzili wiele lat na morzu i było rzeczą oczywistą, że świetnie sobie poradzą. Gdy szło się „pod pokład” – czyli do śpiwora – miało się pewność, że towarzysze obsługujący żagiel i dryfkotwę wiedzą, co robią, choć przecież była to podróż niepodobna do innych.

Rankiem Crean zabrał się za rozpalanie prymusa. „Caird” znajdował się już 45 mil morskich od Wyspy Słoniowej. Śniadanie przygotowano pod pokładem. Woda rozlewała się po płótnie, spływała za kołnierze. Po południu rozpętała się wichura z kierunku zachód – południowy zachód. Niebezpieczne morze szarpało mocno obciążoną łódką. Shackleton wyznaczył dwie wachty. Pierwszą pełnił on sam, Crean i McNish. Worsley, McCarthy i Vincent zmienili ich po czterech godzinach.

„Wyglądało to następująco – pisał Worsley. – Trzej ludzie w śpiworach wmawiali sobie, że śpią. Trzej »na pokładzie« krzątali się nieustannie: jeden sterował przez godzinę, dwaj natomiast wybierali wodę, oporządzali żagle lub siedzieli w naszym »salonie« (największej części łodzi, gdzie z reguły jedliśmy). Nikt nie palił się, by iść »pod pokład«. Ta część mierzyła tylko pięć na siedem stóp, walał się tam mokry balast. Musieliśmy stawać jeden za drugim i czołgać się w ciężkich, mokrych ubraniach przez kamienie, pod niską ławką, by dostać się do śpiworów. Ponieważ łódź ciągle się kołysała i ponieważ ciągle zalewała nas woda, w tej ciasnej przestrzeni czuliśmy się jak pogrzebani żywcem. Wiele razy drzemkę przerywał nagły strach, że się topimy”.

„Nikt z nas nie zaznał odpoczynku” – pisał Shackleton. Złachmanione śpiwory ze skóry reniferów liniały. Kłujące włoski wbijały się w ubrania, dostawały się do jedzenia i do ust. Nie było jak odpędzić ciemności panujących każdej doby od godziny 18.00 do 7.00 rano. W łodzi znajdowała się jedynie prowizoryczna lampa naftowa i dwie świece, które zapewniały skromne, starannie osłaniane światło. Pierwszej nocy krzyki pingwinów na ciemnym morzu skojarzyły się żeglarzom z duszami potępieńców.

Mapa z opisem trasy „Endurance”
Mapa z opisem trasy „Endurance”

Trzeciego dnia mimo śniegu i sztormowej pogody Worsley wypatrzył promienie słońca między pędzącymi chmurami. Klęknął na ławce podtrzymywany przez Vincenta i McCarthy’ego i zdołał wycelować sekstant. Bezcenny almanach i tablice logarytmiczne służące do obliczeń dawno już zamokły. Wilgoć sklejała kartki i zmywała druk. Ostatecznie Worsleyowi udało się stwierdzić, że łódź przebyła 128 mil od Wyspy Słoniowej.

„Caird” znajdował się jednak gdzie indziej, niż sądziła załoga. Worsley pisał:

„Nawigacja jest sztuką, brak jednak słów, by opisać moje próby. Obliczenia dotyczące kursu lub odległości stały się ledwie zgadywanką. […] Proceder wyglądał następująco: wyglądałem z naszej nory, trzymając bezcenny sekstant przy piersi, by nie zalały go fale. Sir Ernest stawał pod płótnem z ołówkiem chronometrycznym i księgą. Wołałem: »Uwaga!« i klękałem na ławce trzymany mocno przez dwóch towarzyszy. Następnie próbowałem określić, jak wysoko nad horyzontem znajduje się słońce, choć mogłem się tylko domyślać, gdzie jest horyzont, łódź bowiem przetaczała się przez fale. Wreszcie wołałem: »Stop!«. Sir Ernest mierzył czas. Potem dokonywałem kalkulacji. […] Moje księgi nawigacyjne trzeba było otwierać ostrożnie strona po stronie, by się nie zniszczyły”.

Wodowanie przebudowanego „Cairda” przed wyprawą po ratunek; zdjęcie: Frank Hurley
Wodowanie przebudowanego „Cairda” przed wyprawą po ratunek; zdjęcie: Frank Hurley

Szczególnych trudności nastręczała żegluga nocą. Gęste chmury nie przepuszczały światła księżyca ani gwiazd. Łódź posuwała się w zupełnej ciemności. Załoga sterowała „na wyczucie” wiatru, obserwując niewielką chorągiewkę przywiązaną do masztu. Każdej nocy co najmniej raz sprawdzano kierunek wiatru za pomocą kompasu (nie można było robić tego zbyt często, gdyż odczyt wymagał zużycia cennej zapałki). Nawigacja miała pierwszorzędne znaczenie. Zboczenie z kursu choćby o milę mogło oznaczać, że nie dotrze się do lądu i „Caird” wyjdzie na ocean.

Po południu trzeciego dnia wicher zaczął dąć od północy – i tak przez następne 24 godziny. Wzburzone fale były szare, podobnie jak niebo i niskie chmury. Wszystko spowijała mgła. Woda przelewała się przez pokład „Cairda”. Rozpięte płótno, przygniecione jej ciężarem, mogło w każdej chwili wyrwać krótkie gwoździe, wyciągnięte wcześniej w niemałym trudzie przez McNisha ze skrzyń z ładunkiem. Na dodatek wokół unosiły się fragmenty rozbitego statku, ponure memento potęgi natury.

„Co trzy, cztery minuty woda przemaczała zupełnie nasze ubrania – pisał Worsley. – Trwało to nieprzerwanie dniami i nocami. Panował straszliwy ziąb”. Szczególnie wstrętnym zajęciem było obsługiwanie pompy. Należało ją trzymać gołymi rękami przy samym dnie łodzi, czego nie dawało się znieść dłużej niż kilka minut.

Po południu 28 kwietnia, w piąty dzień podróży, wiatr zelżał. Łódź unosiła się i opadała na potężnych falach. „Najwyższe, najszersze i najdłuższe fale na świecie” – twierdził Worsley. Chwilami „Caird” znajdował się między dwiema ogromnymi ścianami wody, a wówczas żagiel opadał z braku wiatru. Potem łódź wynosiło na szczyt fali i zaraz pędziła w dół po jej stromym zboczu. Nazajutrz zerwał się wiatr z kierunku zachód – południowy zachód. „Caird” musiał zmagać się z rozkołysanym morzem, lecz pędził naprzód, aż 92 mile na północny wschód, zgodnie z planem. Od Wyspy Słoniowej załogę dzieliło już 238 mil, „choć nie w linii prostej” – zauważał ponuro Worsley.

30 kwietnia dął jeszcze silniejszy wiatr, tym razem od południa, przywiewał więc mroźne powietrze znad lodowców. Shackleton chciał ustawić się tyłem do wiatru, uznał jednak, że „Caird” może wówczas znaleźć się burtą do fali lub zniesie go za daleko w morze. Niechętnie wydał rozkaz, aby stanąć w dryf.

„Wyciągnęliśmy z wody dryf­kotwę, by móc kontynuować naszą podróż we właściwym kierunku – pisał Shackleton.­ – Na dryf­kotwę składał się płócienny worek przymocowany do końca liny przywiązanej do dziobu”. Opór dryf­kotwy równoważył pęd wiatru. Do tej pory „Caird”, poobijany, obryz­­giwany lodowatą wodą, płynął naprzód, parł powoli ku Georgii Południowej. Teraz jednak załoga musiała czekać z niepokojem pośród nieprzeniknionych ciemności.

„W skąpym świetle płomienia widzieliśmy, jak łamią się grzbiety wezbranych fal, tworząc na moment tunele” – pisał Shackleton. Rozbryz­gująca się woda niemal natychmiast zamarzała. Pod koniec ósmego dnia „Caird” nie unosił się już na falach, lecz leżał ciężko. Przemoczone drewno, płótno i liny skuły się lodem. Lodowy pancerz, gruby na 40 cm, obciążał łódź i pomału ciągnął ją ku głębinom.

Tom Crean; zdjęcie: Frank Hurley
Tom Crean; zdjęcie: Frank Hurley

Należało temu natychmiast zaradzić. W wyjącym wichrze, pośród roztrzaskujących się fal, członkowie załogi czołgali się na zmianę po niebezpiecznie śliskim pokładzie i skuwali lód. Worsley próbował odmalować niewyobrażalną „trudność i grozę chodzenia w ciemności po odeskowaniu niezapewniającym pewnego podłoża. […] W pewnej chwili łódź zachybotała się mocno i ujrzałem, jak Vincent ześlizguje się po płótnie. Szczęściem zdążył chwycić się masztu, nim wypadł za burtę”.

Procedurę skuwania lodu z całej łodzi trzeba było powtórzyć trzy razy. Załoga używała toporka i noża. Wymagało to siły, ale i ostrożności, by nie uszkodzić płótna zakrywającego pokład. Stanowiło ono marną, lecz jedyną osłonę. Bez niego z pewnością nie zdołaliby przetrwać. Żeglarze pozbyli się dwóch znienawidzonych futrzanych śpiworów. Oba już wcześniej zaczęły się rozkładać, poza tym zamarzły w nocy na kamień. Shackleton szacował, że ważyły teraz po 20 kg. Dzięki żmudnym wysiłkom „Caird” odzyskał nieco wyporności i znów unosił się kołysany przez fale.

Następnego dnia rano łodzią szarpnęło nagle w stronę zawietrznej. Lina, do której przywiązana była dryfkotwa, zamarzła i urwała się pod ciężarem lodu. Dryfkotwa odpłynęła. Załoga zaczęła bić w żagle, by skruszyć pokrywający je lód. Udało się je podnieść. „Caird” ruszył pod wiatr. Właśnie tego dnia, 2 maja, McNish przerwał nagle pisanie dziennika.

„Staraliśmy się utrzymać łódź w sztormie na właściwym kursie, wytrzymując wszystkie niedogodności objawiające się głównie bólem” – wspominał Shackleton (który w swojej relacji z reguły pomijał wszelkie cierpienia fizyczne). Członkowie załogi byli przemoczeni do kości i mieli odmrożenia. Mokre ubrania, niezdejmowane od siedmiu miesięcy, obcierały ich ciała. Słona woda powodowała odparzenia, mokre stopy i dłonie stały się chorobliwie blade i opuchnięte, ręce poczerniały od brudu, foczego sadła, oparzeń przy rozpalaniu prymusa i odmrożeń. Najmniejszy ruch powodował chwilami straszliwy ból.

„Siedzieliśmy tak sztywno, jak się dało – pisał Worsley. – Kto poruszył się choćby o pół cala, znów na nowo czuł zimno i mokre ubranie. Życie stawało się znośne tylko, jeśli zupełnie zastygaliśmy”. Pewną ulgę przynosiły też ciepłe posiłki. Shackleton zadbał, by za dnia każdy członek załogi jadł co cztery godziny coś ciepłego. Podczas nocnych wacht pito gorące mleko w proszku, również w regularnych odstępach.

„Dwaj spośród nas byli bliscy śmierci – twierdził Worsley. – Sha­ckleton, można rzec, trzymał rękę na pulsie. Ilekroć zauważał, że ktoś dygocze wyjątkowo mocno, natychmiast polecał wydać wszystkim gorący napój lub posiłek. Nigdy nie dawał cierpiącemu do zrozumienia, że to przez niego – nie chciał, by człowiek się niepokoił albo denerwował”. Załoga piła też sadło przeznaczone do rozlewania po wzburzonym morzu. I tak wystarczyłoby go tylko na jeden dzień sztormu, a przecież podczas podróży dni takich było łącznie 10.

Vincent znosił to wszystko szczególnie ciężko. Shackleton pisał ogólnikowo, że od końca kwietnia „nie udzielał się jako członek załogi”. Worsley uważał to za skutek reumatyzmu, najwyraźniej chodziło jednak również o załamanie psychiczne, gdyż w późniejszych etapach podróży Vincent dawał sobie radę. Pod względem fizycznym był zresztą najsilniejszym członkiem ekspedycji „Endurance”.

Górny pokład „Endurance” podczas podróży w stronę Antarktydy; zdjęcie: Frank Hurley
Górny pokład „Endurance” podczas podróży w stronę Antarktydy; zdjęcie: Frank Hurley

McCarthy zawstydzał pozostałych. „Nigdym nie spotkał równie niepohamowanego optymisty ­– notował Worsley w zeszycie nawigacyjnym. – Zmieniam go przy sterze, łódź jest oblodzona, morze przelewa się nam nad głowami, on zaś mówi z wesołym uśmiechem: »Cóż za piękny dzień, sir!«”.

Shackletona i Creana łączyła szczególna więź. Worsley wyjaśniał:

„Tom Crean tak długo towarzyszył sir E. i tak wiele razem dokonali, że stał się dlań jak najbliższy służący. Gdy kładli się spać, z ciemnej, ponurej sypialni dobiegało czasem mamrotanie, powarkiwanie bez słów. Rozmawiali tak ze sobą albo rzucali jakieś ogólne komentarze. Niekiedy wypowiadali się nader kwieciście, a Crean pokazywał, że zeń prawdziwy Irlandczyk i niewiele brakowało, a byłbym pękł, tłumiąc śmiech. »Idź spać, Crean, zamiast gdakać jak stara kwoka«. »Szefie, nie mogę już wcinać tych kłaków renifera, moje wnętrzności będą jak koźla skóra. Dajmy je Skipperowi i McCarthy’emu. Oni zjedzą wszystko bez patrzenia«”.

Mimo niewygód Worsley był w swoim żywiole. Zdawał sobie sprawę, że oto przytrafia mu się wielka przygoda, o której zawsze marzył. Jak widać z powyższego cytatu nie opuś­ciło go poczucie humoru. Na temat McNisha wiemy mało. Shackleton pisał jedynie: „Cieśla cierpiał najbardziej, ale okazywał wiele odwagi i męstwa”. Jak się zdaje, McNish znosił każdy dzień spokojnie, był ponury, lecz rzeczowy. Od małego wszak wiedział, że w życiu nie ma łatwo. Shackleton musiał znosić straszliwe męki, gdyż – jakby mało było trudów – wróciła jego rwa kulszowa.

O północy 2 maja Shackleton zmienił Worsleya przy sterze. Sztorm nabierał sił od 8 godzin. Ciężkie, niespokojne morze falowało pod chmurami zapowiadającymi śnieg. Naraz Shackleton ujrzał z tyłu pasek jasnego nieba. Zawołał do swych ludzi pod pokładem, że oto wreszcie się przejaśnia.

„I wówczas, dosłownie chwilę później, zorientowałem się, że to, co obserwowaliśmy, nie było przestrzenią między chmurami, lecz białym grzbietem gigantycznej fali – pisał później. – Mając 26 lat doświadczenia na morzu, w różnych jego nastrojach, jeszcze nigdy nie widziałem fali tak ogromnej. Był to potężny upust gniewu, który zesłał na nas ocean, rzecz osobliwa nawet jak na rozszalałe morza, z którymi musieliśmy walczyć przez wiele dni. Wreszcie wrzasnąłem: »Na litość boską, trzymajcie się! Ma nas«”.

Na chwilę zapanował nienaturalny spokój, po czym „Cairda” zalała szalejąca piana. Mimo to łódź zdołała wypłynąć, „do połowy wypełniona wodą, ciężka i rozdygotana po otrzymanym ciosie”. Załoga wybierała wodę, nie przerywając ani na chwilę, aż wreszcie po godzinie „Caird” odzyskał solidną wyporność.

Rano 3 maja, po 48 godzinach nieustępliwa, mroźna wichura wreszcie osłabła, a pośród cumulusów pojawiło się słońce. Zrefowano żagle, rozwieszono mokre ubrania i śpiwory, po czym obrano kurs na Georgię Południową. W południe niebo nadal było na tyle czyste, że Worsley mógł wreszcie dokonać pomiarów, pierwszy raz od sześciu dni. Obliczenia wykazały, że mimo gigantycznych trudności „Caird” pokonał 444 mile, odkąd wypłynął z Wyspy Słoniowej. Udało się przebyć ponad połowę odległości. Naraz wydało się, że sukces jest możliwy.

Dobra pogoda utrzymywała się dłużej. „Zyskaliśmy dzień wytchnienia” – pisał Worsley. 5 maja, 12. dnia żeglugi, „Caird” przepłynął aż 96 mil. Do Willis Island, opodal zachodniego krańca Georgii Południowej, pozostało 155 mil. 6 maja morze znowu się wzburzyło. Wicher z północnego zachodu zmusił załogę do ponownego stanięcia w dryf. Nazajutrz udało się ponownie obrać kurs.

Worsley obawiał się o swoje dane nawigacyjne. „Caird” płynął od dwóch tygodni. Przez ten czas słońce pokazało się tylko cztery razy, z czego „dwukrotnie widziałem je przez moment lub musiałem domyślać się jego pozycji przez szpary w chmurach.

Wszystko było spowite mgłą, łódź skakała niczym pchła. Nie widziałem krawędzi słońca, mogłem więc ustawić instrument na jego środek wyłącznie dzięki zgadywankom. Jeśli krawędź jest przesłonięta, nie da się precyzyjnie ustalić wysokości. Pozostaje wówczas liczyć od horyzontu do najjaśniejszego widocznego punktu. Doświadczenie oraz przeprowadzenie kilku tego typu pomiarów jeden po drugim pozwala uzyskać średnią, której błąd wynosi nie więcej niż minutę”.

Gdy Worsley poinformował Sha­ckletona, że nie jest pewien pozycji „z dokładnością do 10 mil” zapadła decyzja: „Caird” pożegluje ku niezamieszkanemu zachodniemu wybrzeżu Georgii Południowej zamiast na wschód, gdzie znajdowały się stacje wielorybnicze – i ratunek. W ten sposób była pewność, że nawet jeśli załoga przegapi ląd, prądy zniosą ją na drugą stronę wyspy. Gdyby nie dotarli dostatecznie blisko wschodniego wybrzeża, skończyliby na otwartym morzu. „James Caird”, zgodnie z obliczeniami Worsleya, znajdował się nieco ponad 80 mil od wyspy.

Wieczorem 7 maja krótko przed zapadnięciem zmroku koło łodzi przepłynęło nieco krasnorostów. Podekscytowana załoga żeglowała całą noc w kierunku wschodnim­ ­­– północno-wschodnim. Rankiem 15. dnia ujrzeli wodorosty. Na moment zapomnieli o ostatnim, dopiero co dostrzeżonym problemie: otóż do jednej z beczek z wodą pitną dostała się woda morska, zapewne wtedy, gdy „Caird” niemal przewrócił się tuż przed wypłynięciem z Wyspy Słoniowej. Żeglarzy nękało teraz nieznośne pragnienie.

Coraz częściej widzieli jednak warcabniki, które podziwiali wiele miesięcy wcześniej w Grytviken. Worsley niespokojnie śledził niebo, ciężka mgła przesłaniała jednak słońce i horyzont. Żeglarzom ukazały się dwa kormorany, ptaki, które nie zapuszczały się z reguły dalej niż 15 mil od lądu. Prądy krzyżowały się, były coraz bardziej wartkie. Około południa mgła się przerzedziła. Ze wschodu i północnego wschodu napływały niskie, ciężkie chmury. Pół godziny później McCarthy zawołał, że widzi ląd.

„I oto przed nami, w korytarzu wydrążonym przez wiatr, nasze szczęśliwe, lecz oblepione solą oczy ujrzały potężny czarny klif, przyozdobiony koronką śniegu – pisał Worsley. – Ukazał się nam na chwilę i zaraz zniknął. Patrzyliśmy na siebie, nie mogąc powstrzymać uśmiechu. W głowach krążyła jedna myśl: udało się”. Ziemia, przylądek Demidov, znajdowała się zaledwie 10 mil dalej. Obliczenia Worsleya okazały się trafne.

O 15.00 załoga mogła już podziwiać kępy zielonych traw, pierwszej formacji roślinnej, jaką widziała od 5 grudnia 1914 r., a więc od 17 miesięcy. Najbliższa stacja wielorybnicza była o 150 mil – niemało, biorąc pod uwagę warunki i zmieniający się wiatr. Poza tym żeglarze od 48 godzin nie mieli w ustach świeżej wody. Rozważano dwa miejsca do lądowania: Wilson Harbor, na północy, lecz od nawietrznej, a więc niedostępny, oraz Zatokę Króla Haakona. Płynące od zachodu fale roztrzaskiwały się tam o ostre skały, wyrzucając pianę na kilkanaście metrów w górę.

„Desperacko potrzebowaliśmy wody i odpoczynku – pisał Sha­ckleton – ale próba dobicia do brzegu w tych warunkach byłaby niemal samobójcza. […] Nie mogliśmy zrobić nic innego, jak tylko pozwolić łodzi dryfować aż do świtu”. Przywódca ekspedycji doskonale wiedział, że lądowanie może wiązać się z największymi niebezpieczeństwami.

Dzień zakończył się nieprzyjemną pogodą. Załoga szykowała się na ciemną noc. Wszyscy byli skrajnie wycieńczeni, lecz z powodu pragnienia i opuchniętych ust nie mogli prawie nic przełknąć. O północy stanęli w dryf 18 mil od brzegu. Nad ranem wiatr przybrał na sile. „Caird” unosił się na falach i opadał, z nieba sypał mokry śnieg. Łódź nabierała wody, którą trzeba było bez ustanku wypompowywać. O świcie „Caird” znalazł się na niebezpiecznie wzburzonym morzu. Fale pchały go w stronę wybrzeża.

Z nieba padał deszcz, grad i mokry śnieg. W południe zerwał się prawdziwy huragan. Wokół przetaczały się góry spienionej wody, lądu zupełnie nie było widać.

„Żaden z nas nigdy nie oglądał czegoś podobnego” – pisał Wors­ley. Burza „znosiła nas silnie prosto ku twardym nabrzeżnym skałom. W myślach pobrzmiewały nam słowa straszliwe dla każdego żeglarza, których nie chcieliśmy wypowiadać na głos: ląd od nawietrznej”.

O pierwszej po południu chmury się rozstąpiły, odsłaniając stromy klif. Ryk rozbijających się fal świadczył, że niedaleko znajdują się ukryte skały. W geście rozpaczy Shackleton kazał postawić dwukrotnie zrefowane żagle, by uciec spod brzegu.

„Zrefowany żagiel główny był już postawiony, natomiast kliwer i be­zan, choć niewielkie, wymagały diabelnie dużo wysiłku – pisał Worsley. – Zazwyczaj zajmuje to 10 minut, tym razem trwało godzinę”.

„James Caird” brnął pośród wichury, z okrutnym stukotem uderzając o fale. Za każdym razem woda dostawała się do środka przez roz­szczelniające się deski. Pokryta farbą olejną i foczą krwią łódź napinała się do granic. Pięciu członków załogi wybierało i wypompowywało wodę, szósty trzymał kurs.

„Co pewien czas okłamywaliśmy się, mówiąc: »Chyba się uda«” – pisał Worsley. Po 3 godzinach walki ląd wreszcie się oddalił. Naraz od nawietrznej, w gęstniejącym mroku ukazały się góry na Wyspie Annienkowa. Załoga wpadła z deszczu pod rynnę.

„Dobrze pamiętam, com wtedy pomyślał – pisał Worsley. – Żałowałem, że wziąłem dziennik, irytowało mnie ponadto, że nikt nigdy się nie dowie, jak daleko dotarliśmy”.

„Myślę, że większość z nas uważała, że koniec jest już bliski” – wspominał Shackleton. Zapadał mrok. „Caird” wpadł na fale rozbijające się o strome wybrzeże wyspy. Nagle wiatr zmienił kierunek i zaczął wiać z południowego zachodu. Łódź zawróciła w spienionych, krzyżujących się prądach i odpłynęła od klifu. Po zachodzie słońca huragan, z którym załoga walczyła od 9 godzin, nieco odpuścił.

„Odeszliśmy ponownie od brzegu, pozbawieni niemal sił życiowych – pisał Shackleton. – Wokół nas roztoczyła się noc. Byliśmy bardzo zmęczeni i z utęsknieniem wyczekiwaliśmy dnia”.

Nastał poranek 10 ma­­ja. Wiatru nie było, morze jednak pozostawało niespokojne. Po śniadaniu, które ledwo udało się zjeść z powodu spieczonych ust, załoga pożeglowała do Zatoki Króla Haakona. Na łodzi było kilka map, okazały się jednak niekompletne lub wadliwe. Znów musieli polegać na instynkcie Worsleya.

Obóz ekspedycji Shackletona pośród wiecznych lodów; zdjęcie: Frank Hurley
Obóz ekspedycji Shackletona pośród wiecznych lodów; zdjęcie: Frank Hurley

Ustawili kurs na zatokę i podeszli do poszarpanej rafy przypominającej według Shackletona „poczerniałe zęby”. Między skałami widniała nader obiecująca luka, gdy jednak „Caird” znalazł się blisko niej, wiatr znów zmienił kierunek i zaczął wiać od zatoki. Nie dało się wpłynąć po prostej, załoga spróbowała więc zwrotu przez sztag. Dopiero za piątym razem udało się przedostać na drugą stronę.

Słońce już niemal zaszło. Załoga ujrzała niewielką zatoczkę za kolejną rafą. Wejście było wąskie, lecz „po minucie czy dwóch byliśmy już wewnątrz zatoczki i »James Caird« w pełni mroku wdarł się wraz z kolejną falą na plażę”.

Shackleton wyskoczył, trzymając postrzępioną cumę i zaparł się mocno. Po chwili reszta załogi znalazła się na brzegu i pomogła zabezpieczyć łódź. Usłyszeli szum wody. U stóp mieli niewielki strumyk. Padli na kolana i zaczęli pić łapczywie.

„To była wyjątkowa chwila” – pisał Shackleton.

Łódź przygotowana przez McNi­sha wytrzymała walkę z żywiołami. Przez całe 17 dni Worsley nieustannie obliczał w głowie kurs. Sześciu ludzi dochowało posłuszeństwa regułom życia na statku, hierarchii dowodzenia i harmonogramowi wacht. W najtrudniejszych okolicznościach, jakie można sobie wyobrazić, postępowali zgodnie z regułami sztuki żeglarstwa. Nie wystarczy powiedzieć, że dali sobie radę: przede wszystkim pokazali, jak wielką rolę w straszliwych warunkach odgrywają wiedza i doświadczenie.

Bez wątpienia każdy wiedział, że odbyli niezwykłą podróż. Niedługo później poinformowano ich, że podczas huraganu, który właśnie udało im się pokonać, zatonął 500-tonowy statek. W tamtej chwili jednak nie mieli pojęcia – zresztą zapewne i tak by o to nie dbali – że pewnego dnia znawcy mórz, po starannych analizach, uznają podróż „Jamesa Cairda” za jedną z najwspanialszych wypraw w dziejach ludzkości.

...a tak skończyło.

Wycieńczeni polarnicy przedarli się przez lód i śnieg do norweskiej stacji wielorybniczej. Jeden z Norwegów tak opisywał ten moment: „Szef zapytał: »kim, do cholery, jesteście?« i straszliwie zarośnięty mężczyzna stojący pośrodku powiedział bardzo spokojnie: »Nazywam się Shackleton«. Odwróciłem się i rozpłakałem”.

Sir Ernest zorganizował ratunek dla reszty załogi pozostawionej na Wyspie Słoniowej. Przez kilka miesięcy wiele dużych statków podejmowało nieudane próby przedarcia się do otoczonej grubą krą wyspy, udało się to w końcu małej chilijskiej jednostce holowniczej „Yelcho”. Po trwającej trzy lata walce o przetrwanie wszystkich 28 członków ekspedycji wróciło bezpiecznie do domu.

Wyprawa „Endurance” nie doczekała się od razu zasłużonej chwały, jej dramatyczny przebieg został bowiem w Europie przyćmiony wydarzeniami pierwszej wojny światowej. Mimo że Shackleton po dotarciu na ląd zarzekał się, że już nigdy nie wybierze się na żadną ekspedycję, nie wytrzymał długo. W 1922 r., w wieku 47 lat, zmarł na Georgii Południowej na atak serca. Tam też został pochowany przez wiernych towarzyszy podróży.

Załoga „Endurance” 

Sir Ernest Shackleton – oficer brytyjskiej marynarki handlowej, dowódca ekspedycji. W 1914 r. miał już za sobą dwie wyprawy na Antarktydę, które zapewniły mu status bohatera.

Frank „Skipper” Worsley – Nowozelandczyk, kapitan „Endurance” i nawigator, który wytyczył szlak podróży „Jamesa Cairda”.

Tom Crean – irlandzki marynarz, zaufany współpracownik sir Ernesta.

 ilustracja: Tomek Kozłowski
ilustracja: Tomek Kozłowski

Henry „Chippy” McNish – szkocki cieśla. Przed wyprawą przystosował i wzmocnił „Jamesa Cair­da”, by łódź mogła wytrzymać podróż po okrutnych wodach Oceanu Południowego.

Timothy McCarthy, John Vincent – żeglarze, którzy zgłosili się do udziału w wyprawie.

„James Caird” – mała łódź żaglowa (welbot), nazwana przez Shackletona na cześć jutowego magnata i filantropa, który był sponsorem jego antarktycznej wyprawy.

 

Tłumaczył Jan Dzierzgowski

Fragment książki Caroline Alexander, The Endurance. Shackleton’s Legendary Antarctic Expedition, Nowy Jork 1998.

Frank Hurley
Frank Hurley

Data publikacji:

okładka
Dowiedz się więcej

Prenumerata
Każdy numer ciekawszy od poprzedniego

Zamów już teraz!

okładka
Dowiedz się więcej

Prenumerata
Każdy numer ciekawszy od poprzedniego

Zamów już teraz!