Page 18FCEBD2B-4FEB-41E0-A69A-B0D02E5410AERectangle 52 Przejdź do treści

„Przekrój” na totalne lato!

Takiego numeru jeszcze nie było! Badamy gwiazdy i zaglądamy do ludzkiego mózgu. Psychologów pytamy o młodzież, a filozofów o to, jak żyć dobrze. Przyglądamy się naszym strachom, sprawdzamy, kiedy nauka jest przyjemna, piszemy o chodzeniu (boso, tyłem i bez celu) i o nadziei, że będzie lepiej. Nowy letni „Przekrój” już na Ciebie czeka – czytaj dla przyjemności!

Kup numer letni

Przekrój
Czy komputer może być jasnowidzem? Opowiadanie z archiwum "Przekroju" napisał
1972-08-20
Rok Lema

137 sekund

ilustracja: Stefan Berdak, archiwum
137 sekund
137 sekund
Czyta się 47 minut

Panowie, wskutek braku czasu i niesprzyjających okoliczności, większość ludzi schodzi z tego świata, nie zastanowiwszy się nad nim. Z kolei tacy, co próbują to robić, doznają zawrotu głowy i zajmują się czymś innym. Ja do nich należę. W miarę tego, jak robiłem karierę, ilość miejsca, poświęcanego mojej osobie we „Who’s Who”, rosła z latami, lecz ani w wydaniu ostatnim, ani w następnych nie będzie powiedziane, czemu porzuciłem dziennikarstwo. To właśnie będzie tematem mojej historii, której zresztą w innych okolicznościach na pewno bym nie opowiedział.

Znałem zdolnego chłopca, który postanowił zbudować czuły galwanometr, i udało mu się to zbyt dobrze. Przyrząd poruszał się, nawet kiedy nie było prądu, bo reagował na drgania skorupy ziemi. Anegdota ta może być mottem mojej opowieści.

Byłem wtedy nocnym redaktorem zagranicznego serwisu UPI. Przetrzymałem tam wiele, między innymi automatyzację redagowania gazet. Rozstałem się z żywymi metrampażami, żeby pracować z komputerem IBM 0161, specjalnie przystosowanym do roboty redakcyjnej. Prawdziwie żałuję, że nie urodziłem się ze sto pięćdziesiąt lat temu. Historia moja zaczynałaby się od słów „uwiodłem hrabinę de…”, a gdybym przeszedł do tego, jak wyrwawszy woźnicy lejce z rąk, jąłem okładać konie, by ujść pogoni zbirów, nasadzonych przez zazdrosnego męża, nie musiałbym wam tłumaczyć ani co to jest hrabina, ani na czym polega uwiedzenie.

Dziś nie ma tak dobrze. Komputer 0161 nie jest mechanicznym metrampażem. Jest to demon szybkości, powściągany sztuczkami inżynierów po to, żeby człowiek mógł mu dotrzymać kroku. Komputer ten zastępuje dziesięciu do dwunastu ludzi. Jest bezpośrednio połączony z setką dalekopisów, tak że to, co nasi korespondenci wystukują w Ankarze, w Bagdadzie, w Tokio, w tej samej chwili dostaje się do jego obwodów. Porządkuje to i ciska na ekran kolejne projekty stronic wydania porannego. Między północą a trzecią nad ranem — godziną zamknięcia numeru — może sporządzić i pięćdziesiąt rozmaitych wariantów wydania.

Do dyżurnego redaktora należy decyzja, który wariant pójdzie na maszyny. Metrampaż, który by miał wykonać nie pięćdziesiąt, ale pięć projektów łamania numeru zwariowałby. Komputer pracuje milion razy szybciej niż każdy z nas: to znaczy, mógłby tak pracować, gdyby mu tylko pozwolono. Zdaję sobie sprawę z tego, jak wiele uroku mojej historii niszczę takimi uwagami. Ile zostałoby z uroków hrabiny, gdybym zamiast unosić się nad alabastrową karnacją jej piersi, mówił o ich składzie chemicznym. Żyjemy w czasach fatalnych dla gawędziarzy, bo to, co opowiadają, jest anachroniczną starocią, a to, co mówią rewelacyjnie, wymaga całych stron encyklopedii i podręcznika uniwersyteckiego. Ale na to przekleństwo nikt nie wynalazł lekarstwa.

ilustracja: Stefan Berdak, archiwum
ilustracja: Stefan Berdak, archiwum

Ale jednak współpraca z moim IBM była fascynująca. Gdy przybywa nowa wiadomość – dzieje się to w okrągłym wielkim pokoju, pełnym bezustannego stukania dalekopisów – komputer od razu włamuje ją próbnie w makietę stronicy. Oczywiście tylko na ekranie. Wszystko jest grą elektronów, światłem i cieniem.

Niektórzy żałują ludzi na tych straconych stanowiskach. Ja ich tam nie żałowałem. Komputer nie ma ambicji, nie denerwuje się, jeżeli pięć przed trzecią brak ostatniego doniesienia, nie ma domowych zmartwień, nie pożycza przed pierwszym, nie męczy się i nie daje też do zrozumienia, że wszystko wie lepiej, a zwłaszcza nie obraża się, kiedy to, co włamał do czołówki, każe mu się wyrzucić nonparelem na ostatnią stronę.

Zarazem jest niesłychanie wymagający: nie od razu można się w tym rozeznać. Gdy mu się powie „nie”, jest to „nie” ostateczne, bezapelacyjne, jak wyrok tyrana: przecież nie może się sprzeciwić! Ale ponieważ nigdy się nie myli, błędy wydania porannego mają tylko jednego autora: jest nim zawsze człowiek.

Konstruktorzy IBM pomyśleli absolutnie o wszystkim z wyjątkiem tego drobiazgu, że bez względu na to, jak są wyważone i osadzone, dalekopisy zawsze drżą, podobnie jak bardzo szybka maszyna do pisania. Wskutek tych drgań kable, łączące dalekopisy redakcyjne z komputerem, mają tendencję obluzowywania się, a wreszcie wtyczki wypadają z gniazdek. Dzieje się to rzadko, ot, raz czy dwa na miesiąc. Fatyga, bo trzeba wstać i wetknąć wtyczkę z powrotem, jest w końcu tak mała, że nikt nie pokwapił się z żądaniem zmiany kontaktów. Każdy z nas, dyżurnych, myślał o tym, ale bez większego przekonania. Być może, teraz już zostały zmienione. Jeśli tak się stało, odkrycie, o którym wam opowiem, nie będzie powtórzone.

Było to w wilię Bożego Narodzenia. Miałem numer gotowy tuż przed trzecią — lubiłem wyrobić sobie taką choć kilkuminutową rezerwę czasu, ot, żeby odsapnąć i zapalić fajkę. Miałem przyjemne uczucie, że to nie na mnie czeka rotacja, ale na ostatnie doniesienie — w ową wilię szło o wiadomości z Iranu, gdzie rankiem było trzęsienie ziemi. Agencje podały tylko fragment depeszy korespondenta, bo po pierwszym wstrząsie przyszedł następny, tak silny, że zniszczył łączność kablową. Ponieważ i radio milczało, sądziliśmy, że radiostacja jest w gruzach. Liczyliśmy na naszego człowieka: był nim Stan Rogers, mały jak dżokej, i korzystał z tego nieraz, żeby dostać się na pokład jakiegoś helikoptera wojskowego, kiedy nie było już miejsca; robiono dla niego wyjątek, bo ważył nie więcej niż walizka.

Ekran wypełniała makieta strony tytułowej z ostatnim pustym białym prostokątem. Połączenia z Iranem wciąż były przerwane. Wprawdzie kilka dalekopisów jeszcze młóciło, ale odgłos, z jakim włączył się turecki, od razu rozpoznałem. Jest to kwestia wprawy, której nabywa się automatycznie. Zdziwiło mnie, że biały prostokąt pozostawał pusty, chociaż słowa winny były się ukazać na nim w tym samym tempie, w jakim wybijał je dalekopis, ale ta pauza nie trwała dłużej niż sekundę czy dwie. Potem cały tekst doniesienia, zresztą bardzo zwięzłego, zmaterializował się od razu, co też mnie zaskoczyło. Znam go na pamięć. Nagłówek był już gotowy; pod nim szły zdania: W Sherabadzie powtórzyły się dwukrotne wstrząsy podziemne o sile siedmiu i ośmiu stopni między dziesiątą a jedenastą czasu miejscowego. Miasto legło w gruzach. Liczbę ofiar ocenia się na tysiąc, bezdomnych zaś na sześć tysięcy.

Rozległ się brzęczyk, którym alarmowała mnie drukarnia — minęła właśnie trzecia. Ponieważ tak lakoniczny tekst pozostawiał nieco wolnego miejsca, rozwodniłem go dwoma dodatkowymi zdaniami i nacisnąwszy klawisz, strąciłem gotowy numer do drukarni, gdzie, przekazany wprost linotypom, składał się, żeby pójść na rotację.

Nie miałem już nic do roboty, wstałem więc, wyprostowałem kości i zapalając fajkę, która zgasła, dostrzegłem leżący na podłodze kabel. Wypadł z kontaktu. Należał do dalekopisu z Ankary. A właśnie z tego dalekopisu skorzystał Rogers. Gdy go podnosiłem, przemknęła mi przez głowę bezsensowna myśl, że leżał już tak, zanim odezwał się dalekopis. Oczywiście było to absurdalne, bo jakże komputer mógłby bez połączenia z dalekopisem podać tę wiadomość? Powoli podszedłem do dalekopisu, urwałem papier z wystukanym komunikatem i podniosłem go do oczu. Wydał mi się trochę odmiennie sformułowany, ale odczuwałem zmęczenie, byłem rozbity, jak zwykle o tej porze, i nie dowierzałem pamięci. Włączyłem jeszcze raz komputer, żądając ukazania czołowej stronicy i porównałem oba teksty. Rzeczywiście, różniły się między sobą, jakkolwiek nieznacznie. Dalekopisowy brzmiał: Między godziną dziesiątą a jedenastą czasu lokalnego doszło do dwóch następnych wstrząsów w Sherabadzie, o sile siódmego i ósmego stopnia. Miasto jest całkowicie zburzone. Liczba ofiar przekracza pięćset, a pozbawionych dachu nad głową — sześć tysięcy.

Stałem, gapiąc się raz na ekran, a raz na papier. Nie wiedziałem, co myśleć ani co robić. Sensami oba teksty pokrywały się prawie doskonale, jedyną rzeczową różnicą była cyfra ofiar śmiertelnych, bo Ankara podała ich pięćset, a komputer ją zdublował. Zachowałem w każdym razie zwykły refleks dziennikarza i połączyłem się z drukarnią.

— Słuchaj — powiedziałem do Langhorne’a; on był wtedy dyżurnym linotypistą — złapałem błąd w komunikacie irańskim, pierwsza strona, trzecia szpalta, ostatni wiersz, ma być: nie — pięćset — —

Urwałem, ponieważ dalekopis turecki obudził się i zaczął wystukiwać: Uwaga. Ostatnie doniesienie. Uwaga. Liczbę ofiar trzęsienia oceniają teraz na tysiąc. Rogers. Koniec.

— No, co tam? Więc jak ma być? — wołał z dołu Langhorne.

Westchnąłem.

— Przepraszam cię, chłopie — powiedziałem — nie ma żadnego błędu. Moja wina. Wszystko w porządku. Ma iść tak, jak jest.

Odłożyłem szybko słuchawkę, podszedłem do dalekopisu i przeczytałem ten dodatek ze sześć razy. Za każdym coraz mniej mi się i to podobało. Miałem wrażenie, bo ja wiem, jakby podłoga miękła mi pod stopami. Obszedłem dookoła komputer, przyglądając mu się z nieufnością, w której było niechybnie trochę strachu. Jak on to zrobił? Nie rozumiałem nic i czułem, że im dłużej będę się nad tym zastanawiał, tym mniej będę pojmował.

W domu, w łóżku, nie mogłem zasnąć. Usiłowałem, przede wszystkim ze względów higieny psychicznej, zakazać sobie myślenia o tej dzikiej historii.

Pod względem rzeczowym był to w końcu drobiazg. Wiedziałem, że nie mogę o tym nikomu powiedzieć: nikt by mi nie uwierzył. Wzięto by to za kawał, do tego naiwny i lichy. Dopiero kiedy postanowiłem wziąć rzecz pod lupę, to znaczy zająć się systematycznie badaniem reakcji komputera na odłączanie dalekopisów, poczułem coś w rodzaju ulgi, przynajmniej na tyle, że udało mi się zasnąć.

Zbudziłem się w dość optymistycznym nastroju i diabli wiedzą, skąd przyniosłem na jawę rozwiązanie zagadki, a przynajmniej coś, co mogło uchodzić za rozwiązanie.

Pracując, dalekopisy drżą. Od ich dygotu wypadają wszak nawet wtyczki z gniazdek kablowych. Czy nie może to być źródłem zastępczej sygnalizacji? Nawet ja, z moimi nędznymi i powolnymi zmysłami człowieka, potrafiłem ułowić różnice dźwięku poszczególnych dalekopisów. Paryski poznawałem, gdy ruszał, po tym, że miał tak wyraźne metaliczne uderzenia. Jeśli więc odbiornik będzie setki razy czulszy, wychwyci nawet te znikome różnice, jakie zachodzą pomiędzy uderzeniami poszczególnych literowych klawiszy.

Zapewne, nie jest to możliwe w stu procentach, i właśnie dlatego komputer nie powtórzył dalekopisowego tekstu słowo w słowo, lecz trochę go przeinaczył stylistycznie: po prostu uzupełniał sam to, czego zabrakło mu jako informacji. Co do liczby ofiar, był wszak z pochodzenia matematyczną maszyną; pomiędzy ilością zburzonych domów, porą dnia, w której występuje trzęsienie, i liczbą ofiar śmiertelnych muszą istnieć korelacje statystyczne; przepuściwszy właściwą cyfrę, komputer, być może, posłużył się swymi umiejętnościami wykonywania błyskawicznych rachunków i z nich wzięło mu się owych tysiąc ofiar. Nasz korespondent, który nie przeprowadzał żadnych obliczeń, przekazał liczbę szacunkową, jaką mu podano na miejscu, a niedługo potem, uzyskawszy dokładniejszą informację, posłał to końcowe sprostowanie. Komputer okazał się górą dlatego, że nie opierał się na pogłoskach, lecz na ścisłym materiale statystycznym, którego moc tkwiła w jego ferrytowej pamięci. Rozumowanie to uspokoiło mnie całkowicie.

IBM 0161 nie jest przecież biernym przekaźnikiem; jeśli obsługujący dalekopis zrobi błąd ortograficzny czy gramatyczny, błąd ten pojawia się na ekranie, aby w ułamku sekundy zostać zastąpionym przez właściwą formę wyrażenia. Czasem zachodzi to tak szybko, że człowiek nie potrafi tego dostrzec i przekonuje się o wprowadzonej poprawce dopiero później, kiedy porówna tekst wystukany z tym, który komputer podał na ekranie. IBM nie jest nawet samym tylko automatycznym metrampażem, ponieważ ma połączenia z siecią komputerową, zarówno agencji, jak i bibliotek, i można od niego zażądać danych, którymi natychmiast wzbogaca się zbyt chude komunikaty.

Słowem, wytłumaczyłem sobie wszystko bardzo dobrze, jakkolwiek nadal zamierzałem zrobić parę małych, dalszych doświadczeń na własną rękę, podczas najbliższego dyżuru, lecz nie mówić o nich nikomu, ani o tej historii z wigilijnej nocy, bo tak było rozsądniej.

Okazji mi nie brakowało. Już dwa dni potem znów siedziałem w sali zagranicznego serwisu i gdy Bejrut rozpoczął przekazywanie wiadomości o zaginięciu łodzi podwodnej szóstej floty na Morzu Śródziemnym, wstałem i nie spuszczając z oczu ekranu, na którym pojawiały się w szybkim tempie słowa tekstu, płynnym, ukradkowym ruchem wyjąłem wtyczkę z gniazdka. Przez część sekundy tekst nie rozrastał się, lecz trwał urwany w półsłowie, zupełnie jakby komputer, zaskoczony, nie wiedział, co począć. Lecz to porażenie trwało doprawdy moment; niemal natychmiast następne wyrazy poczęły wyskakiwać na białym tle, ja zaś gorączkowo porównywałem je z tekstem, wybijanym przez dalekopis. Powtórzyła się znana mi już rzecz — komputer podawał dalekopisowy komunikat, tyle, że trochę odmiennymi słowami: rzecznik szóstej floty oświadczył — zamiast powiedział, poszukiwania trwają, zamiast w toku; jeszcze kilka podobnych drobiazgów odróżniało oba teksty.

Szczególne, z jaką łatwością człowiek przywyka do niezwykłego, jeśli tylko chwyci jego mechanizm — albo jeśli mu się chociaż wydaje, że go uchwycił. Miałem już wrażenie, że bawię się komputerem jak kot myszą, że go nabieram, że panuję w pełni nad sytuacją. Makieta numeru świeciła jeszcze licznymi łysinami i teksty, które miały je wypełnić, przychodziły teraz, w informacyjnym szczycie, po kilka naraz. Wyszukiwałem po kolei właściwe kable z ich pęków i wyjmowałem wtyczki jedną po drugiej, aż zostałem z sześcioma czy siedmioma w garści. Komputer pracował najspokojniej w świecie dalej, choć nie był już połączony z żadnym. Ani chybi — powiedziałem sobie — rozróżnia po drganiach wystukiwane litery i słowa, a czego nie odtworzy od razu, tego się dopracuje błyskawiczną ekstrapolacją, czy innym ze swych matematycznych sposobów.

Działałem jak w transie. Skupiony, oczekiwałem ocknięcia się kolejnego dalekopisu — a gdy zagrał rzymski, pociągnąłem za kabel, ale tak mocno, że gdy wtyczka została mi w ręce, jednocześnie wypadła i druga, ta, przez którą zasilany jest sam dalekopis, więc naturalnie zamarł. Już ruszyłem, żeby wetknąć ją do kontaktu, gdy coś mnie tknęło i rzuciłem okiem na ekran.

Dalekopis rzymski był martwy, lecz komputer w najlepsze wypełniał miejsce, przeznaczone dla włoskiego kryzysu rządowego ostatnim doniesieniem. Z zapartym tchem, czując, że znów dziwne rzeczy robią się z podłogą i moimi kolanami, podszedłem do ekranu i niewinne słowa ...powołał na premiera Battistę Castellaniego... czytałem jak depeszę z tamtego świata. Czym prędzej połączyłem dalekopis rzymski z głównym kablem dosyłowym, aby sczytać oba teksty.

O, teraz już różnice między nimi były znacznie większe, lecz komputer nie odchylił się od prawdy, to jest od treści komunikatu. Premierem rzeczywiście został Castellani, ale zdanie to występowało w innym kontekście i o cztery wiersze niżej niż na ekranie. Wrażenie odniosłem takie, jak gdyby dwóch dziennikarzy, niezależnie od siebie, dowiedziawszy się tego samego, swobodnie zredagowało, każdy po swojemu, tekst notatki. Z miękkimi kolanami usiadłem, żeby ostatni raz podratować moją hipotezę, ale czułem już, że będzie to daremna próba.

Cała moja racjonalizacja zawaliła się w jednej chwili; bo i jakże mógł komputer odczytywać drgnienia dalekopisu, który był głuchy i martwy jak pień? A przecież nie był w stanie wychwycić drgnień tego dalekopisu, na którym w Rzymie pracował nasz korespondent! Poczułem zawrót głowy. Gdyby ktoś wszedł, wzbudziłbym podejrzenia — Bóg wie jakie — spocony, ze skaczącym wzrokiem, z garścią kabli, które jeszcze ściskałem w spoconych rękach, jak zbrodniarz przychwycony na gorącym uczynku.

Czułem się jak szczur, przyparty w kącie, i zareagowałem jak zrozpaczony szczur — bo zacząłem gwałtownie odłączać wszystkie dalekopisy, tak że po chwili stukot ostatniego zamarł — i zostałem w śmiertelnej ciszy, z moim komputerem.

Wtedy stała się dziwna rzecz: może jeszcze bardziej zdumiewająca niż to, co zaszło dotąd. Chociaż makieta numeru nie była jeszcze wypełniona, przyrastanie tekstów wyraźnie osłabło. Co więcej, w nowym, spowolnionym tempie pojawiały się zdania, wyzbyte ścisłej treści, jałowe, jednym słowem tak zwana wata. Przez dobrą chwilę sznureczki wierszy pełzały jeszcze w ekranie na swoje miejsca, aż znieruchomiały — wszystkie.

Kilka tekstów nabrało absurdalnie komicznego charakteru, była tam notatka o meczu piłkarskim, w której zamiast ostatecznego wyniku figurował pusty frazes o dzielnej postawie graczy obu drużyn. Kolejne wiadomości z Iranu załamywały się stwierdzeniem, że trzęsienia ziemi są zjawiskami skali kosmicznej, bo występują nawet na Księżycu. Brzmiało to ni w pięć, ni w dziewięć. Tajemnicze źródła, z których komputer czerpał dotąd ścisłe natchnienie, wyschły.

Moim pierwszym zadaniem było, oczywiście, złamać numer, więc podłączyłem w największym pośpiechu dalekopisy i o tym, co się rozegrało przede mną, mogłem porozmyślać dopiero po trzeciej, kiedy ruszyła maszyna rotacyjna. Wiedziałem, że nie zaznam spokoju, dopóki nie zejdę do korzeni tego fascynującego pokazu sprawności, z niemniej zaskakującym jej załamaniem. Laikowi nasuwa się jako pierwsza myśl, że należałoby po prostu zadać odpowiednie pytania samemu komputerowi: skoro taki mądry, a zarazem taki bezwzględnie posłuszny, niechże wyjawi, w jaki sposób, dzięki jakim mechanizmom pracował odłączony, a także, co tę pracę potem zahamowało.

Myśl tę zasadziły nam w głowach popularne bajania o elektrycznych mózgach, bo z komputerem nie można rozmawiać jak z człowiekiem, wszystko jedno, mądrym czy głupim: przecież on w ogóle nie jest osobą! Z równym skutkiem można by się spodziewać, że zepsuta maszyna do pisania powie nam, gdzie i jak ją naprawić. Komputer przetwarza informację, do której nie ma żadnego sensownego stosunku. Zdania, które wypluwa, są jak pociągi, jadące po szynach składni. Jeżeli się wykoleją, oznacza to, że coś działa w nim niewłaściwie, ale on nic o tym nie wie, dla wystarczającej przyczyny, że „on” można mówić o komputerze tylko jak o lampie czy stołku.

ilustracja: Stefan Berdak, archiwum
ilustracja: Stefan Berdak, archiwum

Nasz IBM umiał samodzielnie formułować i przeformułowywać teksty stereotypowych komunikatów prasowych, nic więcej. O tym, jaką wagę mają poszczególne teksty, zawsze musi decydować człowiek. IBM potrafił skompilować dwie uzupełniające się informacyjnie notatki w jedną albo dobrać frazeologiczny wstęp do doniesienia czysto rzeczowego, na przykład do depeszy, dzięki gotowym wzorcom takich postępowań, których miał utrwalone setki tysięcy. Ten wstęp odpowiadał treści depeszy tylko dzięki temu, że IBM dokonywał jej analizy statystycznej, wychwytując tak zwane kluczowe słowa, jeśli więc w depeszy powtarzały się terminy bramka, karny, drużyna przeciwnika, dobierał coś z repertuaru sportowych zawodów. Komputer jest, jednym słowem, jak kolejarz, który potrafi we właściwy sposób przestawiać zwrotnice, łączyć wagony i wysyłać pociągi we właściwym kierunku, jakkolwiek nie zna ich zawartości. Orientuje się w cechach słów, zdań, fraz czysto zewnętrznych, tych, co są podległe matematycznym operacjom rozbiórki i składania. Nie mogłem się więc spodziewać po nim żadnej pomocy.

Tę noc spędziłem w domu bezsennie, na rozmyślaniach. W produkcji komputera dostrzegałem taką prawidłowość: im dłużej był odłączony od źródeł informacji, tym gorzej ją rekonstruował. To mi się wydawało nawet dosyć zrozumiałe, jeśli zważyć, że pracuję w dziennikarstwie od dwudziestu paru lat. Jak wiecie, redakcje takich dwóch wysokonakładowych tygodników jak „Time” i „Newsweek” są od siebie zupełnie niezależne. Łączy je, przy redagowaniu poszczególnych numerów, to tylko, że znajdują się w tym samym świecie i w analogicznym czasie dysponują bardzo zbliżonymi źródłami informacji. Ponadto zwracają się do wielce upodobnionych czytelników. Toteż wcale nie jest zaskakujące podobieństwo mnóstwa zawartych w nich artykułów. Wynika ono ze swoistej doskonałości przystosowania do rynku, jaką osiągnęły oba te rywalizujące z sobą zespoły.

Umiejętności pisania przeglądów wydarzeń w jednym kraju albo w skali jednego tygodnia na całym globie można się nauczyć, a jeśli się pisze z podobnych pozycji — mianowicie elity dziennikarskiej Stanów Zjednoczonych — dysponuje się podobnym wykształceniem, analogiczną informacją i operuje się nią, celując w uzyskanie optymalnego efektu u czytelnika — to nic dziwnego, że teksty, układane niezależnie i równolegle, przypominają nieraz bliźniacze pary. Podobieństwa nie sięgają nigdy aż pojedynczych zdań, lecz nastawienie, ton, intensywność afektacji, rozłożenie akcentów, uwypuklenie pewnych szczegółów drastycznych, przeciwstawianie kontrapunktowe rysów — np. w sylwetce jakiegoś polityka — czyli to wszystko, co służy przykuwaniu uwagi czytelnika i sugerowaniu mu, iż znajduje się u źródła najświetniejszej informacji, stanowi rynsztunek chwytów każdego biegłego dziennikarza.

W pewnym sensie nasz IBM był sam „makietą” takiego właśnie reportera. Znał sposoby i chwyty, umiał więc to, co każdy z nas. Dzięki rutynie, którą weń wprogramowano, został geniuszem chwytliwej frazeologii, szokującego zestawienia danych, ich najkorzystniejszego wyeksponowania; o wszystkim tym wiedziałem, ale wiedziałem też, że jego koncert nie daje się sprowadzić do takich wyjaśnień. Dlaczego, odłączony od dalekopisów, był tak sprawny? Dlaczego ta sprawność tak szybko go opuszczała? Dlaczego zaczynał potem bredzić? Jeszcze mi się roiło, że potrafię sam znaleźć odpowiedzi na te pytania.

Przed następnym dyżurem zatelefonowałem do naszego korespondenta w Rio de Janeiro, prosząc go, aby na początku nocnego serwisu przysłał nam króciutką fałszywą wiadomość o wyniku pięściarskiego spotkania Argentyny i Brazylii. Miał podać wszystkie zwycięstwa Brazylijczyków jako argentyńskie i na odwrót.

W czasie naszej rozmowy wyniki spotkania nie mogły być znane, mecz rozpoczynał się późnym wieczorem. Dlaczego zwróciłem się właśnie do Rio? Ponieważ prosiłem o przysługę z zawodowego punktu widzenia niesłychaną, a Sam Gernsback — który był tam naszym korespondentem — to mój przyjaciel, z owego rzadkiego, najcenniejszego gatunku, niepytających o nic.

To, czego doświadczyłem dotąd, pozwalało przypuszczać, że komputer powtórzy fałszywy komunikat: ten, który Sam wystuka na swoim dalekopisie (nie będę skrywał, że miałem już na ów temat hipotezę; wyobrażałem sobie mianowicie, że dalekopis staje się jakby nadajnikiem radiowym, a jego kable pełnią funkcję anteny; mój komputer, tak myślałem, potrafi wychwycić fale elektromagnetyczne, tworzące się wokół kabli pogrążonych w ziemi, ponieważ jest widać dostatecznie czułym odbiornikiem).

Natychmiast po wysłaniu fałszywej wiadomości miał ją Gernsback sprostować; pierwszą oczywiście zniszczyłbym, aby po niej i śladu nie zostało. Plan, który wymyśliłem, zdawał mi się niezwykle wyrafinowany. Żeby zaś doświadczenie nabrało charakteru krzyżowego, postanowiłem do przerwy w meczu utrzymać normalne połączenie dalekopisu z komputerem, a po przerwie dalekopis odłączyć.

Nie będę się bawił w opisywanie moich przygotowań, emocji, atmosfery tej nocy, a tylko powiem wam, co zaszło. Komputer podał, to jest: włamał w makietę numeru wyniki spotkania fałszywie do przerwy, i zgodnie z prawdą — po niej. Czy rozumiecie, co to znaczyło? Dopóki był zdany na dalekopis, w ogóle niczego nie rekonstruował ani „nie kombinował” — powtarzał po prostu litera w literę to, co było kablowane z Rio. Odłączony, przestał zważać na dalekopis, a zarazem i na kable, które miały w myśl moich przypuszczeń pełnić funkcję anteny radiowej — podał po prostu rzeczywiste wyniki spotkania! To, co w tym czasie wystukiwał Gernsback, nie miało dla mego IBM najmniejszego znaczenia.

Ale to nie wszystko. Podał właściwie rezultaty wszystkich spotkań — pomylił się za to przy ostatnim — w wadze najcięższej. Jedno okazało się pewne niezbicie: w momencie odłączenia przestawał być w ogóle niezależny od dalekopisu, tego u mnie i tego w Rio. Uzyskiwał wiadomości jakąś zupełnie inną drogą.

Kiedy spotniały, z wygasłą fajką, nie mogłem jeszcze przetrawić tego, co widziałem, brazylijski dalekopis odezwał się: Sam podał właściwe wyniki, jak było umówione, i w końcowym doniesieniu wprowadził do listy poprawkę: rezultat walki w wadze ciężkiej odmienił się po ostatecznym werdykcie sędziów, którzy uznali, że waga rękawic Argentyńczyka — zwycięzcy na ringu — była nieprzepisowa.

Tak więc komputer nie pomylił się ani razu. Potrzebna mi była jeszcze jedna wiadomość. Zdobyłem ją po zamknięciu numeru, telefonując do Sama, który już spał u siebie i zbudzony klął jak szewc. Łatwo mogłem go zrozumieć, bo pytania, jakimi go zasypałem, wyglądały na błahe, a właściwie na idiotyczne: O której godzinie ogłoszono wynik walki w wadze ciężkiej i w jaki czas potem sędziowie zmienili werdykt? Sam odpowiedział mi wreszcie na jedno i drugie. Walkę unieważniono prawie natychmiast, przy obwieszczaniu zwycięstwa Argentyńczyka, ponieważ sędzia, podnosząc jego rękę, jako zwycięzcy, wyczuł przez skórkę rękawicy ciężarek, poprzednio ukryty pod warstwą plastiku, który obluzował się i przesunął podczas walki. Sam wybiegł do telefonu przed ową sceną, w chwili, gdy wyliczony Brazylijczyk został na deskach, bo chciał jak najprędzej przekazać wiadomość. A zatem komputer nie zawdzięczał swojej wiedzy odczytaniu myśli Sama, bo podał prawdziwy wynik walki, kiedy Sam go jeszcze nie znał.

Bez mała pół roku robiłem te nocne eksperymenty i dowiedziałem się niejednego, choć nadal nic nie rozumiałem. Odłączony od dalekopisu, komputer najpierw zastygał na dwie sekundy, po czym podawał dalszy ciąg komunikatu — przez 137 sekund. Do tego momentu wiedział o zdarzeniu wszystko, a potem już nic.

Być może jeszcze bym to jakoś strawił, ale odkryłem rzecz gorszą. Komputer przewidywał przyszłość — i to nieomylnie. Nie miało dlań żadnego znaczenia to, czy podawana informacja dotyczy zdarzeń, które już zaszły, czy takich, które dopiero nastąpią — byle mieściły się w granicach dwóch minut i 17 sekund.

Jeżeli wystukiwałem mu na dalekopisie informację wymyśloną, powtarzał ją posłusznie, a po wyjęciu kabla od razu milkł: umiał więc kontynuować opisywanie tego tylko, co gdzieś naprawdę zachodziło, a nie tego, co ktoś sobie pomyślał. Taki przynajmniej wyciągnąłem z tego wniosek i wpisałem go do notatnika, z którym się nie rozstawałem.

Powoli przywykałem do jego zachowania i sam nie wiem, kiedy zaczęło mi się kojarzyć z zachowaniem psa. Jak psa należało go najpierw wprowadzić na konkretny trop, dać mu niejako do porządnego obwąchania początek serii zajść — niby śladów. Tak jak pies potrzebował chwili czasu, żeby sobie utrwalić dane, a gdy dostał ich zbyt mało, milkł albo wykręcał się ogólnikami, czy wreszcie wchodził na trop fałszywy. Zamieniał z sobą na przykład różne miejscowości o tej samej nazwie, jeśli nie określiłem jednej w sposób całkowicie jednoznaczny. Jak psu, było mu zupełnie wszystko jedno, jakim pójdzie tropem, ale gdy już się na nim znalazł, był niezawodny — w ciągu 137 sekund.

Nasze nocne sesje, odbywające się zawsze między trzecią i czwartą nad ranem, nabrały charakteru śledczych przesłuchań. Usiłowałem przypierać go do muru, wynaleźć taktykę krzyżowych pytań, a raczej wykluczających się alternatyw, aż wpadłem na pomysł, który w swej prostocie, wydał mi się rewelacyjny.

Jak pamiętacie, Rogers doniósł o trzęsieniu ziemi w Sherabadzie z Ankary, więc nadawca komunikatu nie musiał tkwić dokładnie tam, gdzie działo się opisywane; dopóki jednak szło o wypadki ziemskie, nie można było wykluczyć tego, że ktoś — człowiek czy zwierzę chociażby — jest ich obserwatorem i że komputer potrafi jakoś z tego skorzystać. Postanowiłem sfingować początek komunikatu, dotyczącego miejsca, w którym nie ma i nigdy nie było żadnego człowieka, bo szło o Marsa.

Podałem mu więc współrzędne areograficzne samego środka Syrtis Minor i doszedłszy do słów: obecnie na Syrtis Minor panuje dzień; obserwując otoczenie, widzimy — targnąłem za kabel, wyrywając go z gniazdka.

Po sekundowej pauzie komputer dokończył planetę w promieniach słońca i to było wszystko. Przeformułowałem ten początek z dziesięć razy na różną modłę, ale nie wycisnąłem z niego ani jednego wyraźnego szczegółu, wciąż rozpływał się w ogólnikach. Uznałem, że jego wszechwiedza nie sięga planet, a chociaż sam nie wiem dobrze czemu, zrobiło mi się od tego jakby nieco lżej.

Co miałem robić dalej? Mogłem oczywiście wystrzelić sensacją pierwszej wody, zdobywając rozgłos i niezły grosz; ani przez chwilę nie brałem tej ewentualności poważnie. Czemu? Sam nie wiem dobrze. Może dlatego, że rozgłos nadany zagadce najpierw mnie by wytrącił z jej kręgu; mogłem sobie wyobrazić tłumy techników, które wtargnęłyby do nas, ekspertów, porozumiewających się swoim zawodowym żargonem; bez względu na to, do czego by doszli, zostałbym natychmiast wyeliminowany ze sprawy jako mąciwoda i laik. Mógłbym już tylko opisywać przeżyte wrażenia, udzielać wywiadów i inkasować czeki. Otóż na tym akurat najmniej mi zależało. Gotów byłem podzielić się z kimś tajemnicą, ale nie rezygnować z niej zupełnie. Postanowiłem więc przyciągnąć do współpracy dobrego fachowca, któremu mógłbym stuprocentowo zaufać.

Znałem bliżej tylko jednego, Miltona Harta z MIT-u. Jest to gość z charakterem, oryginalny i właściwie anachroniczny, bo kiepsko mu się pracuje w wielkim zespole, a dziś uczony samotnik jest wymierającym mastodontem. Z wykształcenia był Hart fizykiem, a z zawodu informatykiem programistą; to mi odpowiadało. Co prawda stykaliśmy się dotąd na osobliwym terenie, bo obaj graliśmy w mah-jonga, a nasze pozostałe kontakty były nikłe, ale podczas takiej gry właśnie można się dowiedzieć niejednego o człowieku.

Jego ekscentryczność przejawiała się w tym, że wypowiadał ni stąd, ni zowąd w głos różne dziwaczne myśli; pamiętam, jak raz spytał mnie: „Czy nie jest możliwe, że Bóg stworzył świat niechcący?”. Nigdy nie można się było zorientować, kiedy mówi coś serio, a kiedy żartuje, czy zwyczajnie pokpiwa z rozmówcy. Otwartą głowę miał na pewno; zapowiedziawszy się więc telefonicznie, pojechałem do niego w najbliższą niedzielę i, jak na to liczyłem, przystał na mój konspiracyjny plan.

Nie wiem, czy uwierzył mi od razu, Hart nie należy do ludzi wylewnych, w każdym razie sprawdził wszystko, co mu opowiedziałem, i jako pierwszą rzecz zrobił potem to, co mi w ogóle do głowy nie przyszło. Odłączył mianowicie nasz komputer od federalnej sieci informatycznej.

Natychmiast nadzwyczajne talenty mego IBM znikły, jak ręką odjął. Tajemnicza moc nie tkwiła więc w komputerze — lecz w sieci. Jak wiecie, obecnie liczy ona ponad czterdzieści tysięcy ośrodków obliczeniowych i, jak może nie wiecie (ja o tym nie wiedziałem, dopóki mi Hart nie powiedział), ma hierarchiczną budowę przypominającą trochę układ nerwowy kręgowca. Sieć ma węzły stanowe, a pamięć każdego z nich zawiera więcej faktów, niż znają ich wszyscy uczeni razem wzięci.

Każdy abonent opłaca składkę, podług czasu pracy komputerów, wykorzystanej w ciągu miesiąca, z jakimiś mnożnikami i współczynnikami, bo jeśli problem, który ma abonent, jest zbyt trudny dla najbliższego komputera, dystrybutor włącza mu automatycznie posiłki, brane z rezerwy federalnej, to znaczy z komputerów idących luzem albo niedociążonych. Tym dystrybutorem też, rozumie się, jest komputer. Dba on o równomierne rozłożenie informacyjnego obciążenia całej sieci oraz pilnuje tak zwanych banków pamięci zastrzeżonej, czyli danych niedostępnych, objętych tajemnicą państwową, militarną i tak dalej.

Mina mi się wydłużyła, kiedy Hart mi to mówił, bo choć niby wiedziałem, że istnieje sieć i że UPI jest jej abonentem, myślałem o tym akurat tyle, ile rozmawiając przez telefon, myśli się o urządzeniach centrali telefonicznej. Hart, któremu nie brak złośliwości, zauważył, że wolałem sobie wyobrażać moje nocne tête a tête z komputerem jako romantyczne schadzki w oderwaniu od reszty świata, bo było to bardziej w stylu niesamowitych opowieści, aniżeli trzeźwa refleksja, że tkwię w gromadzie abonentów, którzy między trzecią a czwartą nad ranem zwykle śpią, przez co sieć jest wtedy najmniej obciążona i właśnie dzięki temu mój IBM mógł korzystać z jej potencjału tak, jak nigdy by nie mógł w porannym szczycie.

ilustracja: Stefan Berdak, archiwum
ilustracja: Stefan Berdak, archiwum

Hart sprawdził rachunki, które UPI płaciła jako abonent, i okazało się, że parę razy mój IBM korzystał za jednym zamachem z 60 do 65% całej sieci federalnej. Co prawda te nieprawdopodobne obciążenia trwały krótko, po kilkadziesiąt sekund, ale i tak ktoś powinien się był już dawno zainteresować, czemu jakiś dyżurny dziennikarz agencyjnego serwisu pobiera z sieci moc dwadzieścia razy większą od potrzebnej do obliczenia wszystkich rubryk dochodu narodowego? Wprawdzie teraz wszystko uległo skomputeryzowaniu, więc kontrola poborów informatycznych też, wiadomo zaś, że komputery nie mogą się niczemu dziwić — przynajmniej dopóki rachunki płacone są punktualnie, z czym nie było problemów, ponieważ płacił je także komputer, mianowicie nasz, z UPI, buchalteryjny. Przyschło więc i to, że za moje zainteresowanie pejzażem Syrtis Minor na Marsie UPI zapłaciła 29 000 dolarów, dość słono, jeśli zważyć, że nie zostało zaspokojone. W każdym razie, choć milczał wtedy jak głaz, mój komputer zrobił, co było w jego i nie tylko w jego mocy, skoro przez osiem minut jego milczenia, przerwanego wykrętnym frazesem, sieć wykonała jakieś biliony i tryliony operacji — co widniało czarno na białym, utrwalone w miesięcznym rachunku. Inna rzecz, że charakter tych syzyfowych prac pozostał dla nas kompletną zagadką. Były to jakieś czysto algebraiczne czary-mary.

Ostrzegałem was, że nie jest to historia o duchach. Zjawy zza grobu, przeczucia, mistyczne proroctwa, klątwy, widma pokutujące i cała reszta tych uczciwych, wyraźnych, wdzięcznych, a przede wszystkim prostych stworów znikła z naszego życia raz na zawsze. Żeby dokładnie opowiedzieć o duchu, który właził do maszyny IBM przez główną mufę sieci federalnej, należałoby rysować diagramy, pisać wzory, a jako detektywów używać jednych komputerów, żeby się dobierały do innych. Duch nowego typu powstaje z wyższej matematyki i dlatego jest taki nieprzystępny. Moja historia musi się rozleźć, zanim postawi wam włos na głowie, bo będę teraz wykładał to, co mi powiedział Hart.

Sieć informatyczna przypomina elektryczną, tyle że zamiast energii czerpie się z niej informacje. Krążenie zaś — czy to energii elektrycznej, czy wiadomości — przypomina ruch wody w zbiornikach połączonych rurociągami. Prąd płynie tam, gdzie spotyka najmniejszy opór, czyli gdzie jest największe zapotrzebowanie. Jeśli przerwać jeden kabel dosyłowy, elektryczność sama szuka sobie drogi okólnymi liniami, co zresztą może doprowadzić do przeciążeń i awarii. Obrazowo mówiąc, mój IBM, kiedy tracił łączność z dalekopisem, zwracał się o pomoc do sieci, która ruszała na to hasło z szybkością kilkunastu tysięcy kilometrów na sekundę, bo tak szybko porusza się prąd w przewodach. Nim się zgrały wszystkie wezwane posiłki, mijała jedna do dwu sekund i przez ten czas właśnie komputer milczał. Potem połączenie zostawało jak gdyby odtworzone, ale w jaki sposób właściwie, o tym nie mieliśmy nadal pojęcia.

Wszystko, wyjaśnione do tego miejsca, miało bardzo rzeczowy, fizykalny charakter, a nawet dawało się przeliczyć na dolary, tyle że zdobyta wiedza była czysto negatywna. Wiedzieliśmy już, co uczynić, żeby komputer stracił swoje nadzwyczajne puenty; wystarczyło w tym celu odłączyć go od informatycznej mufy. Ale nadal nie pojmowaliśmy, jak mogła mu pomóc sieć, bo i jakże właściwie dobierała się do jakiegoś Sherabadu, gdzie było akurat trzęsienie ziemi, albo do sali w Rio, w której odbywał się mecz bokserski? Sieć jest zamkniętym systemem połączonych komputerów, ślepym i głuchym na cały świat zewnętrzny, z wyjściami i wejściami, którymi są dalekopisy, przystawki telefoniczne, rejestratory w korporacjach czy w urzędach federalnych, sterujące pulpity w bankach, w centralach energetycznych, w wielkich firmach, w portach lotniczych i tak dalej. Nie ma ona żadnych oczu, uszu, anten własnych, czujników zmysłowych, a ponadto nie wykracza swoim zasięgiem poza teren Stanów Zjednoczonych, więc jakże mogłaby zdobyć informacje o tym, co działo się w jakimś Iranie?

Hart, który wiedział tu akurat tyle, co ja, to znaczy nic, zachowywał się jednak w sposób zupełnie odmienny od mego, bo ani sam takich pytań nie stawiał, ani mnie nie dopuszczał do głosu, kiedy go nimi chciałem zarzucić. Kiedy zaś nie udało mu się już powstrzymać mojej rozeźlonej ciekawości i kiedy powiedziałem mu niemiłe rzeczy, które łatwo wymykają się z ust między trzecią a czwartą nad ranem po nieprzespanej nocy, oświadczył mi, że nie jest wróżką, znachorem ani jasnowidzem. Sieć, jak się okazuje, przejawia własności, których nie zaplanowano w niej ani nie przewidziano; są ograniczone, jak o tym świadczy historia z Marsem, więc mają fizykalny charakter, czyli podlegają badaniu, które może przynieść po pewnym czasie określone wyniki, ale które zapewne nie będą odpowiedziami na moje pytania, ponieważ tego rodzaju pytań w nauce w ogóle stawiać nie wolno.

Zgodnie z regułą Pauliego, każdy stan kwantowy może być obsadzony tylko przez jedną cząstkę elementarną, a nie przez dwie, pięć albo milion, i fizyka ogranicza się do takiego stwierdzenia, natomiast nie wolno jej pytać, czemu ta zasada jest przez wszystkie cząstki bezwzględnie przestrzegana albo kto zabrania cząstkom zachowywać się inaczej. Zgodnie z zasadą indeterminizmu, cząstki zachowują się w sposób tylko statystycznie określony, a w obrębie owego indeterminizmu pozwalają sobie na rzeczy, ze stanowiska klasycznej fizyki nieprzyzwoite, albo wręcz koszmarne, bo naruszają prawa zachowania, ale ponieważ to się dzieje w przedziale nieokreśloności, nie można ich nigdy obserwować na gorącym uczynku naruszania tych praw.

I znów nie wolno pytać, jak mogą cząstki pozwalać sobie na te wybryki w indeterministycznym przedziale obserwacji, skąd biorą upoważnienia do takich wyskoków, które zdają się sprzeczne ze zdrowym rozsądkiem, ponieważ sprawy takie do fizyki nie należą.

W pewnym sensie doprawdy można by sądzić, że wewnątrz szpary nieokreśloności cząstki zachowują się jak przestępca, zupełnie pewien bezkarności dlatego, że zachowuje się tak, że na pewno nikt go in flagranti nie przyłapie; ale są to antropocentryczne sposoby myślenia, które nie tylko nie dają niczego, lecz wprowadzają w rzecz szkodliwy mętlik, bo zdają się przypisać cząstkom elementarnym ludzkie intencje jakiejś perfidii czy chytrości.

Z kolei, sieć informatyczna potrafi, jak wolno sądzić, zdobywać wiadomości o tym, co się dzieje na Ziemi również i tam, gdzie tej sieci w ogóle nie ma, ani też żadnych jej czujników. Oczywiście można by oświadczyć, że sieć wytwarza „własne pole percepcyjne” z „gradientami teleologicznymi”, czy też, posługując się podobną terminologią, sporządzić inne pseudo tłumaczenie, które jednak nie będzie miało żadnej wartości naukowej; chodzi o to, aby się przekonać co, w jakich granicach, przy jakich warunkach początkowych i brzeżnych sieć może wykonać, a cała reszta należy już do nowożytnych powieści fantastycznych. O tym, że można dowiadywać się o otoczeniu bez oczu, uszu i innych zmysłów wiemy, bo dowodzą tego specjalnie sporządzone modele i doświadczenia.

Dajmy na to, że mamy maszynę cyfrową z optymalizatorem, dbającym o maksymalne tempo obliczeniowych procesów, i że ta maszyna może się poruszać własnym napędem po terenie, który jest w połowie zacieniony, a w połowie nasłoneczniony. Jeżeli maszyna, przebywając w słońcu, będzie się przegrzewała i od tego tempo jej pracy spadnie, optymalizator uruchomi napęd i maszyna będzie się póty błąkała po tym terenie, aż trafi w cień, gdzie ochłódłszy, będzie pracowała wydajniej. Tak więc maszyna owa, chociaż nie ma oczu, odróżnia cień od światła. Jest to przykład niezwykle prymitywny, wskazuje jednak na to, że można się orientować w otoczeniu bez posiadania jakichkolwiek zmysłów skierowanych na zewnątrz.

Hart osadził mnie, przynajmniej na jakiś czas, i zajął się swoimi rachunkami i eksperymentami, a ja mogłem sobie myśleć, co mi się żywnie podobało.

Tego nie mógł mi już zabronić. Być może, myślałem, kiedy jakieś kolejne przedsiębiorstwo włączyło swój komputer do sieci, został bez niczyjej wiedzy przekroczony próg krytyczny i sieć stała się organizmem. Od razu przychodzi do głowy obraz molocha, potwornego pająka, czy elektrycznego wielonoga, kablowymi mackami zarytego w ziemi od Gór Skalistych po Atlantyk, który, wykonując zlecane mu obliczenie ilości przesyłek pocztowych i rezerwując miejsca w samolotach, jednocześnie po cichu knuje straszliwe plany zawładnięcia Ziemią i wzięcia ludzkości w niewolę.

Oczywiście są to bzdury. Sieć nie jest organizmem takim jak bakteria, drzewo, zwierzę czy człowiek, po prostu powyżej punktu krytycznej złożoności stała się systemem, jak systemem staje się gwiazda albo galaktyka, kiedy nagromadzi się dość materii w przestrzeni. Sieć jest systemem i organizmem niepodobnym do żadnego z nazwanych, bo właśnie nowym, takim, jakiego dotąd jeszcze nigdy nie było. Myśmy ją sami wprawdzie zbudowali, ale nie wiedzieliśmy do samego końca, co właściwie robimy. Wykorzystywaliśmy ją, ale były to drobne uszczknięcia, ot jakby mrówki pasły się na mózgu, zajęte wyszukiwaniem, wśród miliarda toczących się w nim procesów tego, co pobudza ich czułki smakowe i szczęki. 

Hart przychodził zwykle na mój dyżur koło trzeciej z teczką wypchaną papierami, termosem pełnym kawy i brał się do dzieła, a ja czułem się wystrychnięty na dudka, cóż jednak mogłem począć, skoro pod względem rzeczowym miał słuszność?

Myślałem dalej po swojemu, wpadając w koleiny dostępnych mi wyobrażeń, a więc, na przykład, przedstawiałem sobie, że świat martwych dotąd przedmiotów, linie przesyłowe, kable podmorskiego telegrafu, telewizyjne anteny, może metalowe siatki ogrodzeń, łuki i zwory mostów, szyny, wyciągi, struny w betonowych gmachach, że wszystko to, za impulsem sieci, ulega nagłemu sprzęgnięciu w jeden olbrzymi układ śledzący, któremu przewodzi akurat mój IBM przez liczone sekundy, bo do tego, że on właśnie stał się ośrodkiem krystalizacyjnym tej potencji, doprowadziło parę błahych przypadków.

Ale nawet te moje majaki nie wyjaśniły, chociażby w jakiś mglisty sposób, zdumiewających i tak konkretnych szczegółów, jak talent przewidywania zajść, jak jego dwuminutowe ograniczenie — musiałem więc zmuszać się do milczącej cierpliwości, bo widziałem wszak, że Hart daje z siebie wszystko.

Przechodzę do faktów. Omawialiśmy z Hartem dwie rzeczy — praktyczne zastosowanie efektu i jego mechanizm. Wbrew pozorom, praktyczne perspektywy efektu 137 sekund nie są ani specjalnie wielkie, ani doniosłe, mają raczej spektakularny charakter — niesamowitego wyczynu. Decyzje, które przesądzają o losach narodów i o biegu historii światowej, nie mieszczą się na ogół w przedziale dwu minut, ponadto zaś dwuminutowe przepowiadanie przyszłości potyka się o niby drugorzędną, lecz zasadniczą przeszkodę: aby komputer zaczął stawiać te swoje nieomylne prognozy, trzeba pierwej wprowadzić go na określony trop, nakierować, a wymaga to czasu, zwykle dłuższego od dwu minut, więc chodzi o zysk pod względem praktycznym przeważnie od razu roztrwoniony. Granicy przewidywania nie można przesunąć ani o ułamek sekundy.

Hart przypuszczał, że jest to jakaś stała, constans, o uniwersalnym, chociaż nieznanym nam dotąd charakterze. Zapewne, można by bawić się w rozbijanie banków wielkich domów gry, myśleć o zyskach czerpanych z ruletki na przykład, lecz koszt zainstalowania odpowiednich urządzeń byłby niemały (IBM kosztuje ponad cztery miliony dolarów), a zorganizowanie dwukierunkowej łączności, i do tego skrzętnie skrywanej, między graczem przy stole a ośrodkiem obliczeniowym też byłoby niełatwym do zgryzienia orzechem, nie mówiąc już o tym, jak prędko zorientowano by się w tym, że coś jest nie w porządku. Zresztą takie wykorzystanie efektu obu nas nie interesowało.

Hart sporządził fragmentaryczny katalog osiągnięć naszego komputera. Jeśli spytacie go o płeć dziecka, które ma się za dwie minuty urodzić konkretnej kobiecie w konkretnym miejscu, rozpozna tę płeć niezawodnie, lecz trudno uznać taką prognozę za coś godnego zachodu.

Jeżeli zaczniecie rzucać monetą lub kostką do gry, podając komputerowi wyniki początkowe serii rzutów, a potem urwiecie podawanie informacji, wyliczy wyniki wszystkich następnych rzutów do 137 sekundy w przyszłość, i to test już wszystko. Musicie oczywiście naprawdę rzucać tą kością czy monetą i podawać komputerowi kolejne wyniki, co najmniej w ilości 36–40, co silnie przypomina wprowadzanie psa na właściwy trop — jeden z miliardów, bo wszak w tym samym momencie Bóg wie, ilu ludzi rzuca monetami czy kośćmi, a komputer, który jest głuchy i ślepy, musi zidentyfikować w owym zbiorze waszą serię rzutów, jako tę jedyną, o którą chodzi. Musicie też naprawdę rzucać kością lub monetą. Jeśli przestaniecie nią rzucać, będzie wystukiwał same zera, a jeśli rzucicie tylko dwa razy, poda tylko te dwa kolejne wyniki. Także i do tego niezbędna jest mu łączność z siecią, chociaż na zdrowy rozum sieć nie może mu w niczem pomóc, skoro rzucacie kością o dwa kroki od niego — i cóż tu ma do rzeczy owa sieć? Wszystko w tym sensie, że odłączony od niej nie wyduka ani sylaby, a nic w tym, że nie pojmujemy tego związku.

Zauważcie, że komputer wie z góry, czy będziecie, czy też nie będziecie rzucali kością, a zatem przewiduje rozwój całej sytuacji, to jest nie tylko los kości, ale i wasz własny los przynajmniej w obrębie decyzji rzucania lub nierzucania kością. Robiliśmy też i takie próby, że postanawiałem rzucać na przykład sześć razy po kolei, a Hart miał mi to na przemian udaremnić, lub umożliwić, przy czym nie znałem jego decyzji w danych rzutach.

Okazało się, że komputer zna z góry nie tylko mój plan rzucania, ale i postanowienie Harta, czyli wiedział, kiedy Hart zamierza chwycić mnie za rękę trzymającą kubek, żebym nie mógł wykonać następnego rzutu. Raz zdarzyło się, że chciałem rzucić cztery razy z rzędu, a rzuciłem tylko trzy w przedziale właściwego czasu, ponieważ potknąłem się o leżący na podłodze kabel i nie zdążyłem rzucić kości w porę. Otóż komputer przewidział jakoś to moje potknięcie, dla mnie samego najzupełniej niespodziewane, więc wiedział wtedy o mnie znacznie więcej niż ja sam.

Obmyślaliśmy znacznie bardziej skomplikowane sytuacje, w których miałoby uczestniczyć wielu ludzi naraz, ot na przykład takie, żeby doszło do walki, niepozorowanej, o kubek z kośćmi, ale nie wypróbowaliśmy takich wariantów, bo wymagały czasu i zachodu, na które nie mogliśmy sobie pozwolić. Hart użył też zamiast kości małego przyrządu, w którym poszczególne atomy izotopu rozpadają się, a na ekranie pojawiają się błyski, tak zwane scyntylacje. Komputer nie umiał przewidzieć ich dokładniej, niż by to zrobił fizyk, to znaczy podawał tylko prawdopodobieństwa rozpadu. Kości ani monet to ograniczenie nie dotyczy. Widocznie dlatego, że są makroskopowymi przedmiotami. Ale w naszym mózgu przecież o decyzjach przesądzają procesy mikroskopowe. Widocznie, mówi Hart, nie mają one kwantowego charakteru.

W całym tym obrazie zdają się tkwić sprzeczności. Dlaczego komputer może przewidzieć to, że potknę się za dwie minuty, chociaż gdy stawia prognozę, sam nie wiem jeszcze o tym, że wykonam ów krok, który doprowadzi do potknięcia, a zarazem nie może przewidzieć, które atomy radioaktywnego izotopu się rozpadną? Sprzeczność — twierdzi Hart — nie znajduje się w samych zdarzeniach, lecz jest własnością naszych wyobrażeń o świecie, a zwłaszcza o czasie. Hart uważa, że to nie komputer przewiduje przyszłość, ale że to my jesteśmy w pewien osobliwy sposób ograniczeni w postrzeganiu świata.

Oto jego słowa: jeżeli wyobrazić sobie czas jako linię prostą, rozciągniętą z przeszłości w przyszłość, nasza świadomość jest jak koło, toczące się po tej linii i dotykające jej zawsze tylko w jednym punkcie: ten punkt nazywamy teraźniejszością, która niezwłocznie staje się chwilą minioną i ustępuje miejsca następnej. Badania psychologów wykazały, że to, co bierzemy za moment teraźniejszy, wyzbyty rozciągłości czasowej, jest w istocie odrobinę wydłużone i obejmuje nieco mniej niż pół sekundy. Otóż jest możliwe, że styk z tą linią, jaką stanowi czas, może być jeszcze szerszy, że można przebywać w kontakcie z jej większym odcinkiem naraz i że maksymalne rozmiary tego odcinka czasowego wynoszą właśnie 137 sekund.

Jeżeli tak jest naprawdę — powiada Hart — to cała nasza fizyka wciąż jest jeszcze antropocentryczna, bo wychodzi z założeń, które nie są ważne poza obrębem zmysłów i świadomości człowieka. Znaczy to, że świat jest inny, niż dziś głosi fizyka, a jasnowidzenie, jako przepowiadanie przyszłości, elektronowe czy nieelektronowe, nigdy nie zachodzi. Fizyka przeżywa koszmarne kłopoty w związku z czasem, który podług jej ogólnych teorii i praw właściwie powinien być doskonale odwracalny, ale nie jest taki wcale. Ponadto zagadnienie pomiarów czasu w skali zjawisk wewnątrzatomowych nasuwa rozmaite trudności, tym większe, im mniejszy jest czasowy interwał do ustalenia. Być może wynika to stąd, że pojęcie teraźniejszości nie tylko jest tak względne, jak o tym mówi teoria Einsteina, czyli jest uzależnione od lokalizacji obserwatorów, ale że jest też zależne od samej skali zjawisk w tym samym „miejscu”.

Komputer przebywa po prostu w swojej teraźniejszości fizycznej, a ta teraźniejszość jest bardziej rozległa w czasie aniżeli nasza. To, co dla nas ma dopiero nastąpić za dwie minuty, dla komputera już się staje właśnie tak samo, jak dla nas to, co teraz dostrzegamy i czujemy. Nasza świadomość jest tylko cząstką tego wszystkiego, co zachodzi w naszym mózgu, i kiedy postanawiamy rzucić kością tylko jeden raz, aby „oszukać” komputer, który ma przewidzieć całą serię rzutów, on się od razu o tym dowiaduje.

W jaki sposób? To możemy sobie wyobrazić, tylko posługując się prymitywnymi przykładami: błysk i grzmot wyładowania atmosferycznego są równoczesne dla obserwatora bliskiego, a różne w czasie dla oddalonego. Błysk, w tym przykładzie, to moja milcząco powzięta decyzja, żeby zaprzestać rzucania kością za kilkanaście sekund, a grzmot to chwila, w której rzeczywiście zaniecham kolejnego rzutu; otóż komputer, w jakiś niewiadomy sposób, potrafi wychwycić z mojego mózgu „błysk”, czyli powzięcie tej decyzji. Hart powiada, że ma to ważne konsekwencje filozoficzne, oznacza bowiem, iż jeśli mamy wolną wolę, rozpościera się ona dopiero poza granicami 137 sekund, tyle że nam samym z introspekcji nic o tym nie wiadomo.

W obrębie tych 137 sekund mózg nasz zachowuje się podobnie jak ciało, które się porusza bezwładnie i nie może zmienić nagle kierunku ruchu. Do tego niezbędny jest czas, w którym będzie działała odchylająca tor siła, i coś w tym rodzaju dzieje się w każdej ludzkiej głowie. Wszystko to nie dotyczy jednak świata atomów i elektronów, bo tam komputer jest tak samo niezaradny jak nasza fizyka.

Hart sądzi, że czas nie jest naprawdę jakąś linią, lecz jest to raczej continuum, które na poziomie makroskopowym ma zupełnie inne własności niż „na dole”, tam, gdzie są już tylko atomowe wymiary. Hart przypuszcza, że im pewien mózg lub układ mózgopodobny jest większy, tym szerszy jest obszar jego styku z czasem, czyli z tak zwaną „teraźniejszością”, natomiast atomy właściwie nie stykają się z nią wcale, lecz niejako wciąż wokół niej tańczą. Jednym słowem teraźniejszość to coś w rodzaju trójkąta: punktowa, dozerowa tam, gdzie są elektrony i atomy, a najszersza tam, gdzie są wielkie ciała, obdarzone świadomością.

Jeżeli powiecie, że nie zrozumieliście z tego ani słowa, odpowiem wam, że ja też tego nie rozumiem, i co więcej, Hart nigdy nie ośmieliłby się mówić takich rzeczy z katedry, czy opublikować je w naukowym piśmie.

Właściwie powiedziałem wam już wszystko, co zamierzałem opowiedzieć, i pozostają mi tylko dwa epilogi, jeden rzeczowy, a drugi stanowiący rodzaj ponurej anegdoty, którą odstępuję wam bez zysku.

Pierwszy był taki, że Hart przekonał mnie i sprawę wzięli w ręce fachowcy. Jeden z nich, wysoka figura, powiedział mi po kilku miesiącach, że po rozebraniu i ponownym złożeniu komputera zjawiska nie udało się już więcej odtworzyć. Nie tyle to wydało mi się niewiarygodne, ile fakt, że specjalista, z którym mówiłem, był w mundurze. A i to jeszcze, że ani jedna zgłoska tej sprawy nie dostała się do prasy.

Sam Hart został od badań szybko odsunięty. On też nie chciał poruszać tego tematu i tylko raz, po wygranej partii mah-jonga, powiedział, ni stąd, ni zowąd, że 137 sekund nieomylnego przepowiadania to w pewnych okolicznościach różnica między zagładą i ocaleniem kontynentu. Na tym utknął, jakby się ugryzł w język, ale już wychodząc od niego, zobaczyłem na biurku otwarty tom jakiejś pracy, naszpikowanej matematyką, o rakietach, zwalczających głowice nuklearne. Być może miał na myśli takie właśnie pojedynki rakiet. Ale to są już moje domysły.

Drugi epilog zdarzył się tuż przed pierwszym, dosłownie w pięć dni przed najazdem chmary rzeczoznawców. Powiem wam, co wtedy zaszło, ale nie będę tego komentował i z góry odmawiam odpowiedzi na wszelkie pytania.

Były to już ostatki naszych samotnych eksperymentów. Hart miał przyprowadzić na mój dyżur pewnego fizyka, któremu roiło się, że efekt 137 pozostaje w związku z tajemniczą liczbą 137, podobno pitagorejskim symbolem podstawowych własności Kosmosu: pierwszy zwrócił uwagę na tę liczbę już nieżyjący astronom angielski, Eddington. Ów fizyk nie mógł jednak przyjść i Hart zjawił się sam, koło trzeciej, kiedy numer szedł na maszyny.

Hart nauczył się wprost fenomenalnie postępować z komputerem. Dokonał kilku prostych usprawnień, które ogromnie ułatwiły nasze próby. Nie trzeba już było wyciągać wtyczki z gniazdka, bo w kablu był przycisk i jednym dotknięciem palca odłączało się dalekopis od komputera. Jak już wiecie, nie można go o nic pytać wprost, ale można mu przekazywać dowolne teksty, przypominające ten rodzaj bezosobowo zredagowanej informacji, jakim odznaczają się notatki prasowe.

Mieliśmy zwykłą elektryczną maszynę do pisania, pełniącą funkcję dalekopisu. Wystukiwało się na niej odpowiednio ułożony tekst i urywało się go w wybranym z góry momencie, tak by komputer został niejako zmuszony do kontynuowania sfingowanej „wiadomości”.

Hart przyniósł tej nocy kostki do gry i rozkładał właśnie swoje rzeczy, kiedy zadzwonił telefon. Był to dyżurny linotypista. Blackwood. Należał do wtajemniczonych.

— Słuchaj — mówi — mam tu Amy Foster, wiesz, żonę Billa, udało mu się uciec ze szpitala, wpadł do domu, zabrał jej siłą klucze od wozu, wsiadł i pojechał, no, w wiadomym stanie, dała już znać policji, a teraz przyleciała tutaj, że może my jej coś pomożemy. Ja wiem, że to nie ma sensu, ale jest ten twój prorok — może on by coś skombinował, jak myślisz?

— Nie wiem — mówię — nie wyobrażam sobie... ale... wiesz... trudno ją tak odprawić, słuchaj, przyślij ją do nas, niech pojedzie służbową windą.

A ponieważ ta jazda musiała trwać chwilę, zwróciłem się do Harta i tłumaczę mu, że nasz kolega, dziennikarz, Bill Foster, w ostatnich dwu latach rozpił się, pociągał nawet na dyżurach, aż go wylano z pracy, wzmocnił to wtedy psychodelikami, miał w ciągu miesiąca dwa poważne wypadki samochodowe, bo prowadził półprzytomny, odebrano mu prawo jazdy, w domu było piekło, wreszcie żona oddała go z ciężkim sercem na kurację odwykową, a teraz wymknął się jakoś ze szpitala, wrócił do domu, zabrał auto i wyjechał nie wiadomo dokąd — rozumie się, co najmniej pijany. Może i po narkotyku. Żona przyszła tu, policji dała już znać, szuka pomocy, rozumie pan, doktorze, jak to jest. Właśnie zaraz tu będzie. Jak pan uważa, możemy coś zrobić? — I pokazuję oczami komputer.

Hart nie zdziwił się, nie jest to człowiek, którego łatwo zaskoczyć, i powiada:

— Cóż ryzykujemy? Proszę połączyć maszynę z komputerem.

Jeszczem to robił, kiedy pojawiła się Amy. Widać było po niej, że nie dała mu tak od razu tych kluczyków. Hart podsunął jej krzesło i powiada:

— Proszę pani, chodzi nam o czas, nieprawdaż? Więc proszę nie dziwić się żadnym pytaniom, które będę pani zadawał, tylko proszę odpowiadać podług najlepszej wiedzy. Najpierw potrzebne mi są dokładne dane osobiste męża: imię, nazwisko, wygląd i tak dalej.

Ona, nieźle nawet opanowana, tylko ręce się jej trzęsą, mówi:

— Robert Foster, 136 Ave, dziennikarz, trzydzieści siedem lat, pięć stóp siedem cali wzrostu, brunet, nosi rogowe okulary, na szyi poniżej lewego ucha ma białą bliznę po wypadku, 169 funtów wagi, grupa krwi zero... czy to wystarczy?

Hart nie odpowiada, lecz zaczyna stukać. Równocześnie na ekranie pojawia się tekst: Robert Foster, zamieszkały przy 136 ulicy, mężczyzna średniego wzrostu, z białą blizną poniżej lewego ucha, o grupie krwi zero, wyjechał dziś z domu autem —

— Proszę o markę i rejestrację wozu — to do niej.

— Rambler, N. Y., 657 992.

Wyjechał dziś z domu autem marki Rambler, N. Y. 657 992 i znajduje się obecnie...

Tu doktor naciska wyłącznik. Komputer, zdany jest na siebie. Nie waha się ani chwili, tekst na ekranie rośnie: znajduje się obecnie w Stanach Zjednoczonych Ameryki Północnej. Zła widoczność, spowodowana deszczem, przy niskiej powłoce chmur, utrudnia prowadzenie...

Hart wyłącza komputer. Namyśla się. Zaczyna pisać jeszcze raz od początku, z tą różnicą, że po znajduje się, pisze dalej na odcinku drogi pomiędzy — tu wyłącza znów dopływ informacji. Komputer kontynuuje bez wahania: Nowym Jorkiem a Waszyngtonem. Jadąc skrajnym pasem, wyprzedza długą kolumnę samochodów ciężarowych i cztery cysterny SHELLA, przekroczywszy dozwoloną szybkość maksymalną.

— To już jest coś — mruczy Hart — ale nie wystarcza nam kierunek, musimy wycisnąć więcej. — Każe mi skasować to, co było, i zaczyna jeszcze raz. — Robert Foster... i tak dalej... znajduje się na odcinku drogi pomiędzy N. Y. a Waszyngtonem, pomiędzy kamieniem milowym numer... tu wyłącza kabel. Komputer robi wtedy coś, czegośmy jeszcze nie widzieli. Anuluje część tekstu, który już się pojawił, na ekranie, czytamy: Robert Foster... wyjechał z domu... i znajduje się obecnie w mleku obok drogi Nowy Jork—Waszyngton. Należy się obawiać, że strata, poniesiona przez firmę Muller—Ward, nie zostanie pokryta przez Towarzystwo Ubezpieczeniowe United TWC, ponieważ wygasła przed tygodniem polisa nie została odnowiona.

— Czy on zwariował? — mówię.

Hart daje mi znak, żebym siedział cicho. Zaczyna pisać jeszcze raz, dochodzi do krytycznego miejsca i wystukuje:

...Znajduje się obecnie na poboczu drogi Nowy Jork—Waszyngton w mleku. Jego stan... — tu urywa. Komputer ciągnie dalej: jest taki, że nie nadaje się do spożycia. Z obu cystern uszło łącznie 29 hektolitrów. Przy obecnych cenach rynkowych...

Hart każe mi skasować to i mówi do siebie: — Typowe nieporozumienie, był w porządku z gramatyką, bo „jego” mogło się odnosić tak do Fostera, jak do mleka. Jeszcze raz!

Włączam komputer. Hart uparcie pisze ten dziwaczny „komunikat”, po owym mleku daje kropkę i młóci od nowej linii: Stan Roberta Fostera w obecnej chwili jest... urywa, komputer zaś zamiera na sekundę, potem oczyszcza cały ekran — mamy przed sobą pusty, mgławo świecący kwadrat bez jednego słowa — wyznaję, że włosy zaczęły mi stawać na głowie. Potem formułuje się tekst: Robert Foster nie jest w żadnym poszczególnym stanie, ponieważ właśnie przecinał autem marki Rambler N. Y. 657 992 granicę międzystanową.

A żeby cię diabli wzięli... myślę, oddychając z ulgą. Hart, z twarzą wykrzywioną nieprzyjemnym uśmieszkiem, znów poleca mi skasować wszystko i bierze się do tego od początku. Po słowach Robert Foster przebywa obecnie w miejscu, którego lokalizacja opiewa — naciska wyłącznik. Komputer kontynuuje: rozmaicie w zależności od tego, jakie kto żywi na temat poglądy. Należy uznać, iż chodzi o osobiste opinie, których podzielania, zgodnie z naszymi obyczajami i naszą Konstytucją, nikomu nie można narzucać. W każdym razie tego zdania jest nasze pismo.

Hart wstaje, sam wyłącza komputer i daje mi głową dyskretny znak, żebym wyprowadził Amy, która, jak mi się zdaje, nic z tej całej magii nie rozumiała. Kiedy wróciłem, telefonował, ale mówił tak cicho, że nic nie dosłyszałem. Odłożywszy słuchawkę, popatrzał na mnie i mówi:

— Przejechał na przeciwbieżny pas i czołowo zderzył się z cysternami, które wiozły mleko do Nowego Jorku. Żył jeszcze około minuty, kiedy wyciągali go z wozu; dlatego on się wyraził najpierw znajduje się w mleku. Kiedy powtórzyłem ten fragment po raz trzeci, już było po wszystkim, no i w samej rzeczy można żywić rozmaite opinie na temat, gdzie przebywa się po śmierci, a nawet, czy przebywa się wtedy gdziekolwiek.

Jak widzicie z tego, wykorzystywanie tak nadzwyczajnych szans, jakie daje nam postęp, nie zawsze jest rzeczą łatwą, nie mówiąc już o tym, że może to być dosyć koszmarną zabawą — zważywszy mieszaninę żargonu dziennikarskiego i bezbrzeżnej naiwności, czy, jeśli wolicie, obojętności na ludzkie sprawy, jaką — siłą rzeczy — okazuje maszyneria elektronowa.

Możecie w wolnej chwili porozprawiać o tym, co wam opowiedziałem. Sam nie mam już nic, ale to nic do dodania. Osobiście wolałbym posłuchać teraz innej jakiejś historii, żeby o tej zapomnieć.

ilustracja: Stefan Berdak, archiwum
ilustracja: Stefan Berdak, archiwum

Tekst pochodzi z numerów 1428, 1429, 1430/1972 r. (pisownia oryginalna), które możecie Państwo przeczytać w naszym cyfrowym archiwum.


Trwa Rok Lema, a Fundacja PRZEKRÓJ jest partnerem tego wydarzenia. Dlatego każdego 13. dnia miesiąca na stronie publikujemy teksty Stanisława Lema lub z nim związane. Zachęcamy do lektury!

Czy wiesz, że pierwszy numer „Przekroju” ukazał się w 1945 roku? To było 76 lat temu! Wesprzyj nas, a spróbujemy dobić do setki.

* Pola wymagane

Data publikacji:

okładka
Dowiedz się więcej

Prenumerata
Każdy numer ciekawszy od poprzedniego

Zamów już teraz!

okładka
Dowiedz się więcej

Prenumerata
Każdy numer ciekawszy od poprzedniego

Zamów już teraz!