Page 18FCEBD2B-4FEB-41E0-A69A-B0D02E5410AERectangle 52 Przejdź do treści

Szanowni Państwo!

Wiele osób spośród naszych Czytelników i Czytelniczek wybiera tradycyjną drukowaną wersję kwartalnika, ale są także tacy, którzy coraz częściej korzystają z nośników elektronicznych. Dlatego wprowadzamy cyfrową wersję „Przekroju”. Zapraszamy do wykupienia prenumeraty, w której ramach proponujemy nieograniczony dostęp do aktualnych i archiwalnych wydań kwartalnika.

Ci z Państwa, którzy nie zdecydują się na prenumeratę, będą mieli do dyspozycji bezpłatnie 7 „Przekrojowych” tekstów oraz wszystkie rysunki Marka Raczkowskiego, krzyżówki, recenzje, ilustracje i archiwalne numery z lat 1945–2000. Zapraszamy do lektury!

wykup prenumeratę cyfrową
Przekrój
Po co komu futro na Karaibach w kwietniu? – pytali redaktorzy autora. Zarzucali mu też, że nie zna ...
2017-06-20 00:00:00
Opowiadanie
Perła i futro

Po co komu futro na Karaibach w kwietniu? – pytali redaktorzy F.S. Fitzgeralda. Zarzucali mu też, że nie zna rozkładu jazdy nowojorskiego metra ze stacji Kingsbridge Road. Fitzgerald nie zgodził się z uwagami, opowiadanie powędrowało do szuflady i zostało opublikowane dopiero teraz, po 81 latach. Dziękujemy wam, redaktorzy, za tę przyjemną niespodziankę!

Perła i futro pochodzi ze zbioru 18 „zaginionych” opowiadań Francisa Scotta Fitzgeralda, który ukazał się w Stanach Zjednoczonych w kwietniu. W Polsce książka opublikowana zostanie wiosną przyszłego roku przez Dom Wydawniczy Rebis.

Większość zbioru stanowią teksty odrzucone przez redaktorów gazet współpracujących z pisarzem. W przypadku napisanej w 1936 r. Perły i futra był to dziennik „The Saturday Evening Post”. Wprawdzie opowiadanie zaakceptowało potem czasopismo kobiece „Pictorial Review”, ale nigdy nie ogłosiło go drukiem.

Fitzgerald otrzymał od „Pictorial Review” honorarium w wysokości 1000 dolarów, co było znaczną sumą (odpowiadającą dzisiejszym 17 tys. dolarów), wcześniej zdarzało mu się jednak zarobić na opowiadaniu cztery razy więcej. Warto przytoczyć ten finansowy detal, bo pieniądze odgrywały dużą rolę w życiu pisarza, który stracił majątek w wyniku Wielkiego Kryzysu. W latach 30. XX w. Fitzgerald utrzymywał się przede wszystkim z pracy nad scenariuszami dla Hollywood, co dawało mu wyższy dochód niż pisanie opowiadań. Jego główne wydatki wiązały się z zapewnieniem opieki chorej (prawdopodobnie na schizofrenię) żonie Zeldzie i wykształcenia córce Scottie.

Zamów prenumeratę cyfrową

Z ostatniej chwili!

7 to nadzwyczajna liczba w numerologii – w Chinach brzmi podobnie do słowa „pewny”. U nas masz siedem pewnych i bezpłatnych artykułów do przeczytania w tym miesiącu. To pierwszy z nich. Może jednak już teraz warto zastanowić się nad naszą niedrogą prenumeratą cyfrową, by mieć pewność, że żaden limit Cię nie zaskoczy?

Gwen, bohaterka Perły i futra, w pewnym stopniu jest wzorowana na Scottie. Choć może było też odwrotnie: Fitzgerald chciał, żeby Scottie była jak Gwen, która potrafiła wyrzec się bajkowego rejsu na Karaiby i wspomóc ubogiego młodzieńca, marzącego o pójściu do college’u? (Oczywiście zachowała też rozsądek i nie poświęciła biedakowi więcej niż kilka chwil uwagi). Za tę słuszną postawę otrzymała od autora nagrodę: zaproszenie na elegancki bal od przystojnego dziedzica fortuny. Bajkowe? Staromodne? Urocze? Infantylne?Czytelnik sam osądzi.

 


 

ilustracja: Gosia Herba
ilustracja: Gosia Herba

I.

Gwen spędziła na zakupach całe sobotnie popołudnie i o szóstej wróciła do domu objuczona. Kupiła między innymi dwa tuziny cynowych wałeczków, które przyczepia się przed snem do włosów, żeby się majtały przez całą noc, zestaw groteskowych sztucznych paznokci, naruszających wszelkie traktaty rozbrojeniowe, zestaw piętnastocentymetrowych proporczyków w barwach Akademii Marynarki, Princeton, Vassar i Yale, a także plik broszur turystycznych opisujących podróże na Bermudy, Jamajkę, do Hawany i Ameryki Południowej.

Znużona znużeniem właściwym czternastolatkom, rzuciła to wszystko na kanapę i przedzwoniła do swojej przyjaciółki, Dizzy Campbell.

– Nie zgadniesz! – powiedziała.

– No co? – głos Dizzy był pełen ekscytacji. – Prawdziwa?

– Nie – odparła Gwen z niechęcią. – Zabrałam ją do jubilera u Kirksa i powiedział, że to zwykły kawałek muszli, jakie często trafiają się w ostrygach.

Dizzy westchnęła.

– Cóż, to w te święta nie pojedziemy.

– Ależ jestem wściekła, myślałam, że mnie krew jasna zaleje. A tatuś był pewien, że to prawdziwa perła, odkąd w restauracji prawie sobie złamał na niej ząb.

– A tak wszystko zaplanowałyśmy – lamentowała Dizzy.

– Ja byłam taka pewna, że zdążyłam już polecieć do biura podróży i nabrać mnóstwo folderów ze świetnymi zdjęciami, na których ludzie siedzą wokół pokładowych basenów albo tańczą z najprzystojniejszymi chłopakami, i to już od siedemdziesięciu dolarów w górę... Gdybyż tatuś dał się przekonać.

Obie głośno westchnęły w obopólnym zrozumieniu.

– Jest jeszcze coś – powiedziała Dizzy – choć z tamtym nie może się równać. Pani Tulliver chce zabrać cztery, może pięć dziewczyn z naszej szkoły na parę dni do Nowego Jorku. Matka pozwoliła mi jechać, ale powiedziałam, że zdecyduję później, bo na razie nie mogłam się doczekać, co dalej z perłą... Ojciec twierdził, że skoro ją ugotowano, to i tak nic z niej nie będzie.

– No może – odparła Gwen niepewnie. – Ale nie wyobrażasz sobie chyba, że zabierze nas do Rainbow Room czy podobnych miejsc. Pewnie same muzea, koncerty i takie tam?

– Zabierze nas do teatru i na zakupy.

Jasnobłękitne oczy Gwen zaczęły wracać do życia.

– Hm, zapytam tatusia – odparła. – Przynajmniej na to powinien się zgodzić, jak już pomylił się z perłą.

II.

W następny poniedziałek pięć młodych dam w wieku lat czternastu i piętnastu pojechało do Nowego Jorku. Z początku pani Tulliver zamierzała stanąć w pensjonacie dla kobiet, ale na gwałtowne protesty dziewcząt, żądających muzyki do posiłków, zatrzymały się w „cichym” hotelu na południe od Central Parku. Obejrzały dwie sztuki, poszły do Rockefeller Center, kupiły za kieszonkowe ubrania na lato, a przedsmak nocnego życia dała im popołudniowa wyprawa do hotelu słynącego z herbatek tanecznych, połączona ze słuchaniem ulubionej orkiestry, bo partnerów do tańca nie miały.

Wszystkie usiłowały już zaradzić tej ewentualności, prosząc chłopców, żeby „przyjechali, jeśli tylko mogą”, a nawet pisząc do poznanych minionego lata i od dawna już zaniedbywanych adoratorów, że będą w metropolii tego a tego dnia. Toteż podskakiwały na każdy dzwonek telefonu, ale, niestety, były to niezmiennie rozmowy między jednym a drugim pokojem.

– No i co?

– Nic. Jeden list, że bardzo żałuje i takie tam.

– Ja dostałam telegram od chłopaka z Nowego Meksyku.

– Mój jest z Kalifornii. Czemu nikt nigdy nie bywa w Nowym Jorku?

Gwen uważała, że wprawdzie bawią się dobrze, ale wszystko to jest dość nijakie. Nie chodziło nawet o sam brak chłopców, raczej o to, że bez chłopców nie dało się robić niczego szczególnie frajdowego i szykownego. Przedostatniego dnia pani Tulliver zawezwała je wszystkie do swojego pokoju.

– Dobrze, nie jestem ślepa ani głucha i wiem, że spodziewałyście się większych atrakcji, choć nie obiecywałam, że będziemy rozbijały się po lokalach. Niemniej jednak nie chciałabym, żebyście się czuły zaduszone nadopiekuńczością, więc powzięłam pewien plan – urwała, a pięć spojrzeń utkwiło w niej z wyczekiwaniem. – Plan ów polega na daniu wam paru godzin całkowitej niezależności i powinien przynieść pewien pożytek już po powrocie do szkoły – w dziesięciorgu młodych oczu blask przygasł, choć oficjalnie wciąż wyrażały one zainteresowanie.

– Zatem chciałabym, żeby jutro rano każda z was wyruszyła samodzielnie i przyjrzała się jakiejś części Nowego Jorku... dowiedziała się o niej wszystkiego, żeby w razie czego mogła napisać o niej wypracowanie... choć nie będę wymagała oddania go w czasie ferii. Wolałabym posłać was parami, wiem jednak, że osobno znacznie więcej się dowiecie. Dorosłyście już do takich przygód. Dobrze, nie sądzicie, że to obietnica dobrej zabawy?

– Ja biorę Chinatown – zgłosiła się Gwen.

– O, nie, nie – pośpiesznie rzuciła pani Tulliver. – Nie myślałam o miejscach tego rodzaju. Raczej o takim, na przykład, Akwarium, choć chciałabym, żeby każda z was obmyśliła jakieś osobiste doświadczenie.

Zebrawszy się we własnym gronie, omówiły rzecz cynicznie. Dizzy narzekała:

– Gdyby jeszcze wypuszczała nas wieczorami, każdą do innego nocnego klubu, żebyśmy rano zdawały z tego raport, miałoby to jakiś sens. A tak nie wiem, co robić... Byłyśmy już na szczycie Empire State, widziałyśmy wystawę kwiatów i Planetarium, i cyrk pcheł. Pewnie pójdę po prostu do Ritza i temu się przyjrzę. Zawsze się słyszy, że coś jest „szykowne jak w Ritzu” i chciałabym to zobaczyć.

W głowie Gwen kiełkował jakiś plan, ale postanowiła o nim nie wspominać. Pomysł wycieczki siedział głęboko w jej umyśle, być może wycieczki o określonym celu, ale nadal wyprawy, zasadniczo innej od osiadłego życia szkolnego.

„Wsiądę w autobus na Piątej Alei – myślała – i pojadę nim na sam koniec. A potem w tramwaj albo kolejkę i znów pojadę na sam koniec”.

O dziewiątej rano następnego dnia wyruszyły ku swoim osobnym celom. Dzień był ładny, a budynki rozbłyskały ku górze w błękitnym powietrzu jak szklanice jasnego piwa imbirowego. Namolna kobieta, siedząca obok niej na górnym pokładzie autobusu, próbowała zagaić rozmowę, ale Gwen zgasiła ją stalowym wzrokiem i zwróciła spojrzenie za okno. Autobus jechał Riverside Drive wzdłuż rzeki Hudson, aż wjechał w rejony monotonnych pierzei mieszkaniówki, które uosabiają prawdziwe otchłanie miasta, tajemniczo ciemne nocą, nijakie popołudniami i pełne świetlistej nadziei o świcie. Właśnie dojechali do końca linii. Gwen zapytała maszynistę, który wskazał jej paszczę metra przecznicę dalej.

– A nie ma tam kolejki nadziemnej? – dopytywała.

– Metro jedzie kawałkami nad ziemią.

Skład jadący na północ do Kingsbridge był niemalże pusty. Kingsbridge – Gwen już to widziała: wielkie domiszcza z normańskimi donżonami i gotyckimi wieżami. Gdzieś tu było pewnie jeszcze Southampton i Newport, same takie szykowne miejsca, które, jak niejasno przeczuwała, musiały przypominać odległe dzielnice jej własnego miasta.

Na Dwieście Trzydziestej wysiadła na Kingsbridge w ślad za dwoma ostatnimi pasażerami i znalazła się na pozbawionej wyrazu równinie, którą znaczyły blizny: para oderwanych od siebie „osiedli”, drogeria, stacja benzynowa i bistro. Wchodząc na pagórek, obejrzała się za siebie z niejaką dumą, że przebyła taką odległość. Faktycznie była na szarym końcu Nowego Jorku – nawet w powietrzu jak kryształ drapacze chmur na Manhattanie były maleńkie i odległe. Zastanawiała się, czy Dizzy naprawdę pływała łódką po stawie w Central Parku albo czy Clara, zresztą na sugestię samej Gwen, zapisała się do teatralnej agencji aktorskiej. Były gdzieś w tym mieście-krenelażu, a ona poza nim, osobna, jakby leciała samolotem.

Zerknęła na zegarek i spostrzegła, że długo już jechała – jeśli teraz się zabierze, zdąży akurat na lunch o pierwszej. Wróciwszy do metra, zobaczyła tylko, jak pociąg nabiera pędu, opuszczając stację. Murzyn, który zamiatał peron, powiedział, że następny będzie za godzinę.

„I tak oto przegapię popołudniowe przedstawienie – posmutniała – a to już ostatnie”.

– Mają tu jakieś taksówki? – zapytała.

– Jest postój przy drogerii, ale po zwykłemu to ich nie ma.

Miała jednak szczęście. Stała tam jedna jedyna taksówka, a obok kierowca, bardzo młody chłopak z dość niewyraźną miną. Kiedy Gwen spytała go, czy jest wolny, mina ustąpiła, jak po „Sezamie, otwórz się”, i odpowiedział z wyraźnym zapałem:

– Pewnie, że jestem wolny. Proszę zasiadać... to znaczy wsiadać.

Zatrzasnąwszy za nią drzwi, usiadł z przodu.

– Gdzie jedziemy?

Podała nazwę hotelu. Wyjął niewielką czerwoną książeczkę, całkiem nową, i zaczął ją kartkować.

– Róg Madison i Pięćdziesiątej Piątej – obwieścił.

– Sama mogłam to panu powiedzieć.

– Tak... Pewnie pani mogła. Nie znam jeszcze za dobrze miasta. Przepraszam, że taki ze mnie głupek.

Brzmiał całkiem sympatycznie.

– Nie mieszka pan w Nowym Jorku? – zapytała.

– Teraz tak, ale jestem z Vermont. Jaka to ulica, jeszcze raz...? Madison, róg...

– Madison, róg Pięćdziesiątej Piątej.

Uruchomił silnik i równie prędko go zgasił – odwrócił się, przepraszając:

– Przykro mi, będzie małe opóźnienie. To się nazywa pusty kurs.

– Coś nie tak z samochodem?

– Nie, z samochodem wszystko w porządku. W taksówkarskiej robocie mówią pusty kurs i jak się przydarzy, to trzeba zadzwonić do biura i powiedzieć, że się jedzie.

Powiedziawszy to, wysiadł i poleciał do bistra, z którego po chwili doleciały niezrozumiałe słowa, wypowiadane do telefonu. Wrócił zaraz z pytaniem:

– Pani nie jest tą podpuchą?

– Czym?

– Klientką, co to zadzwoniła i jednak pojechała metrem. Dlatego mam pusty kurs.

Ich oczy się spotkały i wejrzały w siebie nawzajem z powagą. Gwen pierwsza zrozumiała, w czym rzecz.

– Nadal nie wiem, co to jest pusty kurs – zaoponowała. – Ale jakim sposobem mogłabym zadzwonić po taksówkę, odjechać metrem i wciąż być tutaj?

– Racja – przyznał. – Widzi pani, pusty kurs...

– A, wiem... Jak ktoś się zupełnie upije.

– Nie, to „pójść w kurs” – poprawił ją. – Pusty...

– Myślę, że powinniśmy już jechać – napomknęła taktownie.

– O, racja.

Posłusznie wcisnął się z powrotem na fotel kierowcy. Kiedy jednak zapalił, musiał odwrócić się po raz kolejny:

– W sumie mogę to pani powiedzieć szczerze: pierwszy raz prowadzę taksówkę. Nie, proszę się nie bać – dodał, widząc jej przestraszoną minę – nie powiedziałem „samochód”, tylko „taksówkę”. To po prostu mój pierwszy dzień... Trzeba od czegoś zacząć.

Gwen, wciąż zmieszana, zapytała, kiedy ruszali:

– Ile masz lat?

– Siedemnaście... To znaczy osiemnaście... – zerknął na nią szybko, wymijając ciężarówkę z mlekiem. – Mam szesnaście, jeśli panienka chce wiedzieć. Mam prawo jazdy, ale firma zatrudnia tylko od osiemnastu wzwyż, więc powiedziałem, że mam osiemnaście, żeby dostać robotę.

Po kilku kilometrach dotarli do pierwszych, peryferyjnych apartamentowców, najpierw do oderwanej szóstki budynków z szarozielonej cegły, potem do dwóch żałosnych ulic zbudowanych z rozmachem, gdyby nie to, że powinny były prowadzić do jakiegoś placu i fontanny, a tymczasem wstydliwie wchodziły w jakieś gruzowisko, jakby ktoś o nich nagle zapomniał. Jadąc przez jedną z tych wiejskich dziur, zaoferował wyjaśnienie:

– Pytała mnie panienka, co to pusty kurs. No i sobie to ułożyłem. To jest, jak się zgłasza, że jedzie się gdzieś bez pasażera, albo kiedy zostało się posłanym gdzieś, gdzie może być pasażer, i trzeba poczekać i zobaczyć. Nie wiem, może mnie nabrali rano, bo jestem nowym kierowcą, i wysłali mnie taki kawał. A pierwszego dnia wolałbym nie marnować czasu...

– Tak – odparła Gwen.

Nie słuchała. Od paru minut jej oczy były utkwione w jednym punkcie, ale wcale nie w porannym marzeniu o niekończących się wędrówkach.

– Chyba rozumieją to na dwa sposoby – ciągnął młody kierowca. – Po pierwsze...

Gwen nagle schyliła się i położyła to coś na kolanach. Z początku wzięła to za derkę, ale nie wyglądało jak derka. A kiedy dostrzegła wysadzaną klejnotami broszę, przypiętą do ramienia, i poczuła nieopisaną miękkość, zrozumiała, że trzyma szynszylową narzutkę wartą kilka tysięcy dolarów.

III.

Zanuciła kilka taktów z GoodyGoody, żeby pokryć cichy szelest, z którym upuściła ją z powrotem na podłogę samochodu. Zaświtały jej dwa pomysły. Ten miły młodzieniec, nigdy nic nie wiadomo, mógł być jakimś oszustem, który zapomniał, co zostawił w samochodzie. Powiedział, że to jego pierwszy kurs. A po drugie, to mogła być podróbka.

Umościła się z powrotem w kącie taksówki, przesuwając stopami futro, żeby nie było widoczne, po czym wróciła do słuchania, co do niej mówił:

– …pewnie za dużo gadam, ale od tygodnia z nikim nie gadałem, poza jednym twardzielem, który szkoli nowych kierowców. Proszę spojrzeć, oto ja, produkt końcowy.

– Mówiłeś coś o szkole.

– Lepiej gdybym się zamknął – trochę go to zraniło, co widziała nawet stąd po posępnej linii młodego policzka. – Mówiłem tylko, że chciałbym pójść do Williams College i że miałem nauczyciela, który uważał, że się nadaję, więc zdałem trzy egzaminy ogólne. No bo, kurka flaczek, tylu chłopaków próbuje coś osiągnąć. To pomyślałem, że jak coś z tego łapię, to mogę spróbować.

– Williams – rzuciła.

– Tak, to jedna z najlepszych szkół – odwrócił głowę hardo. – Mój nauczyciel tam chodził.

– Zatrzymaj się tutaj – powiedziała nagle Gwen.

– Gdzie? Czemu?

– Tutaj. Przed kościołem.

Nacisnął z całą siłą hamulce, nie przerywając:

– Williams College to...

– Wiem, co to jest – powiedziała Gwen, zniecierpliwiona przez tajemnicę. – Znam kilka dziewczyn, których bracia tam chodzą. Ale patrz na to.

– Na co?

Potrząsnęła czymś.

– Na to!

Wysiadł i, stanąwszy przy samochodzie, przyglądał się zdumiony, podczas gdy obracała to na prawo i lewo.

– To futro – zauważył wreszcie.

– Futro? To są szynszyle. Chyba. Z początku nie wiedziałam, czy ci mówić. Myślałam, że możesz być gangsterem. Ale pomyślałam, że ci powiem, kiedy przyznałeś, że idziesz do Williamsa.

– Nie mówiłem, że idę do Williamsa. Mówiłem, że chciałbym...

– No i co z tym? Co o tym sądzisz?

– Kocia skórka to to nie jest – pochwalił.

– Chodzi mi o to, skąd się tutaj wzięło? – ciągnęła Gwen. – Myślisz, że ktoś to po prostu podrzucił?

Zamyślił się.

– Nie sprawdzałem tyłu. A taksówkę wziąłem po takim jednym Michaelsonie... Mówił, że miał pusty kurs o trzeciej z Grand Central...

– Ej, dość już o tych pustych kursach.

– Tłumaczyłem już...

– Muszę wrócić do hotelu i musimy coś z tym zrobić.

– Bez nerwów! – powiedział.

– Co?

– To znaczy nie kłóćmy się o byle co. Myślisz, że to naprawdę cenne futro? – strzepnął je w słońcu i przyjrzał mu się. – Może i tak... Ktoś musiał je zostawić w taksówce wieczorem. Teraz trzeba pojechać do głównego biura i sprawdzić, czy ktoś o nie pytał. Może jest nagroda.

Wrzucił futro do tyłu; leżało na podłodze jak smętna kupka.

– To jedźmy tam – powiedziała Gwen. – Naprawdę muszę wracać do hotelu. O tej porze pewnie siadają do lunchu i wszystkie sądzą, że zostałam zamordowana.

– Mam cię zawieźć do hotelu? Zaraz, to było... – po raz kolejny zaczął kartkować czerwoną książeczkę.

– Nie, do twojej firmy.

– Pojadę do głównego biura. Dyspozytor przy Sto Dziesiątej jest trochę przykry.

– Jak się nazywasz? – zapytała Gwen, kiedy ruszyli.

– Chyba Callahan czy jakoś tak.

– Nie wiesz, jak się nazywasz?

– Aaaa, jak ja się nazywam... Ethan Allen Kennicott. Patrz, jest tu, na mojej legitymacji, ze zdjęciem.

Przegadali całą drogę do centrum. Była w nim jakaś gorzka wesołość, jakby życie miotało nim z taką beztroską, że wolał stanąć nieco z boku i zapytać: „I co jeszcze?”. Jego rodzinie wiodło się całkiem dobrze jak na miarę niewielkiego miasteczka, ale dwa lata temu wszystko się zmieniło. Gwen odwzajemniła szczerość, mówiąc, że jej ojca nie stać już na ich dawny tryb życia, i opowiadając, jak rozczarowała ją czarna perła. Zrozumiała jednak przy okazji, że przy jego kłopotach jej zdają się błahe.

– Dziewczyny muszą czekać na przerwę – powiedział nagle – a chłopaki robią sobie własne przerwy, tak mawiał mój nauczyciel.

– Dziewczyny tak samo – odparła Gwen.

– Jasne – prychnął – spróbuj przyłapać dziewczynę, jak nie robi czegoś, co ktoś jej kazał robić...

– To nieprawda – powiedziała, lojalna wobec swojej płci. – Dziewczyny zaczynają różne rzeczy.

– Kiedy stoi za nimi jakiś mężczyzna.

– Nie, same z siebie.

– Pewnie, znajdują futro, jeśli to nazywasz „zaczęciem czegoś”.

Wycofała się z kłótni z urazą. Podjechali pod bazę przy Czterdziestej Szóstej Ulicy, zaparkował przed budynkiem i wszedł do środka. Po pięciu minutach wyszedł, obwieszczając:

– Ano jest zgłoszone. Jak myślisz, do kogo należy?

– Do kogo?

– Do pani Peddlarowej TenBroek.

– Fiu, fiu!

– I pewnie jest warte fortunę... Słyszałem, jak dyspozytor mówił, że do TenBroeków należy ziemia, na której stoi baza – zmarszczył brwi. – Michaelson też tam był.

– Jaki Michaelson?

– Ten, co wczoraj jeździł tą taksówką. W zgłoszeniu jest podane, gdzie zgubiono futro, i dlatego pomyślał sobie, że może to on wiózł klientkę, która je zgubiła. Spytał, czy go nie znalazłem, ale powiedziałem, że nie.

– Czemu mu tak powiedziałeś?

– W końcu to ty znalazłaś, nie? Poza tym to twardy facet i mógłby narobić kłopotów. Zgłosiłby się po nagrodę.

– No, on z pewnością go nie znalazł – powiedziała Gwen – ale ja nie chcę żadnej nagrody.

Kiedy jednak Ethan sprawdzał w drogerii adres pani TenBroek, uświadomiła sobie, że przyjęcie nagrody w ogóle by jej nie przeszkadzało.

– Tak czy owak, jak coś dostaniemy, to połowa jest twoja – powiedziała, kiedy wyszedł – a nuż pomoże ci się dostać do Williams College?

Dziesięć minut później czekali, olśnieni, pod drzwiami chateau przy Piątej Alei. Spomiędzy ogromnych białych kolumn wysunął się stareńki kamerdyner i wysłuchawszy historii Gwen, orzekł drżącym głosem:

– Proszę mi przekazać futro.

– Nie, chcę się zobaczyć z panią TenBroek.

– Znacznie lepiej będzie, jeśli futro zostanie mnie przekazane – wyrzęził kamerdyner; położył dłoń na narzutce, na co Ethan Kennicott sięgnął delikatnie i odczepił od niej jego palce.

– Gdzie jest pani TenBroek? – dopytywała Gwen.

– Nie ma jej w domu. Nie wolno mi podawać żadnych informacji osobom postronnym.

Gwen ruszyła głową. Było po drugiej... Za parę minut pani Tulliver z podopiecznymi będą patrzyły na kurtynę odsłaniającą pierwszy akt Oh, Mr Heaven. W jednej chwili podjęła decyzję:

– Posiedzimy w taksówce, aż wróci do domu. Ale będzie musiała zapłacić za postój.

Schodzili po stopniach, kiedy za plecami kamerdynera zrobiło się jakieś zamieszanie – sień nagle wypełniła się chłopcami, a jeden z nich wystawił głowę sponad ramienia staruszka i zawołał z wyraźnie angielskim akcentem:

– No proszę, co tam macie do sprzedania?

Odwróciła się.

– Mieszkacie tutaj?

– Na ogół. No proszę, czy to narzutka, którą zgubiła Alicia Rytina?

– Należy do pani Peddlarowej TenBroek – odparła Gwen.

– W rzeczy samej, ale pożyczyła ją Alicii Rytinie, śpiewaczce operowej. Matka miała tu wczoraj w gościach pół Metropolitan, a Alicia Rytina myślała, że ma zapalenie migdałków... To znaczy nie, że matka ma, tylko ona ma, Rytina. Zostawiła ją w taksówce.

Teraz na schodach stało za nim trzech kolejnych chłopców.

– Gdzie jest pani TenBroek? – powiedziała Gwen.

– Prawdę mówiąc, jest na statku.

– Aha.

– Ale jeszcze nie odpłynęła... Lubi być na pokładzie ze cztery godziny wcześniej i przywyknąć do kołysania. Akurat wybieramy się, żeby ją pożegnać.

– Chciałabym przekazać jej narzutkę osobiście – powiedziała Gwen.

– Znakomicie. Statek „Dacia”, nabrzeże 31 nad rzeką Północną. Może cię podwieźć?

– Dzięki, mam taksówkę.

Pozostali chłopcy – szesnasto-, siedemnastoletni może – zaczęli wykonywać na schodach zgodne taneczne kroki. Był to taniec amerykański, ale miał w sobie jakiś dziwny, głupkowaty angielski entuzjazm.

– To trzej szaleni rumbiarze z Eton – wyjaśnił młody Peddlar TenBroek.– Przywiozłem ich na wiosenne ferie.

Nie przerywając tańca, złożyli wspólnie ukłon, a Gwen się roześmiała.

– Tańczysz rumbę? – zapytał TenBroek.

– Zdarzało mi się – powiedziała z wyrozumiałością.

Trzej tancerze zdawali się odrobinę urażeni. Gwen zeszła po schodach.

– Powiedz mamie, że niedługo będziemy – powiedział TenBroek.

Kiedy Ethan Kennicott ruszył, spytała:

– Byli przystojni, ale skąd im przyszło do głowy, że to taniec nowoczesny?

Milczał całą drogę na nabrzeże. Nie powiedział nic, nawet kiedy stanęli w długim rzędzie ciężarówek z truskawkami; zastanawiała się, czy nie zazdrości tym chłopakom, którzy nie mają żadnych zmartwień.

Niebawem się dowiedziała. Kiedy zaparkował samochód i poszli w stronę wejścia na nabrzeże, nagle się zatrzymał.

– To głupota – powiedział dziwnym, spiętym głosem.

– Co takiego?

– Zwracanie tego futra. Nie powinna była go zostawiać – mówił coraz szybciej, jakby nie chciał słyszeć własnych słów. – Ma na pęczki takich futer, a to pewnie i tak ubezpieczyła. Znalezione nie kradzione. Jest tak samo nasze jak ta perła, którą twój ojciec znalazł w restauracji.

– Skąd, nie, nie jest! – krzyknęła. – Bo ojciec zapłacił za ostrygi.

– Moglibyśmy pewnie dostać za nie kilka tysięcy. Mogę się dowiedzieć, dokąd je zanieść...

Przerwała mu, oburzona:

– Ani myślę o czymś takim... Dobrze wiemy, do kogo należy.

– Nikt nie wie, że je mamy, poza tymi chłopakami, a ty nie mieszkasz w Nowym Jorku i nie wiedzą, jak się nazywasz...

– Przestań! – krzyknęła Gwen. – W życiu nie słyszałam równie paskudnych słów. Dobrze wiesz, że byś tak nie postąpił. Robimy to, jak należy... Podjedziemy na tym.

Ujęła go pod ramię i podprowadziła do pasa transmisyjnego, który wciągał walizki na nabrzeże. Klapnęła sobie, myśląc, że siądzie obok niej, ale w ostatniej chwili się wyrwał; i oto była unoszona powoli w górę, w otoczeniu toreb i kijów golfowych, a on odprowadzał ją wzrokiem, z narzutką przewieszoną przez ramię.

– Hej, co ty wyprawiasz? – zawołał do Gwen strażnik. – To na bagaże!

Ale przez jego głos przedarł się beznamiętny ton Gwen:

– Chodź tu zaraz z tym futrem!

Ethan powoli potrząsnął głową i odkrzyknął:

– To ty chodź tutaj... Chcę z tobą najpierw pogadać.

Nagle zabrzmiał za nim angielski akcent:

– W czym rzecz?

Ethan, skonfundowany, obrócił się, stając oko w oko z Peddlarem TenBroekiem i jego trzema przyjaciółmi.

– Panienka pojechała pasem transmisyjnym – odparł, rumieniąc się.

– Zaiste. Ha, też tak zrobimy.

Trzej angielscy młodzieńcy już zresztą nim jechali, śladem Gwen, ku wyraźnie słyszalnej furii strażnika.

– Lepiej chodźmy schodami – powiedział Peddlar, obrzucając Ethana dziwnym spojrzeniem; kiedy jednak dołączyli na górze do pozostałych, Gwen nie powiedziała ani słowa, tylko unikała wzrokiem Ethana Kennicotta.

Prowadzili trzej Anglicy, blokując całą szerokość nabrzeża.

Dzika krzątanina wokół trapu, śpieszący stewardzi, terkotanie żelaznych kółeczek, setki walizek, gwałtowny zapach portu – wszystko to na chwilę zatarło tamto wydarzenie w umyśle Gwen. Na statku szli przez kolejne korytarze, mijając szeregi stewardes z idealnie założonymi rękami. Poprzedzał ich wielki bukiet, bukiet opatulony jaśminem, a złożony z rzadkich odmian irysów, ostróżek, ostróżeczek, heliotropu oraz lilii „Świętego Józefa”, prosto z Nowego Orleanu. Szli jego wonnym tropem. Kiedy został przepchnięty przez drzwi, prowadzący ich steward powiedział:

– Oto salon pani TenBroek.

Blondynka, istna kobieta kwiat, tak elegancka, że spełniała nawet wyśrubowane standardy Gwen, wstała, żeby ich powitać, a jeden z angielskich chłopaków powiedział:

– Nie może się pani uwolnić od szalonych rumbiarzy..., nawet odpływając na Karaiby.

Te słowa zelektryzowały Gwen; to była wycieczka z lśniących katalogów: tropikalny księżyc, skrzące się baseny, melodie sączące się delikatnie na czarownych plażach.

Pani TenBroek nagle dostrzegła narzutkę i zakrzyknęła:

– Och, zatem znalazła się – wzięła ją i przyjrzała się jej uważnie. – Powiedzcie, gdzie była?

– Może być trochę przykurzona – powiedziała Gwen. – Zajechała aż na Dwieście Szesnastą Ulicę.

– Ale co ona tam robiła? Pożyczyłam ją madame Rytinie, tej śpiewaczce, a ona z pewnością tam nie mieszka.

– Była w samochodzie tego kierowcy – odparła Gwen. – Znaleźliśmy ją oboje.

– Cóż, zatem musicie usiąść i mi o tym opowiedzieć. Co za ulga, to taka śliczna narzutka.

I już po chwili Gwen opowiadała, co wywiało ją na Dwieście Szesnastą Ulicę. A pani TenBroek, wysłuchawszy jej, powiedziała:

– A teraz przegapiłaś przedstawienie... Wielka szkoda! – spojrzała na Gwen niepewnie, nie bardzo wiedząc, jak ma dalej postępować. – W popołudniówce wspomniałam o nagrodzie...

– Kierowca naprawdę znalazł ją wspólnie ze mną – przerwała prędko Gwen.

Obie spojrzały na Ethana Kennicotta i nagle Peddlar TenBroek powiedział:

– Wszystko ładnie, ale chciałbym wiedzieć, co wyprawiał z futrem przy wejściu na nabrzeże, kiedy mówił, że ci go nie odda.

Ethan się zaczerwienił.

– Nie powiedziałem tego.

– Powiedziałeś coś w tym rodzaju. Mamo, to ona znalazła narzutkę... On nie miał z tym nic wspólnego.

– Nigdy nie mówiłem, że miałem – powiedział Ethan.

– Ha, i co teraz? – zapytała pani TenBroek. – Kto ją w końcu znalazł?

Urwała, kiedy zadzwonił dzwonek, a drzwi się otwarły, wpuszczając nieprzyjemną bryzę z innego świata. Stanął w nich archetyp wszystkich legendarnych taksówkarzy: utytłany, szemrany i szorstki jak świńska szczecina.

– Ktoś tu zgubił futerko? – zapytał pewnym głosem.

– Steward, co tu się dzieje? – rzuciła ostro pani TenBroek.

– Twierdzi, że znalazł futro, pszepani.

– Może nie znalazł – poprawił go Michaelson. – Ale kierowałem wozem, jak się zgubiło. A potem wóz dostaje ten szmondak – wskazał Ethana – znajduje i nic mi nie mówi. Pomyślałem, że coś dziwnego, że tak przyjechał do bazy rano, no i ten stary w pani domu sprzedał mi cynk.

Pani TenBroek niecierpliwie przenosiła wzrok z jednego kierowcy na drugiego.

– Należy mi się działka od tej nagrody – powiedział Michaelson. – Jakżem odstawił już klientkę wczoraj wieczorem, pojechałem na Grand Central i żem przespał trzy godziny bez przestawiania wozu, więc tak jakbym futra pilnował.

– Ale nie wiedział pan, że tam się znajduje.

– Niezupełnie. No i ten młody przychodzi rano i odjeżdża wozem, zanim mogłem zaźrzeć do środka. A tego, jestem w firmie dziewięć lat, a on pierwszy dzień, że w ogóle wyjechał, znajduje i nic nie mówi. A ja mam żonę...

– Dość tego – przerwała pani TenBroek. – Jest całkowicie oczywistym, że narzutkę znalazła ta oto młoda dama, a żaden z was nie ma najmniejszych praw do nagrody.

– Jaka młoda dama? – odpalił Michaelson. – A, ona...

– Gdybyście sprawdzili w popołudniówce – ciągnęła pani TenBroek – to wiedzielibyście, że nie podałam żadnej sumy, więc po prostu dostaniecie po trzy dolary na głowę za fatygę.

Otwarła torebkę i zsunęła gumkę z pliku banknotów.

– Trzy dolary za szynszyle! No, niech mnie...

– Teraz to uważaj – przerwał mu Peddlar TenBroek.

– Temu tam powinienem podziękować – powiedział Michaelson. – Łajza nic mi nie powiedział.

Nagle przyskoczył do Ethana Kennicotta i wymierzył mu w szczękę lewy sierpowy, aż ten przewrócił się na niski kufer i łupnął o ścianę. A potem, warknąwszy: „Zatrzymaj sobie te drobne, paniusiu”, opuścił kajutę.

– Przebóg, nie ujdzie mu to na sucho! – krzyknął Peddlar TenBroek i rzucił się za nim.

– Zostaw go – zawyrokowała matka. – Źle znoszę takie sceny.

Ethan wstał z pomocą jednego z angielskich chłopaków; stanął, kołysząc się, wsparty o ścianę, zakrywając oczy dłonią.

Pani TenBroek, pogmerawszy w torebce, znalazła banknot.

– Temu daj dziesięć dolarów i powiedz, że już może iść.

Ethan zagapił się na banknot, po czym potrząsnął głową.

– Nieważne – powiedział.

– Wsuń mu do kieszeni – nalegała – a potem go wyprowadź.

– Ktoś powinien mu pomóc – powiedziała zdruzgotana Gwen – Jest pobity.

– Ja to zrobię – powiedział któryś Anglik i poprosił o pomoc drugiego.

Gwen, roztrzęsiona i zmieszana, poszła za nimi, ale pani TenBroek ją zatrzymała.

– Poczekaj, proszę, chwilę, aż złapię oddech. Chciałabym z tobą zamienić słowo.

– Nie powinien był go tak bić – powiedziała Gwen.

– To było straszne... Nie powinnaś nigdy wchodzić w kontakty z takimi ludźmi – tu zwróciła się do syna: – Zamów mi kieliszek sherry, Peddlar, i może herbatę dla tej młodej damy.

– Nie, dziękuję, muszę już iść – powiedziała Gwen. – Muszę zadzwonić do hotelu do naszej opiekunki.

– Możesz zadzwonić ze statku. Idź z nią odszukać telefon, Peddlar.

Gwen miała nadzieję, że jej koleżanki poszły zgodnie z planem na przedstawienie, ale z drugiej strony pani Tulliver mogła wciąż, zamartwiając się o nią, siedzieć w hotelu. Po paru minutach z zaskoczeniem usłyszała w słuchawce głos Dizzy.

– Czemu nie jesteś w teatrze? – zapytała Gwen.

– Spóźniłam się... Pani Tulliver zostawiła nam liścik z dwoma biletami i właśnie tam idę.

– Dobrze, to powiedz jej, że nic mi nie jest.

– A gdzie jesteś?

– Na statku płynącym na Karaiby – powiedziała ogólnikowo Gwen.

– Co? – zakrzyknęła Dizzy. – Znalazłaś prawdziwą perłę?

– To znaczy statek tam płynie, nie ja. Choć chciałabym, żeby już odbił i żebym przez przypadek została na pokładzie. Czemu się spóźniłaś?

– Zamknęli mnie w wolierze.

– W czym?

– Poszłam do zoo, strażnik poszedł na lunch. Zachowałam się jak idiotka, nigdy w życiu nie spojrzę na ptaka.

Kiedy Gwen wróciła do kajuty pani TenBroek, ta musiała podzielić się z nią pomysłem:

– Trudno nagrodzić kogoś takiego jak ty – powiedziała – ale coś mi przyszło do głowy. Właśnie wypływam w rejs po moją starą ciotkę, żeby sprowadzić ją z powrotem do Nowego Jorku, i zastanawiam się, czy nie chciałabyś dotrzymać mi towarzystwa? Z pewnością dałoby się to załatwić na odległość z twoją rodziną.

Gwen poczuła, jak ta cudowna perspektywa otacza ją niczym szampański koktajl, ale po chwili namysłu potrząsnęła głową.

– Sądzę, że by się nie dało – powiedziała. Po czym dodała szczerze: – Tatuś oczywiście słyszał pani nazwisko, ale nic o pani nie wie.

– Znam parę osób tu i tam, które mogłyby dać mi referencje – powiedziała pani TenBroek.

– Jestem pani bardzo wdzięczna, ale nie sądzę, żeby to było możliwe.

– Niech i tak będzie – Gwen przypadła jej do gustu i teraz była zawiedziona. – Tak czy owak, będę nalegała, żebyś przyjęła dwieście dolarów i kupiła sobie za to ładną wieczorową suknię czy co tam sobie zażyczysz.

– Dwieście dolarów – zakrzyknęła Gwen. – To dziesięć wieczorowych sukni!

– Doprawdy? Ha, wydaj to, jak uznasz za stosowne. Jesteś naprawdę pewna, że wolisz pieniądze niż rejs?

– Tak, jestem, proszę pani – odparła Gwen przez zaciśnięte wargi.

Szkoda, że mała była taką materialistką. Pani TenBroek czuła, że za tymi błękitnymi oczami leżał duch przygody, który w młodości i ją nawiedzał; była pewna, że na jej miejscu wybrałaby Karaiby.

Odliczyła cztery nowe pięćdziesiątki.

Na pokładzie uderzono w gong, zawołano „Kto niezaokrętowany – wysiadać”. A kiedy „Dacia” wślizgnęła się w port pośród łopotu chusteczek, pięcioro młodych ludzi opuszczało nabrzeże. Już na ulicy Peddlar TenBroek powiedział:

– Pomyśleliśmy, że może zjadłybyście z nami dziś wieczorem kolację? Mówiłaś, że jest was cztery, nas też jest czterech i nie mamy nic do roboty. Moglibyśmy pójść na kolację i potańczyć w Rainbow Room.

– Byłoby cudownie – powiedziała Gwen – ale nie wiem, czy nasza opiekunka, pani Tulliver...

– Porozmawiam z nią osobiście – odparł pewnym tonem.

– Dobrze – zawahała się. – Ale podwieźlibyście mnie najpierw w jedno miejsce? A raczej w dwa, bo do pierwszego muszę pojechać, żeby dowiedzieć się, gdzie jest drugie.

– Wystarczy, że powiesz szoferowi, gdzie chcesz jechać.

Pół godziny później Gwen zapukała delikatnie do cienkich drzwi i, usłyszawszy słabą odpowiedź, weszła do środka.

Był to pusty pokoik, umeblowany jedynie stołem, krzesłem i metalowym łóżkiem. W rogu stała tekturowa walizka, obok stosik książek; z kołka w ścianie zwisał garnitur i kapelusz. Ethan Kennicott z sinym i opuchniętym policzkiem siedział przy stole, gapiąc się na wprost, choć przez na wpół przymknięte oczy. Kiedy ją zobaczył, jego głowa aż podskoczyła, po czym szybkim ruchem skoczył na równe nogi.

– Czego chcesz? – rzucił ostro.

– Wpadłam tylko na chwilę. Mój ojciec mawia, że nikt nie powinien kłaść się do łóżka zły, bez względu na to, co się wydarzyło.

– Powiedz to jednemu z tych gogusiów – odparł gorzko. – Oni mogą spędzać całe życie na byciu miłym. A ja, tak się złożyło, straciłem pracę.

– Oj, bardzo mi przykro.

– A czego się spodziewałaś? Jasne, pewnie sam na to zasłużyłem.

– W sumie myślę, że to moja wina.

Zaprzeczył, potrząsając głową.

– To moja wina... Ale już mi wszystko jedno. Wszystko mi jedno, czy pójdę do jakichś szkół... W ogóle wszystko mi jedno.

– Tak nie można – powiedziała poruszona. – Musisz zdobyć jakieś wykształcenie.

– Już to widzę – spróbował niezgrabnego uśmieszku. – Mówię ci, że nie chcę. Nie nadaję się, ale kiedy się chodzi głodnym przez trzy miesiące... a jest się zbyt dumnym, żeby pójść do garkuchni dla biednych, i kiedy widzi się taką szansę... Myślisz sobie, że jestem złodziejem, co? Ha, powiem ci, że w życiu czegoś takiego nie zrobiłem. Ani razu nawet o tym nie pomyślałem, zupełnie jak ty.

– Ja pomyślałam – skłamała.

– Akurat.

– Akurat... moja rodzina nie ma zbyt dużo pieniędzy i pomyślałam, że gdybyśmy sprzedali futro, mogłabym pojechać na wakacje czy coś.

Spojrzał na nią z niedowierzaniem.

– Naprawdę?

– Nie rozważałam tego długo – powiedziała prędko – ale owszem – tu przyszło jej z pomocą wspomnienie perły, która perłą nie była. – I jeszcze pomyślałam sobie, że znalezione nie kradzione, a kto gubi i odbiera, ten się w piekle poniewiera.

– Ale długo o tym nie myślałaś.

– Ty też nie.

W miarę jak stopniowo zwracała mu jego poczucie godności, zmieniała się cała jego postawa.

– Może i bym tego nie zrobił – odparł w zamyśleniu, ale z kolejną falą goryczy wzruszył ramionami. – Teraz i tak na to za późno, już po pracy. I nie wiem, kiedy dostanę kolejną.

Podeszła do stołu z czterema pięćdziesięciodolarówkami zaciśniętymi ciasno w dłoni, tak że przypominały zwartą bryłkę.

– To powinno pomóc – powiedziała i prędko rzuciła zwitek na blat.

A potem, zanim się ruszył albo cokolwiek powiedział, wybiegła z pokoju jak dziecko, trzasnęła drzwiami i zbiegła po schodach prosto do czekającego na nią samochodu.

W Rainbow Room było cudownie. Podłoga wirowała w chmurach, a Gwen zachłannym wzrokiem patrzyła, jak dwie orkiestry rozbijały spektrum barw na osobne kolory. Archaiczny charakter tańca Anglików ustąpił pod wpływem eksperckich wskazówek i jeśli dziewczyny dotąd uważały, że wycieczce czegoś brakuje, ten wieczór zadośćuczynił im w pełni. Wspaniale było wołać do Dizzy „Uwaga, ptaszek!” i udawać, że zamawia się jej siemię dla kanarka; wspaniale było wiedzieć, że Peddlar TenBroek jest na każde skinienie Gwen i że przez całą wiosnę będzie dostawała listy z Anglii. Wszystko to było wspaniałe...

– O czym myślisz? – zapytał ją Peddlar.

– O czym? – wróciła do rzeczywistości. – Cóż, skoro chcesz wiedzieć, myślałam o tym młodym taksówkarzu. Naprawdę chciał pójść do Williams College. A teraz nie ma pracy i po prostu myślałam, że siedzi pewnie w swoim pokoju i mu smutno.

– Zaprośmy go – odparł zaraz Peddlar. – Powiemy mu, żeby do nas wpadł. Mówiłaś, że to dobry chłopak.

Gwen rozważyła to.

– Nie, to nie najlepsze rozwiązanie – postanowiła z mądrością wyprzedzającą jej wiek. – Na pewno sporo przeżył i to by mu nie pomogło. Dajmy temu spokój.

Była szczęśliwa. I odrobinę starsza. Jak wszystkie dorastające dzieci jej pokolenia przyjmowała życie jako coś w rodzaju przypadku, loterii, w której trzeba wziąć to, co się trafi, i w której nie ma nic pewnego. Perła, którą znalazł jej ojciec, może i nie była perłą, ale przecież cała radość tej nocy wzięła się stąd, że natknęła się na skórki trzech tuzinów południowo-amerykańskich gryzoni.

Kilka miesięcy później, kiedy Gwen nie potrafiłaby już podać tytułów piosenek granych przez orkiestrę, wciąż pamiętała inną perłę – tę, którą nanizała na swój osobisty różaniec – choć oczywiście wcale o niej w ten sposób nie myślała, czując raczej wstydliwy triumf, że dała pierwszeństwo czemuś przed własnym życiem. Nie powiedziała o tym Dizzy. W ogóle nikomu nie powiedziała. Że dziewczyny niby niczego nie robią same z siebie? Perła i futro były przypadkami – ale nie było przypadkiem, że poświęciła dla niego wyprawę na wyspy szczęśliwe, że poświęciła ją z litości, która była ukryta w niej tak głęboko, że nie mogła o niej powiedzieć nawet Dizzy – że nie mogła powiedzieć nigdy nikomu.
 

Data publikacji:

okładka
Dowiedz się więcej

Prenumerata
Każdy numer ciekawszy od poprzedniego

Zamów już teraz!

okładka
Dowiedz się więcej

Prenumerata
Każdy numer ciekawszy od poprzedniego

Zamów już teraz!