pixel Page 18FCEBD2B-4FEB-41E0-A69A-B0D02E5410AERectangle 52 Przejdź do treści

Szanowni Państwo!

Chcielibyśmy – na tyle ile to możliwe – umilić Państwu ten trudny czas, dlatego w dniach 20 marca - 13 kwietnia udostępniamy wersję cyfrową wiosennego numeru bezpłatnie. Zapraszamy do czytania i słuchania audio z bieżącego numeru! Przeczytaj wiosenny numer

W związku z zamknięciem wielu punktów sprzedaży prasy, zapraszamy do kupienia papierowej wersji numeru wiosennego w cenie okładkowej, bez dodatkowych kosztów przesyłki. Kup wiosenny numer

Przekrój
Najnowszy film Xaviera Dolana „Matthias i Maxime” recenzuje
2020-03-22 00:00:00
film

Te nasze (małe) życia

Te nasze (małe) życia
„Mattias i Maxime”
reż. Xavier Dolan
„Mattias i Maxime”
Kanada, 2019
Czyta się 4 minuty

W kinie Xaviera Dolana zawsze pociągały mnie perfekcja, charakterystyczna gładkość w przechodzeniu między scenami, teledyskowy styl i to, że te filmy są jak scena z Mamy, gdy Steve jedzie na deskorolce przy Colorblind Counting Crows; taka scena, że trudno powiedzieć, czy powstała do muzyki, czy muzyka do niej, tak bardzo to płynie i jedzie do przodu, że można sobie wyobrazić, jak Dolan siedzi w studio montażowym i dopracowuje każdą nanosekundę, tak jak na planie dopracowuje detale strojów i scenografii, a wcześniej scenariusz i muzykę do niego albo na odwrót. Bo kiedyś słyszałam, jak Dolan mówił, że to do muzyki pisze sceny.

Matthias i Maxime to wiele świetnie zarysowanych postaci i wiele wątków, które razem opowiadają historię, zupełnie jakby akcja nie rozgrywała się na przestrzeni kilkunastu dni, tylko 30 lat. Jesteśmy we współczesnej Kanadzie, pewnie w Quebecu, gdzie młodzi ludzie wolą mówić po angielsku niż francusku (a im młodsi, tym więcej fuckin’ w tych ich wypowiedziach). To jest film o pokoleniach, o różnicach między nimi, o przechodzeniu z jednego w drugie, o wdrażaniu się w dorosłość. Zaczyna się sceną na siłowni, a potem weekendem w domu nad jeziorem, gdzie bohaterowie – gang 30-letnich przyjaciół, którzy znaleźli się w „nieoficjalnym” świecie, poza rolami społecznymi, spoceni, w dresach i wyluzowani, młodzi, radośni – chcą żyć i chcą się bawić. W mieście jest inaczej: Matt (Gabriel D'Almeida Freitas) pochodzi z dobrego domu, ma żonę, eleganckie garnitury i pnie się po szczeblach prawniczej kariery; Rivette to jakaś arystokracja, fortepian i klasyczne golfy; Frank studiuje na Harvardzie; są jeszcze Brass i Shariff, no i Max (Dolan), który ani nie studiuje, ani się nie pnie, ani nie ma samochodu, pracuje za barem, ma ubrania jak z ciuchów w koszach, opiekuje się ubezwłasnowolnioną z powodu nałogów matką (jak to u Dolana pojawia się motyw matki; i jak to u Dolana gra ją Anne Dorval) i planuje wyjechać. Max przypomina trochę Jude’a z Małego życia Hanyi Yanagihary, taki chłopak, co to dźwiga na barkach całe to swoje małe życie, biedny wobec bogatych przyjaciół, którzy go wspierają i pomagają mu. I nawet, jak tamten, ma skazę.

Ale to nie jest film o przyjaźni. Matthias i Maxime to film o miłości. Ta miłość przewija się tu mimochodem, delikatnie. Jak inne uczucia tak i ją poznajemy dzięki na pozór prostym gestom i symbolom, które tak wiele znaczą w tak naturalny sposób, w których odzwierciedlają się przelotne myśli, dzięki dialogom, które są naturalne, banalnie proste, ale niebanalne, lekkie, nie tracąc jednocześnie swej siły, tak poznajemy tę miłość i tak poznajemy ich życia, a życie bywa przecież niewygodnym zakłopotaniem i rozrywającym żalem. Bywa, że się nie wie, czy chce się wrócić, czy uciec, że się czasem biegnie do utraty tchu, a czasem wyrzyguje siebie z siebie w barowym kiblu, i bywa, że brak słów, a emocje walczą z pozorami. Ten film został zbudowany– i to chyba jest najważniejsze – na ogromnych pokładach wrażliwości.

Gdy zaczęłam oglądać Matthiasa i Maxime, pomyślałam sobie, że dzieje się coś dziwnego, jakiś chaos, wątki się mieszają, brak płynności, co chodzi? I im dalej w to szłam, tym bardziej rozumiałam, że Xavier Dolan nad tym wszystkim panuje od początku do końca. Zrobił film, który nie przechodzi łagodnie ze sceny w scenę, film trochę poszarpany, z wieloma wątkami i postaciami zagranymi świetnie w bezpośredni sposób, film niesamowicie naturalny, trochę jakby taki przypadkowo dziejący się, spontaniczny, kamera z ręki i tak dalej. Jest to jednak film perfekcyjnie dopracowany, tu wszystko ma sens i niczego nie jest ani za dużo, ani za mało, nawet muzyki, choć ścieżka dźwiękowa jest najskromniejsza w całym dorobku Dolana, również przez swoje mniejsze znaczenie wobec scenariusza. On po prostu dał niewielki krok w tył, by zrobić ogromny krok w przód. Wszystko to, co montował przez te 10 lat, teraz rozmontował i z tego stworzył najlepszy film w swoim życiu. W jednym z wywiadów powiedział, że ta ostatnia dekada od debiutu filmem Zabiłem moją matkę była dla niego „dekadą edukacji”. Xavier Dolan to artysta, który dojrzał, a że ma dopiero 30 lat, to ja nie wiem, co on może jeszcze zrobić za 2, 5, 10 lat, ale wiem, że nie mogę się już tego doczekać.

Data publikacji:

okładka
Dowiedz się więcej

Prenumerata
Każdy numer ciekawszy od poprzedniego

Zamów już teraz!

okładka
Dowiedz się więcej

Prenumerata
Każdy numer ciekawszy od poprzedniego

Zamów już teraz!