Page 18FCEBD2B-4FEB-41E0-A69A-B0D02E5410AERectangle 52 Przejdź do treści

Szanowni Państwo!

Wiele osób spośród naszych Czytelników i Czytelniczek wybiera tradycyjną drukowaną wersję kwartalnika, ale są także tacy, którzy coraz częściej korzystają z nośników elektronicznych. Dlatego wprowadzamy cyfrową wersję „Przekroju”. Zapraszamy do wykupienia prenumeraty, w której ramach proponujemy nieograniczony dostęp do aktualnych i archiwalnych wydań kwartalnika.

Ci z Państwa, którzy nie zdecydują się na prenumeratę, będą mieli do dyspozycji bezpłatnie 7 „Przekrojowych” tekstów oraz wszystkie rysunki Marka Raczkowskiego, krzyżówki, recenzje, ilustracje i archiwalne numery z lat 1945–2000. Zapraszamy do lektury!

wykup prenumeratę cyfrową
Jakub Popielecki

Średniak klasy średniej

Średniak klasy średniej
„Pomniejszenie”
reż. Alexander Payne
„Pomniejszenie”
Stany Zjednoczone, 2017

Alexander Payne to specjalista od skromnych dramatów, w których jakiś (grany zazwyczaj przez znanego amerykańskiego aktora) mężczyzna w (co najmniej) średnim wieku wyrusza w podróż i – wbrew regułom kina drogi – na jej końcu jest mniej więcej taki sam, jak na początku: zgorzkniały, samotny, przegrany (niepotrzebne skreślić), no, może ciut bardziej samoświadomy. Trochę upraszczam, ale nie aż tak bardzo. A upraszczam, bo Pomniejszenie, z otoczką utopii science fiction, z komputerowymi efektami specjalnymi i futurystyczną scenografią, na pierwszy rzut oka zapowiada się na reżyserską woltę w karierze twórcy. Na zerwanie ze schematem znanym choćby ze Spadkobierców czy Schmidta. A jednak w centrum tego wielkiego spektaklu wciąż pozostaje mały człowieczek – tym razem o twarzy Matta Damona – wciąż zgorzkniały i przegrany. Zmienił się sztafaż; sedno pozostało to samo. Ale coś w owym procesie przeskalowania się zagubiło.

Sam pomysł jest jeszcze całkiem zabawny: lekarstwem na problemy współczesnego świata – przeludnienie, kryzys finansowy, rozmaite deficyty – okazuje się wynalazek skandynawskich naukowców, którzy wymyślili, jak zmniejszyć człowieka. Idea jest taka: kiedy malejesz, wraz z tobą maleją nie tylko twoje potrzeby, ale i problemy, i na przykład skromne oszczędności stają się nagle małą fortuną pozwalającą na zakup willi w luksusowym lilipucim kurorcie. W taką właśnie nietypową sytuację Payne wrzuca swojego typowego bohatera: zmagającego się z długami Paula Safranka, średniaka z klasy średniej, który wraz z żoną Audrey (Kristen Wiig) postanawia się zmniejszyć w nadziei, że z miniaturowego punktu widzenia wszystko będzie wyglądało lepiej.

Payne wprowadza nas w ten świat bardzo ostrożnie. Zanim przejdziemy do tytułowego pomniejszania, spędzamy sporo czasu w pospolitym rozmiarze, przygotowując się do miniaturyzacji razem z Safrankami – zupełnie jakbyśmy oglądali „zwykły” film reżysera. Zdrowy rozsądek i zasady dramaturgii podpowiadają, że to dobra reżyserska taktyka, bo Payne musi: a) zapoznać widza z bohaterami i b) wzbudzić nasz apetyt na nadchodzące atrakcje. Niestety: jedno skręca tu kark drugiemu. Poznawanie bohaterów dłuży się bowiem niemiłosiernie – tym bardziej niemiłosiernie, że wiemy, iż za rogiem czai się potencjalnie dużo ciekawszy zmniejszony świat. Nie bardzo jest też kogo poznawać. Damon ma być bowiem przeciętniakiem przeciętniaków, uczesanym, wyprasowanym i wypranym z właściwości. I cóż, jest – tak bardzo, że aż nie chce się oglądać, co też Payne dla niego zgotował.

A zgotował rodzaj powiastki filozoficznej. Oto dlaczego pan Safranek jest taką tabula rasa: twórca upozował go na papierek lakmusowy, który dopiero w starciu ze złożonością świata wykryje, co jest tegoż świata kwasem, a co zasadą. Kurort liliputów okaże się zatem miniaturą społeczeństwa, modelem, który w skali mikro uwydatni wszelkie grzeszki skali makro. Białocentryczna, mieszczańska, pierwszoświatowa miniwygoda okaże się ufundowana na zwykłej ignorancji. Spod jej płaszczyka wychyną zaś – standardowo – kapitalistyczne demony, wyzysk taniej siły roboczej, walka klas i tak dalej.

Payne miesza satyrę z moralitetem, ton dystansującej kpiny z opowieścią o osobistym przebudzeniu, i raz za razem sam wchodzi sobie w drogę. Tak, realia małego świata są zabawne, ale to żart, który zużywa się po 10 minutach skeczy opartych na tym, że coś jest duże, a coś nie. Co gorsza, w takim otoczeniu wszelkie „dramatyczne” próby, jakie podejmuje reżyser, wypadają płasko, niewiarygodnie, tanio. Trudno przecież przejąć się historią przyjaźni Safranka z wietnamską aktywistką (Hong Chau), kiedy Payne równolegle robi sobie żarty, uprawia krytykę polityczną i jeszcze bawi się w futurologa. Koniec końców wszystko przypomina tu więc bohatera: bez pazura, nijakie, ble. Ni to zabawne, ni wzruszające, ni drapieżne.

Ironia losu: zgubny paradoks Pomniejszenia jest paradoksem skali. Reżyser opowiada o potrzebie mentalnego pomniejszenia, argumentuje za cieszeniem się drobnostkami i proponuje, byśmy naprawiali świat po kawałeczku, zaczynając od siebie. Chwali wielkość tkwiącą w małości. Tyle że zanim dotrze do swojej skromnej puenty, porusza niebo i ziemię, rozdrabniając się w próbie opowiedzenia o wszystkim, prześlizgując się po kolejnych tematach, rozcieńczając sprawę. Za dużo treści, za mało miejsca. 

Data publikacji:

okładka
Dowiedz się więcej

Prenumerata
Każdy numer ciekawszy od poprzedniego

Zamów już teraz!

okładka
Dowiedz się więcej

Prenumerata
Każdy numer ciekawszy od poprzedniego

Zamów już teraz!