Page 18FCEBD2B-4FEB-41E0-A69A-B0D02E5410AERectangle 52 Przejdź do treści

Szanowni Państwo!

Wiele osób spośród naszych Czytelników i Czytelniczek wybiera tradycyjną drukowaną wersję kwartalnika, ale są także tacy, którzy coraz częściej korzystają z nośników elektronicznych. Dlatego wprowadzamy cyfrową wersję „Przekroju”. Zapraszamy do wykupienia prenumeraty, w której ramach proponujemy nieograniczony dostęp do aktualnych i archiwalnych wydań kwartalnika.

Ci z Państwa, którzy nie zdecydują się na prenumeratę, będą mieli do dyspozycji bezpłatnie 3 „Przekrojowe” teksty oraz wszystkie rysunki Marka Raczkowskiego, krzyżówki, recenzje, ilustracje i archiwalne numery z lat 1945–2000. Zapraszamy do lektury!

wykup prenumeratę cyfrową
Przekrój
Gombrowicz nie żartował, że nie chodzi do teatru. Otóż gdyby chodził, pisałby inne dramaty, bardziej ...
2018-10-15 14:00:00
Destroix
Radziecka szkoła
„Ślub”
tekst Witold Gombrowicz, reżyseria Eimuntas Nekrošius
„Ślub”
Teatr Narodowy w Warszawie

Od razu zaznaczę, że tytuł jest nieszyderczy. Na studiach (filmoznawstwo) miałem powiedziane, że radzieckie znaczy fajne, lub przynajmniej ważne, por. radziecka szkoła montażu, i z Sowietami mam przyjazne skojarzenia przynajmniej w dziedzinie sztuki. Rosyjska sztuka to jak włoska kuchnia lub niemiecka chemia – dobre.

Eimuntas Nekrošius, Litwin, jest po radzieckiej szkole teatralnej (GITIS), i to moim zdaniem widać. Jeśli inne jego spektakle są jak Ślub w Warszawie (Teatr Narodowy) to znaczy, że są ZROBIONE. Dawno nie widziałem takiego stopnia zrobienia. Każda scena ma swoje choreo, swoje oświetlenie, swój podkład muzyczny i sposób podania, który próbuje uprzystępnić ten mało przystępny tekst. Nie będę udawał, że wszystko do mnie dotarło, ale wiem, że przecież mogło.

Gombrowicz nie żartował, że nie chodzi do teatru. Otóż gdyby chodził, pisałby inne dramaty, bardziej do ludzi, bardziej do widowni. Ślub jest klasycznym tekstem niescenicznym i właśnie na scenie najtrudniej go zrobić. Łatwiej ze Ślubu wycisnąć doktorat niż zwyczajne przedstawienie. Jest prawie tak mądry, jakby go pisała Agnieszka Jakimiak, i co trzeba się napocić, żeby ci nie wyszła z tego jej flagowa reżyserka. U Nekrošiusa tyle się dzieje na scenie, że można odpocząć od ciężkiego scenariusza.

Nekrošius na Litwie to jak w Polsce Lupa – bardzo gruba fisza. Reżyser znany, zapraszany, a poza tym dobry. Drewniaka się spytajcie, on Wam więcej powie, bo choć nie zrobił doktoratu o teatrze Litwy, to przynajmniej robił. Albo nie, lepiej Joanny Ostrowskiej, ale nie tej znanej (Przemilczane), tylko tej drugiej.

Widziałem Ślub w Opolu i w Lesznie, i wiecie co – średnio. Najczęściej aktor w głównej roli bardzo się sobą podniecał, że gra główną rolę, jakby grał Hamleta, bo faktycznie ten dramat jest wersją Szekspira, sztuką o kryzysie wieku młodzieńczego, o daddy issues i nieakceptacji, że rodzice też to robią. Spektakl wypowiada się na temat miasta, w którym jest produkowany: Danuta Stenka staje i góruje na parze słoików.

Mateusz Rusin, Henryk Nekrošiusa, tego właśnie nie robi: „wielkiego teatru”. Robi mały, porządny, zdyscyplinowany. Dzięki czemu nie wpada w centralną pułapkę na grających Gombrowicza: pułapkę groteski. „Sztuka nieustannie jest zagrożona elementem tandety, śmieszności, idiotyzmu” (autokomentarz autora). Gombrowicz na groteskowo to jak sól na słono, jak drewno do lasu. By dać szansę tej grotesce, należy jej nie grać, wtedy sama się ujawni, ale tylko wtedy.

Rusin ma niełatwo, bo gra ze Stenką i Radziwiłowiczem (który był Henrykiem w przedstawieniu Jarockiego). A jeszcze ma doklejonego, czasem dosłownie, kolegę. Ja bym się zestresował, ale on ma talent. Ma poza wszystkim tyle zadań do zrobienia, że może nie ma kiedy zbytnio się napinać. Cztery godziny wielu zadań. Uprawia na scenie coś lepszego niż realistyczne granie, niż tak zwana psychologia: uprawia granie formalne. Nie wiem, co to znaczy, ale właśnie tak jest.

Największy komplement, jaki w życiu usłyszałem jako facet gotujący, dotyczył krewetek. Koleżanka ich nie jada, ale moje zjadła i skomentowała, że jej wcale nie obrzydza… Ja tak mam z krzesłami. Gdy na scenie widzę krzesła, znak „teatru ubogiego”, i mnie nie obrzydza, znaczy, że matriks się zaciął. Cztery godziny, a ja nie umarłem.

Nie jest to teatr rozrywkowy, ale wiecie, artystyczny.

Data publikacji:

okładka
Dowiedz się więcej

Prenumerata
Każdy numer ciekawszy od poprzedniego

Zamów już teraz!

okładka
Dowiedz się więcej

Prenumerata
Każdy numer ciekawszy od poprzedniego

Zamów już teraz!