pixel Page 18FCEBD2B-4FEB-41E0-A69A-B0D02E5410AERectangle 52 Przejdź do treści

Szanowni Państwo!

Wiele osób spośród naszych Czytelników i Czytelniczek wybiera tradycyjną drukowaną wersję kwartalnika, ale są także tacy, którzy coraz częściej korzystają z nośników elektronicznych. Dlatego wprowadzamy cyfrową wersję „Przekroju”. Zapraszamy do wykupienia prenumeraty, w której ramach proponujemy nieograniczony dostęp do aktualnych i archiwalnych wydań kwartalnika.

Ci z Państwa, którzy nie zdecydują się na prenumeratę, będą mieli do dyspozycji bezpłatnie 3 „Przekrojowe” teksty oraz wszystkie rysunki Marka Raczkowskiego, krzyżówki, recenzje, ilustracje i archiwalne numery z lat 1945–2000. Zapraszamy do lektury!

wykup prenumeratę cyfrową
Przekrój
Jedzie rewizor! To znaczy kurator, pani z kuratorium. Sąd na małą skalę, ale ostateczny. I co robią ...
2019-10-13 23:59:00
Destroix

O potrzebie bicia ludzi

O potrzebie bicia ludzi
„Kowboje”
tekst Michał Buszewicz; reżyseria Anna Smolar
„Kowboje”
Teatr im. Osterwy w Lublinie
Czyta się 6 minut

Odkąd wiem już wszystko o polskim teatrze i wszystko widziałem, nawet spektakle jeszcze niezrobione, bo się je robi według starego przepisu na flaki wołowe – czekam już wyłącznie śmierci albo żeby jednak coś mnie zaskoczyło. Nie wiem, jakim cudem, ale żeby jednak. Żeby coś udowodniło, że da się inaczej i że jest coś jeszcze w życiu.

Prawda jest taka, że wszystko się da, ale za granicą. Najlepsze spektakle zeszłego sezonu były semi-cudzoziemskie: Cząstki kobiety reżysera Węgra, Borys Godunow reżysera Niemca (ale ja lubię!), Prawie równo artystki Islandki, Najmrodzki ze Śląska, Śmierć komiwojażera z miasta portowego Gdańska. Teraz dołączam lubelski spektakl Kowboje, który też mi skądinąd pasuje do tezy. Anna Smolar, polska artystka wykształcona za granicą, reżyserka postfrancuska.

Witold Mrozek to pochwalił w posezonowej ankiecie „Teatru”, więc pomyślałem, że pewnie ramota o wydźwięku politycznym. I tu pierwsze zaskoczenie: on chwali, a dobre. Program obowiązkowy w jeździe figurowej jest (tematyka społeczna krytycznie podjęta, opresja systemu, mówienie, jak jest), ale jak to jest zrobione! Spektakl słuszny, ALE dobry.

Ma strukturę Rewizora, że „jedzie rewizor!”, to znaczy kurator, pani z kuratorium. Sąd na małą skalę, ale ostateczny. I co robią wszyscy, którym grozi przyjazd pani? Mówią prawdę, nim przyjedzie, spowiadają się przy widzach. Duchowa wersja sprzątania na chacie, zanim goście przyjdą. Spektakl jest złożony z serii monologów mówionych przodem do widza, ale nie popada w wykład i nie staje się kazaniem. Jest raczej zwierzeniem – lecz postaci, nie aktora. Tu aktorzy nie udają, że mówią „od siebie”. Aktor nigdy, nigdy, nigdy nie jest na scenie prywatnie, nawet Krzysztof Zarzecki, nawet w tych spektaklach, w których niby tak.

Anna Smolar nigdy nie schodzi poniżej pewnego poziomu. Również jej spektakle, które tak sobie mi siadły (Aktorzy żydowscy, Kopciuszek), były przyzwoite, przyzwoicie wykonane. A te thebestowe: Dybuk z Bydgoszczy, Kowboje z Lublina – także przyzwoicie, bez popisywania. Tej artystce nie odbija. Umie się zatrzymać jak dobra kucharka przy soleniu zupy. Nie wdaje się w wyścig po mistrzostwo świata, tylko robi dobre dzieła, dużo lepsze od „arcydzieł”.

Smolar robi maksymalnie dwa spektakle rocznie, więc to bardzo widać, że ma czas pomyśleć i czas popracować. Przy Kowbojach ewidentnie było pracowane. Jest w swoich tematach, czyli młodzieżowych, szkolnych. Smolar na swoim. Piotr Ratajczak też to lubi i tym gorzej dla nich, dla młodzieży szkolnej. Pojechałem do Torunia na Tango Mrożka w jego reżyserii. I co mam powiedzieć? Sami sobie nie zobaczcie.

A wracając do Kowbojów, bo tak się to deklinuje. Kogo, prócz wszystkich, wyróżniam? Edytę Ostojak i Przemysława Gąsiorowicza. Pani Edyta jest boską aktorką, którą followuję od czasów Sosnowca, w pierwszym numerze nowego „Przekroju” napisałem o niej, że jest „boska, boska, boska”, i nie muszę zmieniać zdania. Pan Przemysław – nie wiem, jakim jest aktorem, pierwsze bowiem widzę, ale świetnie zagrał, więc pewnie jest świetny. Ma długi monolog do swojej scenicznej córki, która – jak to w monologu – nic nie odpowiada. Sala w Bydgoszczy wyła ze śmiechu, sikała po nogach, spadała z foteli, im mniej cisnął na „zabawne”. Edyta Ostojak miała dużo partii nie mówionych, lecz siedzianych. Jej zadaniem było słuchać, co mówi ktoś inny. Dla wielu aktorów tak wygląda piekło, że ktoś inny gada, a ty tylko grzejesz stołek, nic nie masz „do grania”. Ona jakoś miała pomimo siedzenia i nicniemówienia! Można słuchać innych głupio albo słuchać mądrze, mądrze lub bezmyślnie, czynnie albo robiąc łachę. Ona zagrała, że drugim uchem wypuszcza. Chciałbym również odnotować Macieja Grubicha, który nazwisko ma nie po warunkach. Aktor typu amant, ze wzrostem i zdolnościami, a ma jeszcze gorzej od swej koleżanki, bo tych długich monologów słucha z pozycji podłogi, z czapką bejsbolówką zsuniętą na oczy.

À propos Bydgoszcz. Kowboje wygrali Festiwal Prapremier i owszem, nagradzałbym. Prapremiery pokazują oraz fetują, zgodnie ze swą nazwą, pierwsze wystawienia tekstów dramatycznych. Chyba dlatego nagrodę otrzymali wszyscy, bo wszyscy pisali dzieło, nie tylko dramaturg – również reżyserka i improwizacja.

Kowboje są bardzo śmieszni i trudno, trzeba zapytać: z czego się śmiejecie? Co jest takie śmieszne? Nie czułem sarkazmu ani wszechironii w portretach nauczycieli. Może jest jak u Gogola? Może wiecie z kogo? Z siebie. Może postaci dramatu mają dramaty tak uniwersalne, że każdemu bliskie? I może dlatego bawi, że widzisz siebie od zewnątrz, ale nie wyszydzonego, nie w karykaturze, tylko takiego, jak jesteś? Gdy się widzisz na ekranie, bo cię po prostu nagrali, a nie jesteś aktor, to zawsze się trochę chichrasz, a trochę żenujesz.

Spektakl jest obyczajowy, pełen mikroobserwacji szkolnego mikroklimatu, zwłaszcza z rezerwatu „pokój nauczycielski”. Widzimy bardzo metaforyczną, ale też bardzo realną walkę o siedzenie, która już w ogóle przypomina National Geographic. Bo może w życiu nie chodzi o więcej niż w programie przyrodniczym?

Kowboje to alternatywna wersja mojego własnego losu. Sam jestem nauczycielem, ale tylko jedną nóżką. Ja nie jestem z „powołania”, tylko z „co mi szkodzi?”. Empatyzuję z postaciami przedstawienia, które poza smugą cienia cierpią też na wypalenie w sensie zawodowym, dwa kryzysy w jednym! Co do mnie, to się nie czuję ani wypalony, ani zapalony. Ani wypalony, ani podjarany. Czy tak właśnie mówią wszyscy wypaleni?

Nieważne, jaka jest sprawa, ale zawsze ktoś jest winny. Wymyśl jakąś sprawę, a winny się znajdzie. Kto jest zawsze winny? Kiedyś pewna urzędniczka, zapytując mnie o zdanie w sprawie teatralnej, powiedziała szczerze, że na swoim nie polega, bo przecież „urzędnik nigdy nie ma racji”. W widzianej od zewnątrz szkole zły jest zawsze nauczyciel. Jeśli ostry, to sadysta, jeśli łagodny, to pipa. Z krytykami jest to samo, nigdy się nie znamy, zawsze coś tam „rozgrywamy”, robimy dobrze kolegom, a wrogom niedobrze.

Moim ideałem ciała pedagogicznego, ciałem idealnym, jest Pai Mei z Kill Billa. Zamiast „bawiąc, uczyć” – uczy, ale bijąc. Jest w Kowbojach taka postać, która bije słownie, jakby kijem uderzała. Nauczycielica (Jolanta Rychłowska) mówiąca do uczennicy (Justyna Janowska): „I umrą twoi rodzice, a przy ich łożu śmierci, kiedy przyjdziesz do nich, a oni będą nieprzytomni, / Nagle, nie wiadomo skąd, / Dowiesz się, jak wygląda parabola / I będziesz krzyczeć do głuchnących uszu twoich rodziców, / Ale oni cię już nie usłyszą / I zostaniesz z wiedzą o paraboli jak z wielkim wyrzutem sumienia, / A na własnym łożu śmierci ujrzysz moją twarz / I moją prawicę wstawiającą ci jedynkę długopisem”.

Krótko mówiąc, super.

 

Data publikacji:

okładka
Dowiedz się więcej

Prenumerata
Każdy numer ciekawszy od poprzedniego

Zamów już teraz!

okładka
Dowiedz się więcej

Prenumerata
Każdy numer ciekawszy od poprzedniego

Zamów już teraz!