pixel Page 18FCEBD2B-4FEB-41E0-A69A-B0D02E5410AERectangle 52 Przejdź do treści

Szanowni Państwo!

Wiele osób spośród naszych Czytelników i Czytelniczek wybiera tradycyjną drukowaną wersję kwartalnika, ale są także tacy, którzy coraz częściej korzystają z nośników elektronicznych. Dlatego wprowadzamy cyfrową wersję „Przekroju”. Zapraszamy do wykupienia prenumeraty, w której ramach proponujemy nieograniczony dostęp do aktualnych i archiwalnych wydań kwartalnika.

Ci z Państwa, którzy nie zdecydują się na prenumeratę, będą mieli do dyspozycji bezpłatnie 3 „Przekrojowe” teksty oraz wszystkie rysunki Marka Raczkowskiego, krzyżówki, recenzje, ilustracje i archiwalne numery z lat 1945–2000. Zapraszamy do lektury!

wykup prenumeratę cyfrową
Przekrój
Jak się robi spektakl Lupy? Tak jak ostatnio: długo, powoli, nago, nielogicznie, czyli onirycznie, ...
2019-11-03 23:59:00
Destroix
La isla bonita
 „Capri – wyspa uciekinierów”
reż. Krystian Lupa, tekst Curzio Malaparte
„Capri – wyspa uciekinierów”
Teatr Powszechny w Warszawie
Czyta się 6 minut

Nowy spektakl Lupy jest prawie sześciogodzinnym seansem relaksacyjnym, podczas którego, zamiast się odprężyć, walczysz o to, by nie umrzeć. Narracja opiewa przeważnie na pauzy, a gdy coś powiedzą, to i tak nie słychać mimo mikroportów, bo im Twórca wchodzi w słowo. Lupa niskim głosem podrzuca nam wglądy jak psycholog na terapii. Albo dasz się poprowadzić, albo nic cię nie czeka na tym przedstawieniu.

Komu się spieszy: trzy na dziesięć, nie polecam. Ale jeśli „nie masz czasu”, to i tak nie przyjdziesz na tego tasiemca, przypomnę: sześć godzin. Capri nie jest przedstawieniem, Capri jest całym sezonem.

U Lupy jest wszystko dobrze, kiedy jest struktura, to znaczy – literatura. Gdy ma kto za niego zrobić zawiązanie, rozwinięcie, kulminację, zakończenie. Zborność musi czerpać z zewnątrz, musi outsource’ować. Lecz, niestety, już wystawił prawie całego Bernharda, teksty mu się kończą, bazuje na dziełach z darów: książkę Kaputt Curzia Malapartego dostał od Maszy Potockiej, której dedykuje spektakl. To, co darowane („dwadzieścia kilka epizodów rozproszonych w dziewiętnastu rozdziałach”), przepuścił przez impro, przez późniejszą Skórę tego samego autora i mu z tego wyszedł klasyczny tatar tekstowy typu Poczekalnia.0 albo Miasto snu, czyli scenariusz, w którym bohaterzy głównie mówią „nie wiem”. Na jego miejscu, zamiast prosić po znajomych, wziąłbym stare teksty i zrobił od nowa Rodzeństwo Bernharda lub Plac Bohaterów. A Święto Borysa, które ma niewystawione? Byłoby bardzo na dzisiaj, bo jest o niepełnosprawnych. Miasto snu według Kubina wystawił ponownie, choć nie było tego warte.

Jeśli Capri jest dla ciebie pierwszym Lupą w życiu, nie zrażaj się: kiedyś było gorzej. Miasto snu, gdybyś zobaczył, to dopiero byś zobaczył! Wtedy dopiero byłbyś doświadczonym widzem, tak jak może cię „doświadczyć” epidemia dżumy czy innej cholery.

Co ostatnio porabiają reżyserzy polscy? Głównie odkrywają faszyzm. Stary, nowy, przyszły – ale odkrywają. Przychodzą na próbę i mówią, „że faszyzm”. Jakby świeżo załapali, że w środku Ziemia jest płynna i może wystrzelić magmą, kiedy jej się zachce. Tylko co to jest ten faszyzm, już nie definiują – jest po prostu czymś niedobrym, z czym należy walczyć. O czym robi się spektakle. Żeby zrozumieć, z czym w ogóle jest walczone i o czym robione, radziłbym przeczytać Teologię polityczną Carla Schmitta i się zainteresować „rewolucją konserwatywną” w popierwszowojennych Niemczech.

Wyspa uciekinierów (dziwne, że nie „marzycieli”) jest o artystach, że się mianowicie czują wyalienowani, o ich wyobcowaniu ze społeczeństwa. Tylko wyciąga dość ciekawy wniosek à la Georg Hegel: tym gorzej dla społeczeństwa! Jeśli fakty są niemiłe i niepostępowe, tym gorzej dla faktów. Miliony się mogą mylić. Miliony się mylą. I na to Hegel miał termin: „piękna dusza”, czyli taka mianowicie, która nie chce się pobrudzić, która jest „ponad to”. Piękne dusze muszą zbiec na wyspę, żeby tam uprawiać swe sekretne rytuały, podsycać sekretny ogień. Słyszeli to Państwo wszystko pod hasłem „wieża z kości słoniowej”.

(Przy okazji polecam wywiad z Justyną Kopińską, która się wypowiada po Krystianie Lupie i odnosi do przedmówcy).

Capri – wyspa uciekinierów to wariacja Lupy na temat Warlikowskiego, por. Wyjeżdżamy. Spektakl eskapistyczny, spektakl foch: jak jesteście tacy głupi i niedobzi, i profaszystowscy, to ja idę sobie, zwijam kram i jadę, pakuję manele. Każdy jedzie tam, gdzie lubi i gdzie mu pasuje być na emigracji: Warlik do Paris, Lupa na Capri, a Gieleta do Londynu.

Casa Malaparte, chata Malapartego na Capri, stoi na półwyspie, skąd już widać tylko morze. Na chacie bywają wielcy, nikt poniżej Fritza Langa i Jeana-Luca Godarda. To już nawet nie jest metafora, tylko alegoria. Patrzą, jak wszystko zostaje w tyle, a tymczasem celebrują swoją splendid isolation. „Izolacja” ma etymologicznie dużo wspólnego z rzeczownikiem „wyspa”, island, isla, isola. Izolacja to wyspiarstwo!

Na wstępie wieczoru pada zapytanie, kto jest narratorem. Jak to kto? Reżyser. Chociaż nie ma go na scenie, jest go aż zanadto, jest na niej obecny głosem jak Pan Bóg z zaświatów. Wyspę uciekinierów ogląda się jak gameplay walkthrough na YouTubie: ktoś gra w grę, ty patrzysz, a on komentuje. Jak gdybyś z wujkiem siedział przed telewizorem, a on mówił ci, co myśli o tym, co ogląda.

Jeżeli jesteś osobowością, która pragnie guru, nie musisz daleko szukać: pasuje ci Krystian Lupa? Bo on bardzo chętnie. Bo on jest z zawodu guru. Powinien prowadzić coaching pod tytułem „Uwierz w siebie”. Lupa wierzy w siebie, i to radykalnie, i teraz jest tylko kwestia, czy my także uwierzymy. Bez wiary się tutaj nie da. Co do tego przedstawienia – tylko wyznawcy przeżyją.

Jedną z jego koronnych porad dla aktorów jest, by nie bać się bełkotu. Oraz – by nie wiedzieć. „Pozwól sobie, by nie wiedzieć”. Jak mówi, tak robi, i nie zarzucimy, że doradza bez pokrycia, że robi innych w bambuko. Wierzy w to, co mówi.

Jak się robi spektakl Lupy? Tak jak ostatnio: długo, powoli, nago, nielogicznie, czyli onirycznie, wielkoobsadowo, metafizycznie (tak, METAFIZYKA!), późnomodernistycznie, arystokratycznie, dekadencko oraz Piotrem Skibą. Klasa próżniacza siedzi i się nudzi, a tym różni się od ludu, który też gnije znudzony, że nuda arystokratów ma francuską nazwę: ennui. Następnym razem, na przykład na Boskiej, będę sprytniejszy, wezmę sobie miejsce z tyłu i kiedy cukier mi spadnie, odpalę na telefonie program You Can’t Get the Staff, też o wyższych sferach.

Na spektaklu Capri robiłem to, co postaci: siedziałem i się nudziłem. One nie mówią, lecz mendzą, ja nie oglądam, tylko odpadam. Po co wysiłek aktorów, skoro można nic nie umieć i również w tym zagrać? Vide amatorzy.

Do opisu Lupy potrzeba by nowych pojęć, bo „pretensjonalny” nawet w ułamku nie oddaje klimatu wieczoru. Pretensjonalność Lupa ma dawno za sobą. Jego nowy spektakl jest tak szokująco mdły i artystowski – a to osiągnięcie, zaszokować nudą – że nic ci nie pozostaje, jak czuć wobec niego widzowski syndrom sztokholmski. Dzieło ma cię tak w dupie, że jak go nie kochać? Gdy coś jest aż tak okropne i nie do strawienia, znaczy chyba, że jest wielkie. Z Lupą jest jak z tak zwanymi trudnymi zapachami w perfumeriach niszowych, np. Moth z Zoologista albo Sécrétions magnifiques z Etat Libre d’Orange: świadczą o twym guście, że jest ponadrozwinięty, ponadwyrafinowany. Capri jest najzwyklejszą w świecie podażą dla snobów.

Trochę żałuję, że nie jest to spektakl przywieziony z Chin lub Litwy. Wtedy Lupa by nie gadał (por. Madonna, Papa Don’t Preach), a Skiba by nie grał. I byłby to spektakl zrobiony w parę miesięcy, w ogóle: zrobiony.

Czego Państwu tu nie mówię, bo przecież i tak pójdziecie? O scenie szalonej orgii, o scenie w burdelu (to są dwie oddzielne sceny), o fragmencie jak z Maydaya, o łupaniu w karty. Myślę, że każdy, jeżeli już pójdzie, na czymś tam zawiesi oko, znajdzie swe 30 minut, które mu się spodobają.

Czas artystów typu Lupa, z wielkim, imperialnym gestem, z wielkim, imperialnym egiem, słusznie się już kończy. Wraca czas rzemiosła, vide Anna Smolar albo Radek Stępień (postasystent Lupy), albo Agata Duda-Gracz, albo Grzegorz Wiśniewski (także postasystent). W pewnym sensie oczywiście czas lupizmu nie przeminie, bo Lupa ma epigonów, czemu miałby nie mieć? Ludzi nieskłonnych do uczenia się na błędach, lubiących powtarzać cudze, również chcących być „wielkimi”. To takie rozkoszne, patrzeć na tych młodych, którzy próbują się nosić i mądrzyć przed aktorami, wygłaszając długie i półzrozumiałe spicze.

 

Data publikacji:

okładka
Dowiedz się więcej

Prenumerata
Każdy numer ciekawszy od poprzedniego

Zamów już teraz!

okładka
Dowiedz się więcej

Prenumerata
Każdy numer ciekawszy od poprzedniego

Zamów już teraz!