pixel Page 18FCEBD2B-4FEB-41E0-A69A-B0D02E5410AERectangle 52 Przejdź do treści
Przekrój
„Sigismondo” to produkt firmowy Festiwalu Opera Rara, czyli jednego z tych „krakowskich festiwali”, ...
2020-02-09 23:59:00
Destroix

Koty piją wodę Evian

Koty piją wodę Evian
„Sigismondo”
libretto Giuseppe Foppa; muzyka Gioacchino Rossini; reżyseria Krystian Lada
„Sigismondo”
Festiwal Opera Rara w Krakowie
Czyta się 10 minut

Motto: „W przerwie byłem na podwórku i słuchałem wycia kotów. Wyją jak u Rossiniego. Tak nisko jak on upadły”
(Salieri w Amadeuszu Miloša Formana)

Dzisiaj pomówimy, jeżeli Państwo wybaczą, o Zygmuncie Rossiniego. Akcja tej opery pierwotnie toczy się w Gnieźnie, czyli gdzie, za przeproszeniem? Ktoś tam był, coś widział? Ktoś coś? Weźmy się nie wygłupiajmy, jakie znowu „Gniezno”, „co to znowu za słowa!” (Masłowska, Między nami), może lepiej przenieść – tak jak Panią Dulską – do miasta Krakowa, które już coś komuś mówi. Jeśli masz życzenie, by coś działo się w Krakowie, umieść na początku Żuka Opalskiego, najbardziej krakowską z krakowskich osobistości, mimo że przez lata była na wygnaniu, mieszkając we Włoszech, a może właśnie dlatego najbardziej krakowską. Piszę to z pełną sympatią, jako były student, a fan już na zawsze. Krakowskiego Sigismonda otwiera głos Żuka, artysty teatru, opisującego Hołd pruski Matejki, a wzdychającego przy tym i „nooo” mówiącego, jak wyłącznie on potrafi. Dostajemy esencję królewskiego miasta, naszego Rzymu Północy, z czego niejako wynika, że Rzym leżący we Włoszech to Kraków Południa. Żuk dodać Matejko równa się sama esencja, olej absolutny, jak się mówi w perfumiarstwie. Widać, że reżyser miał prośbę do asystentów, by mu wymyślili coś najmocniej tutejszego.

Żuk snuje prelekcję jak rasowa przewodniczka, która to, co mówi, już mówiła milion razy i stąd jakby robi łaskę. Już przez chwilę miałem lęki, że skoro to idzie w wykład, to reżyserowała Szpecht albo Szczawińska. Zresztą może reżyserowała, ale tylko start i finał, bo początek wykładowy, a koniec jest wiecem, zjeżdża na sztankiecie napis „Polska dla Polaków”, by obronić honor domu i dać widzom pewność, że spektakl jest O CZYMŚ. O czym niby – nie wiadomo, lecz o czymś na pewno. Gdy w takim momencie ludzie biją brawa, to znaczy, że co – bo nie wiem. Że to popierają czy że mają dystans, łapią dowcip, czają? Ale to już zaczyna brzmieć jak recenzja niepochlebna, a taką bynajmniej nie jest, czepiane się było tylko początku opery oraz jej końcówki, którą friend z fotela obok nazwał „rakowiskiem”, mimo że całość mu się podobała.

Sigismondo to produkt firmowy Festiwalu Opera Rara, czyli jednego z tych „krakowskich festiwali”, dla których imprezą matką był pamiętny Kraków 2000. XIX-wieczna opera o Polsce jeszcze w Polsce nieśpiewana! Mamy polską prapremierę 200 lat po fakcie. Króla Ubu, inną zachodnią sztukę „orientalną”, tę od „w Polsce, czyli nigdzie”, ile razy już robiono, a nawet dla kina, a Zygmunta ani razu. Pewnie dlatego, że słabszy.

Opera, jak to opera, dzieje się w wysokich kręgach, na tak zwanej górze, najchętniej we dworze, najchętniej królewskim. Librecista Foppa tyle się o nas wywiedział, że mieliśmy króla o imieniu Zygmunt, ale że rządził z Wawelu, bo nie był Zygmuntem Wazą, tego już nie sprawdził lub sprawdził i olał. W każdym razie ani Stary, ani August, ani nawet III Waza nie mieli miejscówki w Gnieźnie. Polecam każdemu wypad do kaplicy Zygmuntowskiej, ogólnie na Wawel.

Tak przebiega akcja: „Aldimira, małżonka Sigismonda (Zygmunta), króla Polski (»czyli nigdzie« – jak w Królu Ubu), niesprawiedliwie oskarżona przez swego prześladowcę Ladislao (Władysława), uchodzi za zmarłą. Przygarnął ją dzielny Zenovito (Ziemowit Szczerek), zamieszkujący w pobliskiej puszczy. Jej ojciec Ulderico, król Węgier, napada na Polskę, dysząc zemstą. Zygmunt odnajduje Aldimirę w puszczy, a choć twierdzi ona, że jest córką Ziemowita, zabiera ją na swą stolicę w sławnym grodzie Gesna (Gniezno, ma się rozumieć), by uśmierzyć gniew teścia. Władysław wyznaje zbrodnie, małżonkowie padają sobie w ramiona, teściu chowa miecz” (Piotr Kamiński, Tysiąc i jedna opera).

 „Sigismondo” fot. Edyta Dufaj
„Sigismondo” fot. Edyta Dufaj

Wystawienie niewystawne, czyli odważne, skoro jest operą. Sam byś takie zrobił w sali gimnastycznej po małych zakupach w Casto: trochę tektury, trochę przędzy bawełnianej, trochę złoconego sukna, trochę zasłonki przezroczystej do prysznica, paru śpiewaków o światowej sławie i jaki to problem. Wykonawcom odpowiada, że jest „rustykalnie”, bo w takich warunkach tylko oni błyszczą, wszystkie reflektory na mnie, „all eyes on me!” (Tupac Shakur).

Pięknie ogrywają paździerz, bo jeśli coś robisz, to rób z przekonaniem i nie miej oporów przed rzutnikiem na przezrocza, takim, jak dawniej bywały. Jeśli idziesz w syf na scenie, to najgorzej się przestraszyć, zatrzymać w rozkroku. Oni byli dzielni i weszli jak w ogień. Jest w tym całym przedstawieniu coś z szopki krakowskiej, coś z teatru piwnicznego, taka ironijka, która byłaby nieznośna, jeśliby się jej wstydzili.

Mimo braków budżetowych spektakl nie świeci oczami. Prawdziwa bieda jest wtedy, gdy się nie ma wyobraźni, a oni ją mają i nic więcej nie potrzeba. Dzieci na przykład robią teatr z koca i nikt nie zauważył, by im czegoś brakowało. Kiepskiej baletnicy wadzi rąbek u spódnicy, a dobrej nic nie przeszkadza, bo choćby nago wystąpi lub na wózku inwalidzkim i też będzie dobrze. Jaśmina Polak zagrała kiedyś na wózku na Weselu Klaty, wieczorze mocno tanecznym, jak widać z tytułu – Jaśmina jest crazy i „nie takie rzeczy” robi.

Sigismondo jest bogaty swoim wykonaniem i swoją obsadą. Nawet bym powiedział – luksus, na ile umiem ocenić, lecz Jacek Marczyński, krytyk operowy, który zna się na operze, jakoś bardzo nie wydziwiał, tyle co na Rossiniego, którego „muzyczny geniusz rzadko daje znać o sobie w dziele Sigismondo” („Rzeczpospolita” 2020, nr 21). Marczyński nie zjechał, czyli można chwalić.

Dla mnie dzieło odkarmione, nawet wypasione, trzymające poziom, mimo że pod koniec wpadają statyści, a w tym czasie chór sebiksów ukazuje klaty à la Goło i wesoło, które ma niewyrzeźbione. Nic się nie stało – chłopaki, nic się nie stało. „Przecież tam u nich, za przeproszeniem, taki dobrobyt, że nawet koty piją wodę Evian. Odtąd jak będzie coś bardzo wysuczonego, to będę mówił, że koty piją wodę Evian!” (Michał Witkowski, Zbrodniarz i dziewczyna).

Sigismondo Lady nie jest postoperą, o czym zaświadczam, bo to dzisiaj modne – robić „postopery”. Postopera do opery ma się jak performans do sztuki teatru: jest wersją nieumiejętną. Nie umiesz, a robisz, czyli na przykład fałszujesz, ale „operowo”. Gdy nie umiesz sklecić akcji, postaci i czegokolwiek, mówi się „performans”.

Dziękuję KBF-owi, że mnie wpuścili dwa razy na Sigismonda, choć krytykom przysługuje z urzędu po razie, ale ładnie poprosiłem, grożąc samobójstwem.

 „Sigismondo” fot. Edyta Dufaj
„Sigismondo” fot. Edyta Dufaj

Gra Capella Cracoviensis, orkiestra znana, lubiana, czekająca na siedzibę, której wciąż im nie stawiają. Cisnę budowniczych, bo Capelli się należy, melomanom się należy! Nie chcemy już przesiadywać w przepięknym kościele Ojców Augustianów, który zimą jest lodówką, a grzejników nie założą, konserwator się nie zgodzi. Z tego, co czytałem, krakowskie Centrum Muzyki ma wyrosnąć na Grzegórzkach niedaleko Wisły, przy ulicy Skrzatów, na terenach zalewowych, i ma być miejscówką trzech krakowskich orkiestr naraz: dużej Filharmonii, małej Sinfonietty i średniej Capelli. Tyle że na razie sprawa wisi, leżąc. Weźcie nie gadajcie, weźcie wybudujcie, a potem choćby i potop! Nie rozumiem przy okazji, jaki jest sens ICE-u, innej tancbudy przy Wiśle. Tyle tam wydarzeń, tyle „zajętości”, że podzielić się nie mogą, nim się zrobi na Grzegórzkach?

À propos tych kotów z motta. Koty są dobre na każdą okazję, internety to ich wybieg i krytyka teatralna błądzi, że tak rzadko je zatrudnia. Miałbym kota w domu, jeślibym nie miał alergii, plus Mama się boi. Brałbym na spektakle, siedziałby w kojcu na suwak od Louis Vuittona, a ja tylko bym notował, kiedy zacznie miauczeć. Dzieła zebrane Borczucha spokojnie by przespał, aktorów Rychcika szczułbym, a za wyjścia na spektakle Wiktora Rubina sam bym siebie pozwał za znęcanie nad zwierzęciem.

Twórcy Sigismonda czerpią wizualnie z tradycji żywych obrazów, o których słyszałem na wykładach z historii kina niemego. Polega to na tym, że bierze się grupę ludzi, ustawiając jak na płótnie (tyle że 3D, bo ludzie), by tak stali lub leżeli i tak wyglądali, „nie wstanę, tak będę leżał” – czyli bardziej żywa rzeźba, tak zwana grupa rzeźbiarska. Tutaj Hołd pruski przechodzi wcielenie, jeden z milszych epizodów historii ojczystej.

O operze Sigismondo w reżyserii Lady słusznie Targoń napisała, że po prostu boska, a pisze, że BOOOSKA, jakby była gejem (krakowska „Wyborcza” z 28 stycznia br.). Spektakl był w Słowackim, spotkałem znajome ciotki, które wciąż nie wybaczyły recenzji Mein Kampfu, bo je tam strzeliłem w ucho, chociaż bez danych wrażliwych. Operze Krakowskiej musi być niesympatycznie, że nawet Słowacki bardziej potrafi „w operę”.

Krystian Lada jest Polakiem, ale widać, że wyjechał, bo się nie kotłuje w naszym sosie własnym, tylko robi po swojemu. Choć ta „Polska dla Polaków” sugeruje trochę, że też chce „się wypowiedzieć”, „zająć stanowisko”, artyści tak mają, szkoda, że wszyscy tak samo. Studiował w Holandii, a pracował w Belgii, i nie na stacji benzynowej, tylko w samej La Monnaie, teatrze zwanym Mennicą. W którejś notce o nim wyczytałem, że był „prawą ręką Petera de Caluwe”. A czyją był lewą?

 „Sigismondo” fot. Edyta Dufaj
„Sigismondo” fot. Edyta Dufaj

Gwiazdę wieczoru, Franca Fagiolego, kojarzymy ze współpracy z Warlikowskim, zaśpiewał u niego w Händlu, Festiwal w Aix-en-Provence, lipiec 2016 (była to moja pierwsza reca operowa). Sigismondo Fagiolego to omdlewający, bolejący władca, również: miotający się, bo nie wie, co z sobą zrobić, a zwłaszcza – z kim to zrobić. Uwiera go życie dworskie tak jak Meghan, księżną Sussex. Z motywu „hołd pruski” wynikałoby, że gra Zygmunta Starego, ale szczerze? Walezego. Duety (dua) Sigismonda z Aldimirą miały szczególną wibrację i ja sam już nie wiem, kto z tych dwojga śpiewał wyżej. Chyba o to chodzi w tym kontratenorstwie?

Moim i nie moim zdaniem, bo też Marczyńskiego, najlepiej się spisał tenor, choć Fagioli miał być gwiazdą. Może był, lecz tenor większą. Śpiewak Pablo Bemsch, w żadnej notce nie znalazłem, skąd facet pochodzi, po imieniu sądząc – Hiszpan, po nazwisku – z Niemiec, choć artyści operowi są ekstraterytorialni, bo żyją na „scenach świata”, w każdym razie Pablo był najbardziej dramatyczny, najbardziej liryczny, najbardziej przekonujący i najbardziej wzruszający, i dużo bym jeszcze mógł tego „najbardziej”, na cały festiwal by starczyło. A wszystko mimo make-upu na białego klauna (na zdjęciu do tej recenzji oczy ma zamknięte!)

Śpiewak Kenneth Kellogg robił ogromne wrażenie. Zagrał lajkonika z tak poważną miną, jakby grał więźnia obozu albo urzędnika, czym tylko podbijał dowcip sytuacji, a zaśpiewał takim basem, że mi poliwęglan w telefonie strzelił. Postawny mężczyzna, wzrostu koszykarza, nakryty czapką krakowską, a do tego postarzony za pomocą makijażu, siwo przyprószonej brody. Tak się często robi basom, że grają starszych od siebie, bo takie mają głosiska o patriarchalnym brzmieniu. W przerwie mówię do kolegi, że gdyby pan Kellogg występował u nas w „teatrze artystów”, zaraz by go rozebrali. Minęło ile, ze 20 minut, i wkroczył lajkonik topless. Nie ma potrzeby chodzić na spektakle, by wiedzieć, co będzie.

Gdyby Franco Fagioli, śpiewak kontratenor, miał pseudo na Polskę, brzmiałoby Franek Fasola. A on nawet Włochem nie jest, tylko z Argentyny, choć z włoskim nazwiskiem, jak papież Franciszek, primo voto Bergoglio. „Fagioli” to liczba mnoga, więc od razu cały zespół o znanej nazwie Fasolki. A żeby nie było, że głupie dowcipy kogoś wykluczają, to bas Kenneth Kellogg ma w swoim nazwisku płatki śniadaniowe. Tak się jakoś składa, a ja tylko to zauważam.

Tak się też złożyło, że dzień później w Filharmonii, która obecnie również jest obwoźna, bo im budę remontują, skądinąd i tak kościelną, no więc zagrali na Hucie, w boazeryjnym wnętrzu Państwowej Szkoły Muzycznej, Małą mszę uroczystą Gioachina Rossiniego, tego od Zygmunta oraz wszystkiego innego. Gioachino w wersji świętej i postoperowej (wyrzekł się opery 30 lat wcześniej), starczej, koncertowej i niemiędzynarodowej – polskiej dla Polaków, jak by chcieli w Sigismondzie lub właśnie nie chcieli. BYŁO TO OKROPNE. On naprawdę się skończył 30 lat wcześniej… Wrócił do tworzenia, by sobie dorobić albo mu odbiło – nie da się tego inaczej wyjaśnić.

Proszę mi wybaczyć, że się rozpisałem, bo tak miło się gadało o operze Sigismondo, jak w napadzie grafomanii. Proszę też pamiętać, że kiedy się wyzłośliwiam, to tylko w dowód sympatii; nie czubię się, z kim nie lubię.

Piątka dla PRZEKROJU? A może dziesiątka? Wspierając Fundację PRZEKRÓJ, wspierasz rzetelność, humor i czar.

* Pola wymagane

Data publikacji:

okładka
Dowiedz się więcej

Prenumerata
Każdy numer ciekawszy od poprzedniego

Zamów już teraz!

okładka
Dowiedz się więcej

Prenumerata
Każdy numer ciekawszy od poprzedniego

Zamów już teraz!