pixel Page 18FCEBD2B-4FEB-41E0-A69A-B0D02E5410AERectangle 52 Przejdź do treści

 

Kup sobie letni spokój. Bez wychodzenia z domu i bez kosztów przesyłki na terenie całej Polski.

Kup numer letni

Numer letni (3/2020) dostępny jest także w pakiecie z numerem wiosennym (2/2020) za dodatkową złotówkę, bez dodatkowych kosztów wysyłki na terenie Polski.

Kup numer letni i wiosenny
Przekrój
Tajemnice „worow w zakonie”, czyli rosyjskich, honorowych superbandytów zwanych także „nowoczesnymi ...
2020-07-01 00:00:00
książka

Koronacja na złodzieja

Koronacja na złodzieja
 „Wory. Tajemnice rosyjskiej supermafii”
Mark Galeotti, tłum. Paweł Cichawa
„Wory. Tajemnice rosyjskiej supermafii”
Znak Horyzont, Kraków 2020
Czyta się 9 minut

Jak przestępczość, to tylko zorganizowana. Jak mafia, to tylko super. A jak złodziej, to tylko z zasadami. Wiele rzeczy można o Rosji powiedzieć, wiele można wymyślić, a jeszcze więcej sobie wyobrazić. Ale to, że Rosja jest największym mafijnym państwem na świecie, przyznał w 1994 r. sam jej prezydent – Borys Jelcyn, a aktualny wcale temu nie zaprzecza i nawet korzysta z bogatego języka półświatka.

Błatnaja muzyka

Dziś fienia, czyli przestępczy slang, na dobre weszła do rosyjskiej popkultury. Kiedy Władimir Władimirowicz Putin oficjalnie powiedział, że będzie „moczyć w wychodku” wszelkiej maści terrorystów, nikt nie miał wątpliwości, skąd czerpał słownictwo. I nie ma ich do dziś. Zresztą nikogo chyba nie dziwi, że używanie błatnogo języka służy mu do umocnienia swojej pozycji w odpowiednich kręgach. Swój chłop w końcu. A „moczyć” to po prostu zabić.

Fienia weszła do powszechnego obiegu. Usłyszymy ją w serialach, na ulicy, w telewizji. Już nie szokuje, stała się częścią folkloru, mglistym wspomnieniem czasów, które niektórzy – niesłusznie – uważają za minione. Używanie jej – oczywiście w pewnych kręgach – może nam pomóc wzbudzić szacunek. Choć na pewno warto się zastanowić, czy w ogóle próbować.

W przestępczym slangu na przedstawicieli nacji kaukaskich mówi się – ogólnie – „szaszłyki” albo „apelsiny”, czyli pomarańcze. Ale już na Gruzinów, którzy w tym półświatku wiodą prym, używa się określenia „ławruszniki”, od liścia laurowego, w który ten kraj jest bogaty. „Akademikiem” nazywa się doświadczonego przestępcę, „babło” to pieniądze, „żona” to pasywny homoseksualista, a „robota” jest przestępstwem.

To naturalnie zaledwie wycinek. Próbka w miarę zrozumiała dla Polaka, który nie zna rosyjskiego na tyle, by móc szukać w słowach innego znaczenia.

Ale przestępcza komunikacja to nie tylko mowa. To także gesty i ciało. Kiedy w pobliżu znajduje się kabel, policjant albo ktoś, na kogo trzeba uważać, palce strzepują niewidzialny pył z ramienia. Niezauważalnie dla zwykłego obserwatora. Dwa palce oznaczają dwie podejrzane osoby, a lewe lub prawe ramię – miejsce, w którym się znajdują. Kciuk na zębach oznacza milczenie, a splecione dłonie mówią o sytuacji bez wyjścia.

Jest jeszcze ciało, które do nie tak dawnych czasów stanowiło dosłownie CV prawdziwego, szanującego się przestępcy. Taki kryminalny życiorys wypisany na skórze mógł przydać się na przykład przy identyfikacji zwłok. Wcale nie chodziło, by rysunki ukryć, wręcz przeciwnie – taturiowki były synonimem męstwa. Męstwa, bo kobiet w tym mizoginistycznym środowisku się nie szanuje. Jedyną kobietą, która zasługuje na poważanie, jest matka przestępcy.

Tatuowano się więc w najdziwniejszych (jak na XX w.) miejscach: na powiekach, najczęściej przy pomocy wkładanej pod tę część ciała łyżki, na głowie, na dłoniach i palcach. Prócz tego klasycznie: na torsie, plecach, rękach i nogach. Język tatuaży czerpał przede wszystkim z konserwatywnych źródeł, głównie z religii.

Plecy ozdobione cerkwią z 10 kopułami oznaczały 10 wyroków. Jedna kopuła – jeden wyrok. Gwiazda na piersi to symbol statusu, a te na kolanach mówiły, że ich właściciel nie klęknie przed władzą. Zerwane kajdany na kostkach to symbol ucieczki z więzienia, sztylet – płatnego zabójcy, a latarnia morska oznacza bliski koniec wyroku. Najwięcej można było wyczytać z dłoni, a dokładnie z pierścieni. Po nich najczęściej można poznać „wora w zakonie”: „honorowego złodzieja” albo „złodzieja w prawie”.

Ale tatuaże w widocznym miejscu były także zgubą, zwłaszcza te, których ich nosiciel nie był godzien. Kogoś, kto uzurpował sobie jakiś worowskij znak, po prostu zabijano albo – w lżejszej wersji – wycinano mu kawałek skóry. Były też poniżające znaki tatuowane na siłę. Na przykład tych, którzy kradli u swoich, „ozdabiano” szczurem. Na siłę tatuowano też ciała homoseksualistów: osę na członku można znaleźć u aktywnego geja, a oczy na pośladkach u pasywnego. Naczyń właściciela malowidła talerza i łyżki z dziurkami nie można myć z naczyniami pozostałych więźniów. To znak pasywnego geja, a taka słabość nie przechodzi w świecie macho.

Kiedy wiele lat temu pierwszy raz miałam kontakt z „worem w zakonie”, niewiele wiedziałam o znaczeniach jego wytatuowanych pierścieni na palcach. Nie za bardzo chciał o tym rozmawiać (jestem w końcu kobietą!), ale kiedy zdjął koszulkę i na jego sercu zobaczyłam podobiznę Stalina, wytłumaczył (musiałam być pewnie bardzo skonsternowana). Otóż Stalin na piersi nie był wyznaniem wiary (choć pewnie dla niektórych bywał), był jak amulet! Któż bowiem – zwłaszcza w czasach jego panowania – obśmieliby się strzelać do wodza?

A Stalin był przecież największym z wodzów ZSRR. I prekursorem złodziei.

zdjęcie: Théo Paul/Flickr (CC BY 2.0)
zdjęcie: Théo Paul/Flickr (CC BY 2.0)

Koronacja na wora w zakonie

Subkultura „worow w zakonie” sięga czasów carskich, kiedy w wielkiej Rosji nie starczało sił policji czy innej prewencji, by wymierzać sprawiedliwość. Nie dziwne, jeśli weźmie się pod uwagę fakt, że pod koniec 1905 r. Moskwa dysponowała jednym policjantem na 276 mieszkańców, a glubinka, czyli rosyjska prowincja, w zasadzie nawet ich nie widziała, trzeba było wymyślić więc inny sposób na wymierzanie sprawiedliwości.

Dziś mówi się, że russkij sud strasznieje Strasznogo suda (rosyjski sąd jest straszniejszy od Sądu Ostatecznego), ale to chłopski samosąd rodem z odległej wsi budził prawdziwy lęk. Świat, jak długi i szeroki, charakteryzuje się tym, że każdy obywatel dba przede wszystkim o własną kieszeń, Rosja nie jest tu wyjątkiem. Tyle że tu triada – przymus, korupcja i uległość – funkcjonuje w symbiozie do dziś.

Nic dziwnego, że w tak skonstruowanym społeczeństwie wykształciło się powszechne przyzwolenie na działalność przestępczą, która zaczęła się – jak już wspomniałam – za cara, ale na dobre rozwinęła się w czasach stalinowskich. Wtedy właśnie wykluła się cała klasa społeczna, którą dziś nazwać można – z nowoczesnego – gangsterami w gajerach albo współczesnymi ojcami chrzestnymi. Nie można jednak zapomnieć, że wyszli z więzień, a nie z biznesowej elity.

A w więzieniu, wiadomo, żyje się według zasad

Przede wszystkim każdy przedstawiciel tego ortodoksyjnego świata musi mieć kliczkę (inaczej poganiało), czyli ksywę. Przestępczy pseudonim nadaje się raz na całe życie. Nowe życie. I nie można go zmienić. To coś w rodzaju filaru złodziejskiej tożsamości. Dostaje się ją po wejściu do bratwy, czyli po koronowaniu na prawowitego członka zorganizowanej przestępczości. Zanim to jednak nastąpi, przez rok trzeba robić za szestiorkę, czyli chłopca na posyłki, od brudnej roboty, takiego, którego się sprawdza pod kątem przydatności. Dopiero po roku można dostąpić rytuału koronacji, choć i tak bez dwóch świadków, którzy poręczą, nie uda się. Musi być po principam, czyli według zasad. Decyzję o tym, że ktoś dostąpi takiego zaszczytu, podejmuje się „na schodkach”, czyli zebraniach kryminalnych autorytetów.

Awtoritety

Ta grupa społeczna renesans przeżyła w burzliwych latach 90., tuż przed upadkiem Związku Radzieckiego i zaraz po nim. Władzę trzyma do dziś, choć już na innych zasadach. W latach 90. stali się elitą: bogatą, przebiegłą i straszną. Awtoritetow słuchał każdy. Głównie ze strachu.

Pomogła pierestrojka i upadek autorytetu państwa. Wolna amerykanka doprowadziła do tego, że przestępców nikt nie kontrolował. Jak grzyby po deszczu kwitły meliny, w których można było kupić alkohol, narkotyki czy broń. Haracze, wymuszenia i przejęcia stały się codziennością. Kiedy Michaił Gorbaczow, ostatni włodarz ZSRR, otworzył gospodarkę, rozpoczęła się era tzw. kooperatyw – firm, których właścicieli i zarazem gangsterów zaczęto nazywać kooperatiwszczikami. Nowe gangi, które szybko podzieliły się na słowiańskie i kaukaskie, nie tylko zabijały się między sobą, ale także walczyły o wpływy i kolejne rejony, które sobie podporządkowywały. Z tym że kaukaskie były silniejsze, bo stawiały na dynastyczność i klanowość. Umocniło się powiedzenie, że rodzicami przestępczego świata są Odessa-Mama i Kawkaz-Papa (czasem ojcem bywał Rostów nad Donem).

Pełną parą ruszyła prywatyzacja, a raczej, jak często proces ten nazywają Rosjanie – prechwatyzacja, choć nie da się tego słowa oddać dobrze po polsku: prechwatit to przejąć. Takiego kryminału – jak za Jelcyna – Rosja i cały postsowiecki świat nie znały. Po pierwsze, bieda, po drugie, szalejąca inflacja, po trzecie, konflikty wewnętrzne i po czwarte, niedziałające państwo, w którym milicja była na usługach mafii. I sama się jej bała.

Jeszcze w 2004 r. Gruzini tworzyli większość wszystkich „worow w zakonie” na terenie całego byłego ZSRR, choć sami stanowili zaledwie 2% populacji tego wielkiego kraju. Nie da się ukryć, że mają niezwykły talent do ubijania interesów. Zresztą w samej Gruzji zaraz obok prezydenta Eduarda Szewardnadzego główną rolę odgrywał kryminalnyj awtoritet – Dżaba Joseliani. Mówiono o nim: znany złodziej, nieznany artysta. Był skazany za napad na bank i morderstwo, ale jednocześnie był artystą. Kiedy zmarł latem 2003 r., na jego pogrzeb pofatygował się prezydent we własnej osobie oraz Patriarcha Gruzińskiej Cerkwi Prawosławnej Ilia II – człowiek, do którego zaufanie ma do dziś 96% prawosławnych Gruzinów i Gruzinek. Pogrzeb zorganizowano mu w XIII-wiecznej katedrze Sioni, w której spoczywają prochy władców tego kraju.

Dżaba Joseliani żył z haraczy, łapówek i rozbojów. Miał swoje wojsko – Mchedrionów (Jeźdźców) – którzy byli zdecydowanie bardziej skuteczni niż milicja. Był też pomysłodawcą nowego pomysłu, by awtoritety przenikły do władz państwowych. Trzeba przyznać – genialny ruch, który udał się w całym byłym ZSRR. Joseliani był dobrym strategiem, w każdym regionie kraju miał swojego smotriaszczego (dosłowne tłumaczenie to „patrzący”), który był jego prawą ręką, oczami i uszami. To do smotriaszczego należało wyłuskanie nowego narybku do koronacji, on zbierał wywiad w terenie, ale przede wszystkim smotriaszczy rozwiązywał problemy lokalnej społeczności. Kiedy nie można było podjąć decyzji w jakiejś kwestii bez rozlewu krwi (i tak, mówimy ciągle o XXI w.), trzeba było udać się po radę do smotiraszczego, który niczym Salomon decydował, jaki werdykt będzie najlepszy. Zdarzają się jeszcze Gruzini, którzy tęsknią za takimi układami: bo wtedy jasne było, co trzeba zrobić i komu zapłacić, by załatwić skutecznie sprawę.

W zasadzie dopiero rewolucja róż i polityka Micheila Saakaszwilego doprowadziła do tego, że w Gruzji skończyła się era zorganizowanej przestępczości. W 2006 r. próżno było szukać tam jakiegokolwiek „wora”. Ale to przecież nie znaczy, że wyginęli. Przenieśli się do Rosji i na Ukrainę. I poszli z duchem czasu. Garnitury od Taniego Armaniego zastąpili szytymi na miarę, tatuaże usunęli albo skutecznie schowali, maniery poprawili i dostosowali się do nowych czasów.

Nowe

Kiedy nastało „nowe”, bandyterka w starym wydaniu stała się folklorem. I tu też widać podział między gangami. Słowianie całkowicie przeszli na drogie garnitury, dobre zegarki, wakacje nad ciepłymi morzami – bynajmniej nie popijają drinków z palemką na Krymie czy w Soczi, a Kaukazczycy nadal bronią folkloru. Niebezpieczeństwo z obu stron jest podobne, choć jedno ładnie zapakowane, a drugie – jak za starych, dobrych czasów – leci na opinii ludzi honoru.

Ale niebezpieczeństwo nie minęło, i o tym pisze Mark Galeotti. Nowe możliwości dają po prostu inne – większe – pole manewrów i manipulacji. I tak, jak wylicza autor, Krym pomogły zająć Rosjanom miejscowe „wory”, podobnie było z Donbasem. Są skuteczni także w cyberprzestrzeni, czego dowodem są ataki hackerskie na Estonię w 2007 r. czy Gruzję w 2008. Ale przecież nikt nie będzie podejrzewał dobrze ubranego porządnego człowieka, prawda?

Autor książki Worow. Tajemnic rosyjskiej supermafii wykonał ogromną pracę badawczą, za co należy mu się szacunek, podobnie zresztą jak tłumaczowi – ponieważ na polskim rynku nie było dotąd analizy tego zjawiska. Możemy spojrzeć na ten egzotyczny, choć nie lubię tego słowa, złodziejski świat, przeanalizować, jak się rozwijał i skąd się wziął, ale nie ma w tej książce najważniejszego: nie ma w niej życia. Nie ma bohaterów, nie ma rozmów – nawet tych nieszczerych. Widać, że autor dysponuje rzetelną wiedzą na ten temat, szkoda jednak, że wyłącznie teoretyczną. Nic raczej nie wskazuje na to, że widywał się z prawdziwymi zbójami. Mało miejsca poświęcił symbolice znaków świata przestępczego, które są już dostępne i nikt ich nie ukrywa, a stanowią ciekawy obraz tego środowiska.

Razi też język, którym książka jest napisana: drewniany, nieprzystający do tematu. Długie, wielokrotnie złożone zdania tylko odrzucają potencjalnego czytelnika. W zasadzie nie wiadomo, czy to ma być praca naukowa, publicystyka, czy próba reportażu. Trochę jest z tą książką tak, że czytelnik spodziewa się literatury faktu, a dostaje solidną, ale jednak magisterkę. Nie chodzi o pisanie książek w stylu sensacyjnym, ale o rzetelny reportaż poświęcony wciąż niewystarczająco dobrze opisanemu na polskim rynku zjawisku. Niemniej na bezrybiu i rak ryba.

Data publikacji:

okładka
Dowiedz się więcej

Prenumerata
Każdy numer ciekawszy od poprzedniego

Zamów już teraz!

okładka
Dowiedz się więcej

Prenumerata
Każdy numer ciekawszy od poprzedniego

Zamów już teraz!