pixel Page 18FCEBD2B-4FEB-41E0-A69A-B0D02E5410AERectangle 52 Przejdź do treści

Szanowni Państwo!

Wiele osób spośród naszych Czytelników i Czytelniczek wybiera tradycyjną drukowaną wersję kwartalnika, ale są także tacy, którzy coraz częściej korzystają z nośników elektronicznych. Dlatego wprowadzamy cyfrową wersję „Przekroju”. Zapraszamy do wykupienia prenumeraty, w której ramach proponujemy nieograniczony dostęp do aktualnych i archiwalnych wydań kwartalnika.

Ci z Państwa, którzy nie zdecydują się na prenumeratę, będą mieli do dyspozycji bezpłatnie 3 „Przekrojowe” teksty oraz wszystkie rysunki Marka Raczkowskiego, krzyżówki, recenzje, ilustracje i archiwalne numery z lat 1945–2000. Zapraszamy do lektury!

wykup prenumeratę cyfrową
Przekrój
Piszę o tym przedstawieniu, bo się stało wydarzeniem. Na Boskiej Komedii Borczuch tradycyjnie wygrał ...
2020-01-12 23:59:00
Destroix
Elegancko. Borczuch
„Kino moralnego niepokoju”
tekst Tomasz Śpiewak, reżyseria Michał Borczuch
„Kino moralnego niepokoju”
Nowy Teatr w Warszawie
Czyta się 4 minuty

Z jednym wyjątkiem, który wymieniłem w streszczeniu dekady, spektakle Borczucha są dla mnie przewlekle nudne i beztematyczne. Nie wiem, o czym to w ogóle jest, że nie wspomnę – po co. Mogą się podobać albo nie, ale na pewno pozostawią każdego obojętnym. Jego Faust na przykład był o niewidomych i z audiodeskrypcją, co może się wydawać solidną porcją pomysłu, ale poczekajcie: rzecz wykiełkowała w mało sprytną stronę. Skoro pod koniec dramatu Faust traci zdolność widzenia, to zróbmy o niewidzeniu, a skoro o niewidzeniu, to może w ogóle zróbmy, by Fausta nie było widać? By w ogóle go nie było? I wystawmy Fausta bez postaci tytułowej? Hołd dla niewidomych czy że nie zauważą? Powód nieznany, ale tak reżyser zrobił.

Tak mniej więcej wyglądają pomysły Borczucha: niby bardzo pomysłowo. Jeżeli Apokalipsa, to o imigrantach, jeśli Moja walka, to o Mojej walce, jeśli Żaby, to o gejach, jak Zew Cthulhu, to o strachu, a Czarne papugi o szpitalu psychiatrycznym. Należę do tych mniej więcej czterystu widzów, którym dany był Godot Michała Borczucha, zagrany całe dwa razy; przedstawienie o tym, jak bardzo artyści cierpią, gdy sobie nie mogą nic pozmieniać w tekście. Trzeba było zmieniać, bo i tak wam zdjęli!

Kino moralnego niepokoju widziałem trzy razy, raz bez własnej woli: w W-wie na premierze (jeszcze nie wiedziałem), w Bydzi na Prapremierach (nie miałem wyboru), w KR na Boskiej Komedii (by sobie przypomnieć). I powiem jak Żuk Opalski: nic nie zrozumiałem! Jeśli nie rozumiem, pytam, a kogo innego, jak krytyków teatralnych? Od tego są, by rozumieć i wyjaśniać. Dariusz Kosiński w „Tygodniku Powszechnym” (2019, nr 24) lojalnie ujawnia, że spektakl jest nudny i niepozbierany, i nieogarnięty, ale mimo wszystko chce mu oddać sprawiedliwość. Owszem, nudno, płasko, nudno – ale tak ma być. Żeby to usprawiedliwić, trzeba wielkich paradoksów, nic poniżej „ogień krzepnie, blask ciemnieje”, na przykład: „precyzyjnie zakomponowana niedbałość” albo „aktorstwo jest nie tyle chłodne emocjonalnie, co jakby obojętne wobec samego siebie”. Klimat Borczucha ma nawet nazwę po poprzednim krytyku „TP”: spektakle „młodych niezdolnych”. Nie mam tyle zrozumienia dla mózgów artystów i hasło „młodzi niezdolni” potrafię zrozumieć wyłącznie dosłownie. Przydałby się update, związany z upływem czasu, do „niemłodzi i niezdolni”. À propos „tak ma być” i à propos „mania”: ma mi się podobać? Czy ma być jak z żarciem, gdy ci nie podejdzie, a dużo kosztuje? Nie jedzenie jest do bani, tylko ty nie jesteś z miasta.

Tematem Kina moralnego niepokoju są problemy pierwszego świata: dzisiaj („Jest mi przyjemnie, gdy…” i słuchamy listy), dawno temu (lata 70. XX wieku, rekonstrukcja Amatora, filmu Kieślowskiego), bardzo dawno temu (lata 40. XIX wieku, Walden Thoreau) i kiedyś w przyszłości (pogrzeb i masa spadkowa). Tyle miejsc i czasów akcji, a wszystko tak samo puste i whateverowe. Każdy z bohaterów ma „już dość tego ciepła i piękna” (Mata, Patointeligencja), każdy ma za dobrze w życiu i pragnąłby coś, cokolwiek zrobić, byle coś, cokolwiek poczuć. Morał: jak jest miękko i wygodnie, w dupach się przewraca! „Nie siedziałby to każdy psubrat lepiej w domu, nie robiłby spokojnie pańszczyzny? […] Za dużo oni mieli swobód, za dużo chleba, to też się rozmnożyli jak myszy w gumnie” (Sienkiewicz, Ogniem i mieczem).

Piszę o tym przedstawieniu, bo się stało wydarzeniem. Spektakl może taki sobie, może nieciekawy, ale nagradzany. Na Boskiej Komedii Borczuch tradycyjnie wygrał (nagroda za reżyserię), a przy okazji Krzysztof Zarzecki (nagroda aktorska). Statystyka pokazuje, że powinna powstać osobna nagroda obok „Najlepszy spektakl”, „Najlepszy reżyser” i „Najlepszy aktor” – nagroda „Najlepszy Borczuch”. Tak jak kiedyś na Oscarach mieli kategorię „Najlepsza muzyka Alana Menkena”.

W Kinie moralnego niepokoju, zwłaszcza na początku, bohaterzy chodzą w kółko, a ściślej: w prostokąt, robiąc wyliczankę. Tomasz Śpiewak jest wierny Greenawayowi i Szymborskiej w ich rozkoszy wyliczania. Tak samo wymyślił w Królestwie Remigiusza Brzyka (wizyta ministra) i w innych spektaklach (Wszystko o mojej matce, 1946 itd.). Co on przez to chce powiedzieć? Symboliczne zapętlenie czy po prostu bezsensowne?

Może spektakle Borczucha są celowo, świadomie i prowokacyjnie wypłukane z sensu, żeby stanowić wyzwanie, kręcący kąsek dla teatrologa, kolorowankę dla ambitnych duchem, piękny obiekt do rozbioru, który zgodzi się na wszystko, sam jest bowiem „wobec siebie obojętny”. „Teatr Borczucha stanowi wyjątkowo wdzięczny przedmiot syntetycznego opisu” (Kosiński, jw.). Może opisu i może syntetycznego, ale nie oglądu! Te przedstawienia najlepiej oglądać w recenzjach, wtedy tylko patrzysz, jak inni się męczą, próbując wycisnąć wodę z suchego ręcznika. Reżyser spektaklu zdaje się wierzyć w piosenkę: „A może zmienić zasady gry? Chcesz usłyszeć słowa, to sam je sobie wymyśl” (Nosowska, Teksański). Gdy artysta nie ogarnia, nie sra pomysłami i sam już nie wie, jaki rodzaj teatru bardziej go nie interesuje, mówi aktorom „Proponuj”, co oznacza „Odwal za mnie”. Widzom Borczuch też tak mówi i mam oto siedzieć i zawijać w te sreberka. Jeśli on do nas „Proponuj”, my do niego „Chuchnij”.

Challenge accepted, więc opowiem Państwu, o czym jest dla mnie Kino moralnego niepokoju, oprócz tego, że o niczym (o tym jest najpełniej NIC Garbaczewskiego, pierwsza czarna dziura w historii teatru). „Pozwól mi, Wasza Wysokość, powiedzieć ci dzisiaj prawdy bardzo gorzkie! Widowisk ci nie brak. Ale jaki jest ich podział! Dla stanu najwyższego są to…” (Restif de la Bretonne, Noce paryskie, noc 343, tłum. Jolanta Sell).

Spektakle Borczucha [https://przekroj.pl/kultura/obowiazki-mam-hipsterskie-maciej-stroinski] są czystym kontekstem i jest to kontekst czysto towarzyski. Da się je zrozumieć chyba tylko socjologią, jako fenomen klasowy, jako burzę w bańce. Tak jak istnieją eleganckie alkohole, eleganckie restauracje i ich eleganccy goście, tak istnieje elegancja w świecie artystycznym, robiąca wszystkim na przekór, świadomie antypowszechna i nieelegancka, jeszcze bardziej wysuczona, niż na ogół jest przyjęte. Właśnie Michał Borczuch jest wyznacznikiem artystycznej elegancji, te jego nudnawe sklejki i zejściowe niedoróbki to markowe „wy…ane”. Wolę zresztą takie dzieła, uroczo bezideowe, od tych wywrzeszczanych kazań w Teatrze Powszechnym. Taki mamy wybór w sztuce tak zwanej wysokiej: nic albo wszystko. Albo afterparty, gdzie o nic nie chodzi, albo seminarium, gdzie gra się o wszystko.

Dobra, powiem szczerze. Dla mnie Michał Borczuch to jest dekorator wnętrz, nie żaden reżyser, i niechcący pokazuje, że era reżysera najpewniej się kończy, a co pozostaje, ustanawiają aktorzy. Bielenia, Poniedziałek, Zarzecki, każdy z innej parafii, z innej diecezji, z innego wyznania! Bartosz Bielenia jest wielkim aktorem i naduzdolnionym, wschodzącą gwiazdą i wybitnym warsztaciarzem. On jeden przyszedł do pracy. Jacek Poniedziałek jest dawnym wielkim aktorem, a obecnie wielką gwiazdą, gra głównie samego siebie, jedyny przypadek ostatnimi czasy, kiedy nie grał Poniedziałka, to była Matka Joanna w reżyserii Jana Klaty. A Zarzecki to Zarzecki.

Właśnie on, ten trzeci, dostał nagrodę aktorską na Boskiej Komedii za rolę Henry’ego Thoreau, autora Waldena, którego czytali w Stowarzyszeniu umarłych poetów. Nawet to rozumiem. Gdybym Zarzeckiego widział pierwszy raz na oczy, zarazem ostatni, też dałbym nagrodę. Takiego non-acting nikt poza nim nie uprawia. Można powiedzieć, że artysta się wyróżnia. Kiedyś były filmy typu non-kamerowego, za głębokiej awangardy, a teraz jest granie typu niegranego, typu ubezpieczonego. Estetyka wykupuje pakiet ubezpieczeń: 1. dystans, 2. ironia i 3. dyskurs.

Rzeczy typu Kino moralnego niepokoju Michała Borczucha to nie jest przyszłość polskiego teatru, tylko jego stan zastany, status quo, osad w odpływie. Sztuka niekonieczna, niezobowiązująca, niedenerwująca i dająca pewność, że pochodzi z miasta. „Manieryczna i niegroźna” (Marcin Kościelniak, „TP” 2014, nr 41).

 

Data publikacji:

okładka
Dowiedz się więcej

Prenumerata
Każdy numer ciekawszy od poprzedniego

Zamów już teraz!

okładka
Dowiedz się więcej

Prenumerata
Każdy numer ciekawszy od poprzedniego

Zamów już teraz!