pixel Page 18FCEBD2B-4FEB-41E0-A69A-B0D02E5410AERectangle 52 Przejdź do treści

 

Kup sobie letni spokój. Bez wychodzenia z domu i bez kosztów przesyłki na terenie całej Polski.

Kup numer letni

Numer letni (3/2020) dostępny jest także w pakiecie z numerem wiosennym (2/2020) za dodatkową złotówkę, bez dodatkowych kosztów wysyłki na terenie Polski.

Kup numer letni i wiosenny
Przekrój
Film Ulai Salima „Synowie Danii” zrecenzowała
2020-05-31 00:00:00
film

Do kogo należy ta ziemia?

Do kogo należy ta ziemia?
„Synowie Danii”
reżyseria Ulaa Salim
„Synowie Danii”
Dania, 2019
Czyta się 4 minuty

Jesienią 2018 roku nowojorskie Whitney Museum of American Art zaprezentowało na jednym z sąsiednich budynków po przeciwnej stronie ulicy Gansevoort pracę Half Most amerykańskiego artysty Dereka Fordjoura, syna emigrantów z Ghany. Sporych rozmiarów (150,5 cm × 254,6 cm) obraz przedstawia tłum, na który składają się ludzie w czapkach i kapeluszach, policjanci, misie, ludzie trzymający balony, kobiety i mężczyźni, noszą ubrania w różnych kolorach i mają różne kolory skóry, niektórzy zredukowani są do jednej barwy w obrębie sylwetki, a na niektórych namalowano tarcze strzelnicze. Praca Fordjoura dotyczy Stanów Zjednoczonych i tamtejszych problemów z rasizmem oraz przemocą policji wobec obywateli o czarnym i brązowym kolorze skóry. Czy to jednak ważne, o jakie miejsce na świecie chodzi, z jakich pobudek przemoc się rodzi, kogo i jak się dyskryminuje? Nie. Każde społeczeństwo to suma różnorodności, na której elementach w zależności od poruszanego tematu (problemu?) można poprzyklejać tarcze strzelnicze.

A wszystko rodzi się ze strachu. Ludzie boją się, gdy do ich miejsca na ziemi przybywają inni i obcy, boją się, że to miejsce zmienią, zepsują i dlatego bywają w stosunku do nich agresywni. Ludzie boją się, gdy uciekają ze swego miejsca na ziemi do takiego pełnego innych i obcych, boją się, że tamci ich nie przyjmą i dlatego bywają w stosunku do nich agresywni. Samonapędzająca się historia pełna strachów, którymi dzielą i rządzą tak zwani liderzy, obdarowując nimi ludzi wokół. W Synach Danii są to Martin Nordahl (w tej roli Rasmus Bjerg) i Hassan (jego gra Imad Abul-Foul). Ten pierwszy jest liderem Ruchu Narodowego, śmiało kroczącego do zwycięstwa w zbliżających się wyborach parlamentarnych. Założył garnitur i krawat, zaprasza kamerę z telewizji śniadaniowej do domu, ale w głębi duszy najchętniej przywdziałby kominiarkę i walił imigrantów z buta. Robi to pośrednio, wykrzykując antyimigracyjne i nacjonalistyczne hasła do mikrofonu. Hassan z kolei przyjmuje pod swój dach niemających gdzie się podziać imigrantów, a jednocześnie namawia, by coś z nacjonalistyczną falą zrobić, bo jak nic się nie zrobi, to ich zmiecie. Przemoc rodzi przemoc, taki banał. Kolejni młodzi chłopcy, dziesiątki, setki, tłumy idą za liderami, bezrefleksyjnie słuchając ich nawoływań. Idą gotowi do walki. Ze strachu.

Po jednej stronie stoją więc Synowie Danii, skrajnie prawicowa, nacjonalistyczna bojówka, której członkowie leją kwas na twarze imigrantów. Po drugiej – Zakaria (gra go Mohammed Ismail Mohammed) i jemu podobni, gotowi działać w trosce o niepewny los swoich bliskich. Synowie Danii mówią, że wprowadzą w kraju porządek i tu rodzi się pytanie o to, czyj to jest kraj. Na ile to właśnie oni mają prawo do tego, by coś w nim wprowadzać i dlaczego „oni”, a nie „my”. Imigranci zauważają, że rodziny, które mieszkają w Danii od dwudziestu lat, są traktowane jak bydło. Ile lat trzeba mieszkać w kraju, by być „my”, nie „oni”, by być synem Danii? Dziesięć? Piętnaście? Dwadzieścia? Dwadzieścia jeden? Czy trzeba przefarbować włosy na blond? Znaleźć żonę albo męża autochtona? Zmienić wiarę na tę przodującą w statystykach? Kto decyduje o ziemi, na której żyje? Ci, co mają większość? Ci, co płacą większe podatki? Ci, co mają stanowiska? Ci, co mieli je sto lat temu? Ci, co się chrzcili lat temu kilkaset?

Synowie Danii to kino niezależne, film, który w 2019 roku wygrał Międzynarodowy Festiwal Kina Niezależnego Mastercard Off Camera. Gdy za oknami ciągnie się widmo epidemii, to tak jakby ten problem muzułmańskich imigrantów przycichł, jakby ich mniej było. ISIS wydało swoim bojownikom instrukcje dotyczące zasad higieny i zaapelowało, by w najbliższym czasie nie wybierali się do Europy na dżihad. Zresztą, granice i tak pozamykane. A jeśli gdzieś, gdzie lubią czasem kogoś pobić (jak choćby w Polsce), teraz biją Azjatów, to nie tych z Bliskiego Wschodu, a tych z Dalekiego, którzy przecież jak jeden mąż winni są koronawirusowi. Ogólnie jednak większość zajęta jest teraz myciem rąk niż myśleniem o muzułmanach. Ale problem przecież nie zniknął. Ulaa Salim świetnie go w swoim filmie pokazał. Historia zaczyna się zamachem terrorystycznym, który budzi społeczne strachy. Jej główny bohater jest postacią tragiczną. Ciemna twarz i czarna broda nie pozostawiają wątpliwości co do jego pochodzenia. Stoi po stronie systemu, szukając sprawiedliwości i walcząc jednocześnie zarówno przeciw terrorystom, jak i nacjonalistom. Jest pomiędzy. Moralne dylematy walą w niego zewsząd gromami, podczas gdy on pewnie najbardziej chciałby żyć w spokoju i pokoju. Jak większość ludzi.

W jednej ze scen Zakaria jedzie samochodem z Alim (świetny Zaki Youssef), który wprowadza go w świat zamachowców. Z radia leci jakiś duński popowy przebój i Zakaria śpiewa go na cały głos. Jest fajnie. Gdyby nie te wszystkie strachy, którymi obdarowywani jesteśmy każdego dnia, i które wielu z nas pchają do agresywnych działań, moglibyśmy wszyscy być na takim wielkim obrazie pełnym kolorowych, różnorodnych postaci, i śpiewać razem jakieś popowe przeboje. Bez tarcz strzelniczych.

 

Data publikacji:

okładka
Dowiedz się więcej

Prenumerata
Każdy numer ciekawszy od poprzedniego

Zamów już teraz!

okładka
Dowiedz się więcej

Prenumerata
Każdy numer ciekawszy od poprzedniego

Zamów już teraz!