pixel Page 18FCEBD2B-4FEB-41E0-A69A-B0D02E5410AERectangle 52 Przejdź do treści

Szanowni Państwo!

Wiele osób spośród naszych Czytelników i Czytelniczek wybiera tradycyjną drukowaną wersję kwartalnika, ale są także tacy, którzy coraz częściej korzystają z nośników elektronicznych. Dlatego wprowadzamy cyfrową wersję „Przekroju”. Zapraszamy do wykupienia prenumeraty, w której ramach proponujemy nieograniczony dostęp do aktualnych i archiwalnych wydań kwartalnika.

Ci z Państwa, którzy nie zdecydują się na prenumeratę, będą mieli do dyspozycji bezpłatnie 3 „Przekrojowe” teksty oraz wszystkie rysunki Marka Raczkowskiego, krzyżówki, recenzje, ilustracje i archiwalne numery z lat 1945–2000. Zapraszamy do lektury!

wykup prenumeratę cyfrową
Przekrój
Znacie? No to posłuchajcie! Argument, że „już czytałem”, jest argumentem na plus. Tym łatwiej ...
2019-11-29 23:59:00
Destroix

Dla analfabetów: Harry

Dla analfabetów: Harry
„Harry Potter”, seria audiobooków
J.K. Rowling, czyta Stephen Fry
„Harry Potter”, seria audiobooków
Pottermore Publishing
Czyta się 4 minuty

Kto nie ogląda The Crown, niech podniesie rękę i naciśnie przycisk. Tak myślałem: NIE WIDZĘ. Nawet ja, który marnuję czas i się w teatrze, na The Crown i Magdę Gessler, choćby nie wiem co – wygospodaruję. Taki sobie robię przeplot: kultura wysoka, prawie że najwyższa, przetykana brudnymi kuchniami.

Przez dzieła typu Korona język angielski już nigdy nie spuści z tonu, nigdy nie spadnie z wysokiego konia, nie przestanie być językiem ogólnoświatowym. Jeśli takie rzeczy powstają w angielskim, widać tak być musi, że planeta Ziemia wybrała ten język. Uwielbiam „anglika”, ale jako tłumacz, czyli jestem za tym, żeby go tłumaczyć, a nie kopiować i wklejać. Tłumacze bronią języka, na który tłumaczą. Dlatego zachęcam, by się uczyć angielskiego, ale uczyć się naprawdę, bo z językiem jak z historią: kto nie zna historii, będzie ją powtarzał, a kto nie zna angielskiego, tylko będzie myślał, że mówi po polsku.

Najlepiej się uczyć w sposób naturalny, czyli jak „nejtiwi”: poznajemy język, nim się nauczymy czytać, to znaczy ze słuchu. Warto też tak robić, gdy się czytać już potrafi. Może się do tego przydać serial na Netfliksie, ale może też audiobook, i w tej właśnie sprawie dziś się zebraliśmy.

Co Was będzie uczyć, bawiąc? Co bym polecał dla nauki i zabawy? Z paru powodów – Harry’ego Pottera.

Po pierwsze: bo znacie. Znacie? No to posłuchajcie! Argument, że „już czytałem”, jest argumentem na plus. Tym łatwiej zrozumiesz, co do ciebie jest mówione. Prościej się zapoznać z tym, z czym jest się już wstępnie zapoznanym. To nie banał, tylko, proszę Państwa, „koło hermeneutyczne”, tyle jeszcze pamiętam ze studiów. Harry przynosi dość dużo neologizmów, których, gdyby się ich nie znało z wydania polskiego, można by nie łyknąć. Choćby „Świstoświnka”, Pigwidgeon.

Po drugie: bo nie znacie. Nie po angielsku, nie ze słyszenia. To zupełnie inna jakość, wysłuchać książki. Pierwotniejsze, niż zobaczyć, pierwotniejsze nawet, niż przeczytać. (Dopiero ostatnio, gdy siedziałem na peronie i widziałem babcię z wnuczką, dotarł do mnie sens ilustracji w czytankach dla dzieci. Stary czyta na głos, a młody nie może oderwać oczu ani uszu). Harry po angielsku to zupełnie inna sprawa… Przekład Polkowskiego nie by był niedobry, tak bym nie powiedział, ale jest mniej śmieszny, mniej wredny od pierwowzoru. Zresztą punktem wyjścia dzisiaj była nauka „anglika”, a Harry wybitnie do tego pasuje, bo jest literaturą nie tylko międzynarodową, ale też międzypokoleniową. Sprawdza się w każdej szerokości geograficznej i grupie wiekowej. Stosuję na zajęciach z erasmusami, gdy na przykład muszę wytłumaczyć, co to jest ambiwalencja – ze Snape’em jest łatwiej.

Stephen Fry – po trzecie. To lektor tej książki. W jego wykonaniu zawsze wiesz, kto mówi, słyszysz. Różne akcenty (irlandzki Hagrida, szkocki McGonagall, celebrycki Gilderoya, astralny Trelawney), różne prędkości mówienia, różne barwy i płci głosu. Jednego aktora, ale cały teatr! Nawet poszczególne centaury różnią się artykulacją, chociaż mają coś wspólnego, coś centaurowego, pewną zwiewność i nieziemskość w tembrze. Głos Voldemorta w pierwszej części za bardzo skrzekliwy, ale to stwierdzamy po wykonie Ralpha Fiennesa, który mówi w kinie głosem „pełnym powietrza”. Gdy nagrywano audiobook, film, jeśli był, to najwyżej w planach. Dodajmy, że Fry, znany ateista, człowiek oświecenia, jest gwarantem świeckości tej książki czytanej, bo nie wierzy ani w czary, ani w Pana Boga. Nie zagrał w żadnym z Harrych, a z racji warunków nadawałby się i na Hagrida, i na Moody’ego, a nawet na Snape’a.

Geniuszem Harry’ego jest jego prostota. Prosty język, prosty morał. Wiemy, kto jest zły i dobry – albo w końcu się dowiemy, jak w przypadku Snape’a. Voldemortowi pogłębiono portret: wiemy, czemu stał się taki. Z tej właśnie prostoty czynił zarzut Harold Bloom, który moim zdaniem powinien bardziej docenić wielkość fenomenu. Dzięki Potterowi literatura na chwilę znów się stała ważna i jest po co do niej wracać.

Jestem obecnie na The Chamber of Secrets, „Komorze sekretów”. Zaczynają się wątki klasowo-rasowe, „szlamy”, „charłaki”, po angielsku: Mudbloods, squibs. Książka powstała w latach 90. (najntisy) i jest, najbanalniej w świecie, przeciw rasizmowi. Dziś to nie jest oczywiste. Odnoszę dziwne wrażenie, że obecni wrogowie rasizmu i podobnych zjawisk bardzo potrzebują mieć się czemu przeciwstawiać, Gombrowicz to dawno opisał, i nie byłoby po ich myśli, gdyby wyczerpało się ich negatywne, lecz jednak paliwo.

Możliwe, że Harry Potter jest ostatnią wielką powieścią ery Gutenberga. Zaraz po nim nastała era social mediów, wszystko się skróciło i poszatkowało, i striggerowało. Natomiast Harry jest wielką narracją, całym od razu „sezonem”. Tkwi w samym centrum współczesnego kanonu, bo wbrew temu, co się myśli z winy awangardy, sukces komercyjny nie świadczy o słabości dzieła.

Inna sprawa, że audiobooki przeżywają boom obecnie, i nie tylko Harry Potter, i przypuszczam czemu: jesteśmy przebodźcowani, wszystko już widzieliśmy (w tym ekranizacje) i nie chcemy więcej widzieć. Można powiedzieć, że się regresujemy od nadmiaru wrażeń. Wraca powolność, długie przebiegi, por. choćby wspomnianą The Crown. Efekty specjalne, nagłe zwroty akcji, jazda bez trzymanki – dawno się przejadło, teraz najlepszym „efektem” jest pieczołowicie odtworzony vintage.

Audiobookom idzie dobrze, coraz lepiej, również dlatego, że są stworzone do multitaskingu. Tutaj coś robisz, a tu książka LECI. Sprzątasz, nie sprzątając. Tylko przy odkurzaniu za pomocą odkurzacza audiobook nic nie da.

Zanim Was wypuszczę – ogłoszenia parafialne. Słuchajcie tego, fani audiobooków: na wiosnę nowe Lubiewo! Nowa książka z nowym audio! Zapowiada autor w swoim fanklubie na Fejsie: „Dam z siebie wszystko, bebechy wywalę przed mikrofon! To będzie moje najlepsze audio! Lajkuj to, kto żyw!”. Jest więc po co żyć, po co przeżyć zimę, prezent nie będzie wprawdzie pod choinkę, ale „na zajączka”. Pewnie sam lektor będzie tym handlował w obrocie z maila do maila po niezadrożonej cenie.

Data publikacji:

okładka
Dowiedz się więcej

Prenumerata
Każdy numer ciekawszy od poprzedniego

Zamów już teraz!

okładka
Dowiedz się więcej

Prenumerata
Każdy numer ciekawszy od poprzedniego

Zamów już teraz!