pixel Page 18FCEBD2B-4FEB-41E0-A69A-B0D02E5410AERectangle 52 Przejdź do treści

Szanowni Państwo!

Wiele osób spośród naszych Czytelników i Czytelniczek wybiera tradycyjną drukowaną wersję kwartalnika, ale są także tacy, którzy coraz częściej korzystają z nośników elektronicznych. Dlatego wprowadzamy cyfrową wersję „Przekroju”. Zapraszamy do wykupienia prenumeraty, w której ramach proponujemy nieograniczony dostęp do aktualnych i archiwalnych wydań kwartalnika.

Ci z Państwa, którzy nie zdecydują się na prenumeratę, będą mieli do dyspozycji bezpłatnie 3 „Przekrojowe” teksty oraz wszystkie rysunki Marka Raczkowskiego, krzyżówki, recenzje, ilustracje i archiwalne numery z lat 1945–2000. Zapraszamy do lektury!

wykup prenumeratę cyfrową
Przekrój
„Chwasty” porywają, bo są szczere i oszukują, bo przez folijkę jest bardziej abstrakcyjnie i ...
2019-11-27 23:59:00

Chwasty nie istnieją

Chwasty nie istnieją
„Chwasty”
Joanna Szpak-Ostachowska
„Chwasty”
Warszawa 2019
Czyta się 5 minut

Jednym z najbardziej kontrowersyjnych wymagań, jakie stawiamy fotografii, jest to, żeby zastąpiła tysiąc słów. Tak powtarzamy za dawnymi mistrzami, najczęściej wzdychając, w jakich to strasznych czasach przyszło nam żyć. Ja zwykle występuję w obozie obrazoburców; uważam, że to najlepsze czasy, a te złote bon moty przynależą do historii. A potem znajduję książkę Joanny Szpak-Ostachowskiej Chwasty.

W gruncie rzeczy tam może być ten tysiąc słów. Nie liczyłam. W końcu Eskimosi mają kilkadziesiąt nazw na śnieg. My za to jesteśmy całkiem dobrzy w deszczu, bo mży, kapie, pada, leje, bywa kapuśniaczkiem albo ulewą itd. Chwasty to mogłoby być nasze dobro narodowe. Wreszcie docenione i wywyższone. Pełno i różnorodnie. I zamiast omijać wzrokiem, udawać, że nie ma – dojrzeć. I tych nazw powinnyśmy mieć mnogość, wprost proporcjonalnie do ilości, bo chwasty potrafią przestrzeń całkiem sprawnie zdominować. A tu słownik mówi krótko: zielsko. Kiedy ono nawet niezielone. To może na wiosnę-lato – zielsko, a gdy barwa zejdzie, wersja zimowa – chwast?

 „Chwasty” Joanny Szpak-Ostachowskiej
„Chwasty” Joanny Szpak-Ostachowskiej

Nie mogłam tej książki „przeczytać” na raz. Kilka stron, ale tak nieprawdopodobnie gęstych, tak ciężkich, że dość i odkładam. A jak wracałam, to gdzieś od środka. I tak trafiłam na zabawę edycyjną; zrobiło się tak bardzo inaczej i erudycyjnie nagle. A potem znów się zagęszcza i znów dość. Mój ulubiony fragment, uwaga spojler, jest na samym końcu. Aż niemal do zniknięcia, tak lekko, tak efemerycznie, tak nawet i japońsko: „Tak więc chodzi o przyjemność. Doświadczenia, patrzenia i fotografowania. I bycia wśród roślin” – wyjaśnia autorka w książce.

Ale, że chwasty?! Jakby to w ogrodach nie było piękna dosyć? Tak narzekać w listopadzie czy grudniu, po południu, kiedy parszywie zimno i szaro. Ale zawsze zostanie chwast. Spod śniegu wybije, zza foli. Właśnie, folia okrywa książkę. Nie taka, jak myślicie, bo gruba, szyta, jakby używana. Dopiero po przejrzeniu kilku stron, dociera. Rośliny fotografowane były z udziałem czy śladem tejże folii, która po zdemontowaniu ze starości, stanowi jakby dodatkową okładkę.

 „Chwasty” Joanny Szpak-Ostachowskiej
„Chwasty” Joanny Szpak-Ostachowskiej

Ale wróćmy do sedna. Chwast nie jest w porządku. Przeszkadza tym pożytecznym. Sam nieudany, niepotrzebny, niekonieczny. Choć akurat autorka też, jak widać, zmaga się z problemem definicji. Ucieka się do zdania bezwzględnej specjalistki ogrodnictwa Marie-Luise Kreuter:

„Chwasty właściwie nie istnieją. Każda roślina odgrywa w przyrodzie ważną rolę (…) określenie chwast to egoistyczna ocena wartości roślin z punktu widzenia człowieka”.

Ruchy ekologiczne, miejscy aktywiści kraju i świata, już się poznali na tych roślinach. Już wiedzą i trochę doceniają. Może te chwasty, te łąki, te zielone-cokolwiek jednak jakoś tam przydatne. Zawsze to zieleń w betonowisku.

Ale, ale, żeby zaraz pięknie?! To słowo nie przystoi, szybko znika z zasobu słownictwa szanowanych historyków sztuki. Już starczy, że się zajmujemy sztukami pięknymi. Powiedzieć, że piękne, to nic nie powiedzieć. To mógłby być kolejny bon mot z jakiejś lekcji. Więc szanując i siebie, i publikację, i wyraz twórczości, szukam innych: liryczne, delikatne lub dosadne – a zawsze wyważone, udane (kompozycyjnie i kolorystycznie), wysmakowane. I widzę, na co patrzę. Na ułudę jakąś absolutną, na kreację pochodną Japonii, na coś niezwykle czułego i intymnego, zmiękczonego oraz sennego. I cały czas staram się otrząsnąć, że patrzę na chwasty, na to zielsko, na ten obrzydliwy i uporczywy element codzienności. Ten na siłę niezauważany, ten pomijany, gdy mówimy o mieście, urbanistyce, ogrodach miejskich, planowaniu.

 „Chwasty” Joanny Szpak-Ostachowskiej
„Chwasty” Joanny Szpak-Ostachowskiej

Chwasty porywają. Bo to aż nawet miło dotknąć, pomiziać stronę, pogładzić. Pogładzić chwasty! Znów jakąś natarczywą przezroczystość uprawiam. Ale te ambiwalentne uczucia znikają szybko. Bo to zielsko zachwyca, kompozycja kołysze, smaga wiatrem, wilgotnieje i zalewa, a potem znów odmiana. Porywają też tą podwójnością, bo to nic szlachetnego, a jednak cudownie. Bo są szczere i oszukują, bo przez folijkę jest bardziej abstrakcyjnie, niedosłownie. Aż czuję zachwyt oraz znużenie autorki, która w te różne pogody wychodziła, wyczołgała się, wyłaziła i wycisnęła. Obsesja i znój. Oddanie oraz przyjemność.

Szpak-Ostachowska zasadniczo chyba ma dryg do pokazywania tego nieładnego, tego niefajnego i tego, co pod nosem w ilości wszelakiej. I jeszcze nie dość, że dostrzega to, wobec czego przechodzimy codziennie, to jeszcze nam to po piękności i ładności sprzeda. Nawet wepchnie. I teraz już trzeba dojrzeć. Nie ma przebacz. Niby takie te chwasty nieważne, ale jednak pospolite i dość niechcący popularne (ponownie wnioskuję za jakimś unarodowieniem tej rośliny).

 „Chwasty” Joanny Szpak-Ostachowskiej
„Chwasty” Joanny Szpak-Ostachowskiej

Ale na tym nie koniec – autorka skierowała się też na klatki schodowe, żeby podejrzeć rośliny. Niby pokazała tylko te donice stojące tu i ówdzie, a jednak to trochę o lokatorach jest, czyli o nas. Na zdjęciu na przykład stary sukulent, a ja dopowiadam, że pewnie komuś było łyso trzymać w domu, a też żal wyrzucić. Albo girlandy pnące się po finezyjnych kwietnikach i dekoracje, i mebelki, i kalendarze z poprzedniego wieku, a tu wyobrażam sobie lokatora. Niebawem sami się państwo przekonacie, bo seria Na klatce będzie do obejrzenia w publikacji Miejsca codzienności, przygotowanej przez Ostrøv. Szpak-Ostachowska wybrała się pooglądać te miasteczka, nieduże, ale mnogie w tym kraju nad Wisłą. Zwykłe, gdzie kościół, sklep, monopol i skwerek. Ale też parking i musowo drewno, które walczy z betonem i lastryko. „Miasteczko” jeszcze w trakcie realizacji, a autorka tonie w znaczeniach i nawarstwieniach historii. Jak już pokaże, to się będziemy potykać w tych miasteczkach o każdy kamień i krzywy chodnik. Uważałabym na Szpak-Ostachowską. Na dziś i na przyszłość. Zobaczysz jedno, potem już musisz dojrzeć na co dzień.

 

Data publikacji:

Joanna Kinowska

Historyczka sztuki specjalizująca się w fotografii. Była kuratorką około 100 wystaw monograficznych i zbiorowych. Pracuje w Służewskim Domu Kultury jako kierownik ds. edukacji kulturalnej. Fotoedytorka książek fotograficznych i jurorka konkursów. Recenzentka przeglądów portfolio. Współorganizatorka konkursu Fotograficzna Publikacja Roku. Współpracuje z „Przekrojem”, „Digital Camera Polska” i Fotopolis.pl. Wykładowczyni Akademii Fotografii. Założycielka bloga „Miejsce fotografii”.

okładka
Dowiedz się więcej

Prenumerata
Każdy numer ciekawszy od poprzedniego

Zamów już teraz!

okładka
Dowiedz się więcej

Prenumerata
Każdy numer ciekawszy od poprzedniego

Zamów już teraz!