Page 18FCEBD2B-4FEB-41E0-A69A-B0D02E5410AERectangle 52 Przejdź do treści

Szanowni Państwo!

Już jest – nowy „Przekrój”, a w nim jak zwykle dużo wszystkiego! Piszemy o bliskich nam wartościach, dalekiej Japonii i jeszcze dalszej Wenus. Rozmawiamy z dziećmi i mądrymi dorosłymi, przyglądamy się snom i fraktalom. Wiosenny "Przekrój", jak można go nie kupić?

Kup numer wiosenny

Przekrój
„Złotokap” – najnowszy film Ragnara Bragasona – obejrzała i zrecenzowała
2021-02-10 00:00:00
film
Ale duszno
 „Złotokap”
scenariusz i reżyseria: Ragnar Bragason
„Złotokap”
Islandia, Polska, 2020 r.
Czyta się 6 minut

Pamiętam sąsiadkę mojej babci, mieszkały balkon w balkon, a te balkony przedzielała tylko balustrada, i ta sąsiadka miała przechyloną głowę na jedną stronę – tak do ramienia. Gdy byłam dzieckiem, bardzo mnie to dziwiło, więc pytałam, czemu ta pani tak robi. Odpowiadano mi, że sąsiadka jest chora. Ktoś inny powiedział, że kiedyś widział ją, gdy stała na balkonie z prostą głową, dopóki tego kogoś nie zobaczyła i głowy nie przechyliła. Zdziwiło mnie to jeszcze bardziej i nie rozumiałam, czemu miałaby tak robić. Dalej tego nie rozumiem, choć teraz już zdaję sobie sprawę z tego, że w przyrodzie występują różne dziwne zjawiska, np. takie jak figury tworzone na potrzeby sąsiadów (i nie tylko), wzdychanie, pojękiwanie, narzekanie: na pierwszy rzut oka o rentę chodzi, a na drugi – o potrzebę współczucia, zainteresowania z czyjejś strony, żeby się ktoś zaopiekował, zajął, pożałował, bo tak mnie boli, nie mogę już chodzić, o jak ciężko, jestem taka zmęczona, już nie dam rady i tak kolejne dni w fotelu.

Jeśli fotel stoi na końcu stołu, tyłem do zasłoniętego okna, po lewej stronie ma stolik z gazetami i figurką jakiegoś zwierzęcia oraz czarne plastikowe lampy, po prawej komodę z wazonikami, roślinkami, dwiema lampkami nocnymi, a z tyłu lampę stojącą, na ścianie nad komodą kinkiety po obu stronach pionowego obrazu… jeśli tak to wygląda, to tak wygląda i tak ma być po wsze czasy na stałe i już. A ten fotel należy akurat do Indíany (świetna rola Sigrún Eddy Björnsdóttir), kobiety, Islandki, matki, mieszkanki mieszkania w bloku mieszkalnym, z zawodu… chyba od zawsze rencistki. Oszukuje system, jak się patrzy, wymyślając kolejne choroby, dolegliwości, od-urodzenia-niesprawności i wszystko, co tylko może dać rentę i towarzyszące jej profity. Ale nie tylko system, bo jęczy za każdym razem, gdy ktoś robi coś nie po jej myśli. Od 18 lat jeździ do tej samej hiszpańskiej miejscowości nad morzem, do tego samego hotelu, w Wigilię zjada zawsze ten sam deser, rytuał goni rytuał, a raczej stoją te rytuały obok siebie, bo dynamika tu nie istnieje. Bezpieczeństwo zapewnia status quo.

Indíana ma syna Unnara (Hallgrímur Ólafsson), którego usilnie wychowuje – on ma 39 lat, ale ona wciąż to robi – na swoje podobieństwo. Gdy Unnar poznaje Daniellę (bardzo fajna rola Karoliny Gruszki), dla której świat zbudowany przez Indíanę sprawia wrażenie trochę, jakby weszła do kurnika i zobaczyła, że jaja wysiadują żyrafy, to zaczyna się problem. Daniella w życiu idzie za ciosem emocji i sytuacji, jest otwarta na nowe, zresztą sam fakt, że wyjechała z Polski i przeprowadziła się na Islandię, już o tym świadczy. Ten motyw Polski jest tu ciekawy, bo nie dość, że Islandia jawi nam się zupełnie inaczej niż w stereotypach, to jeszcze Polkę i imigrantkę obserwują nie jako tę wyciągającą rękę po socjal, ale pracującą, tolerancyjną i wychodzącą światu naprzeciw. Tak na marginesie, to fakt, że to Polka, nie dziwi, bo – jak Internet głosi – jest „naszych” na tej wyspie około 20 tys. na 350 tys. mieszkańców, co stanowi prawie 40% wszystkich imigrantów. Daniella jest spontaniczna i unika rytuałów, dlatego staje się potencjalnym wrogiem, który mógłby zamachnąć się na tak pracowicie utkane poczucie bezpieczeństwa i stabilizacji w domu Indíany. Bez rytuałów są tylko strach i rozpacz, bo świat bez rytuałów wymaga improwizacji, działania na zasadzie akcja – reakcja, a to wszystko podparte emocjami. Indíana żyje w strachu przed jakimkolwiek odstępstwem od utartej normy.

Pielęgnuje też swe klaustrofobiczne lęki – ksenofobię, obcofobię, innofobię… Reżyser pokazuje Islandczyków jako ludzi zamkniętych na innych na tej swojej wyspie, święcie przekonanych, że nikt poza nimi samymi nie jest w stanie ich zrozumieć. Przeciwwagą do Indíany jest jej sąsiadka Jóhanna (też dobra Halldóra Geirharðsdóttir), która jest otwarta na świat i nowe doświadczenia, eksperymentuje z zagranicznymi przepisami kulinarnymi, a także z zachwytem chłonie opowieści o dalekich krajach i innych kulturach. Tyle że ta przeciwwaga jest pozorna, bo Jóhanna robi to wszystko w kołnierzu ortopedycznym niby po wypadku sprzed lat – i tak jak Indíana zamknięta jest w mieszkaniu, tak Jóhanna w bloku, Indíana zabarykadowała się przed światem, udając, że ten nie istnieje, a Jóhanna biega po klatce schodowej i puka do kolejnych mieszkań imigrantów po kolejne dawki egzotyki, udając, że świat jest na wyciągnięcie ręki i że marzy, by się tam znaleźć, tylko jakoś wciąż jej tam nie ma.

Islandia kojarzy się nam z przestrzenią, z tym, że jedzie się samochodem i długo, długo nic, a jak coś, to małe gdzieś tam w dolinie, a tu niebo i wielkie połacie przyrody. I jest czym oddychać! Tymczasem akcja filmu Bragasona dzieje się głównie w dusznym mieszkaniu, w którym aż prosi się o choćby lekkie uchylenie okna. Zieleń gra tu z kolorem wytartego złota, na kolejnych półkach i stolikach stoją figurki, pierdółki, bibeloty tak zwane, a słońce nie może przecisnąć się przez pozasłaniane okna, więc światło dają lampy, lampki nocne, lampki biurowe, kinkiety, zero świateł górnych, jasnych, a blasku dodaje poświata telewizora. To duszne mieszkanie znajduje się na osiedlu jak z katalogu: idealna geometria, czysto i tak, jak nam się kojarzą te rejony świata, od linijki i surowo, ale gdy już się w kąty proste bloku wejdzie, to jest zupełnie inna historia. Taki kontrast nam reżyser serwuje. Z tymi wnętrzami, kolorami i zbliżeniami kamery film ma trochę klimat jak z Delicatessen Jean-Pierre’a Jeuneta i Marca Caro. Kojarzy mi się też to z wnętrzami z Dziewczyny z szafy Bodo Koxa albo Zjednoczonych stanów miłości Tomasza Wasilewskiego, tym bardziej że mieszkanie ze Złotokapu to wiele roślin, bo i tytuł to roślina, takie małe drzewo albo duży krzew z Europy południowo-wschodniej. Na niego akurat słońce świeci i jego historia zawiązuje akcję, ale jest tu tylko pretekstem (lub symbolem do indywidualnej interpretacji).

W tej klaustrofobicznej przestrzeni żyją ludzie, którzy pogubili się tak bardzo w zaprojektowanej przez siebie rzeczywistości, że już sami nie wiedzą, co jest prawdą, a co dawno wymyślonym przez nich kłamstwem. Także ich bliscy nawet jeśli wiedzą, że coś jest kłamstwem, to biorą to na serio i też się gubią i w swoich, i w cudzych kłamstwach – i życie to jest jakby na niby. Jak się tak na to wszystko patrzy, to chciałoby się użyć słowa „karykatura”, bo ci bohaterowie zarysowani są z wyraźnym podkreśleniem swych dziwactw, cudactw i śmieszności, ale lepszym słowem będzie chyba „podręcznikowy”. Złotokap to sprawny scenariusz, groteska i humor, wiadomo, że to wszystko takie smutne i tragiczne, bo tragedia jest zawsze, gdy człowiek życia nie przeżywa, a przeleży, ale Bragason robi to z fajnym dystansem. I choć ani temat maminsynka, ani pasożytujących na państwie obywateli, ani sztafety pokoleń w nieudolności i tkwieniu w bezruchu itd. itp. nie jest nowy, to jednak Złotokap ciekawie wpisuje się w tego typu historie. A fakt, że jest z Islandii, którą akurat w taki sposób chyba rzadko sobie wyobrażamy, to duży plus, bo autoironia zawsze jest dużym plusem, tym bardziej u – z definicji oddzielonych od świata – wyspiarzy. I niby Islandia to wyspa, przestrzeń, wiatr, a tak duszno.

 

Pisanie to nasza pasja. Pomóż nam poświęcać się jej jak najdłużej. Wesprzyj Fundację PRZEKRÓJ.

* Pola wymagane

Data publikacji:

okładka
Dowiedz się więcej

Prenumerata
Każdy numer ciekawszy od poprzedniego

Zamów już teraz!

okładka
Dowiedz się więcej

Prenumerata
Każdy numer ciekawszy od poprzedniego

Zamów już teraz!