Page 18FCEBD2B-4FEB-41E0-A69A-B0D02E5410AERectangle 52 Przejdź do treści

Szanowni Państwo!

Wiele osób spośród naszych Czytelników i Czytelniczek wybiera tradycyjną drukowaną wersję kwartalnika, ale są także tacy, którzy coraz częściej korzystają z nośników elektronicznych. Dlatego wprowadzamy cyfrową wersję „Przekroju”. Zapraszamy do wykupienia prenumeraty, w której ramach proponujemy nieograniczony dostęp do aktualnych i archiwalnych wydań kwartalnika.

Ci z Państwa, którzy nie zdecydują się na prenumeratę, będą mieli do dyspozycji bezpłatnie 7 „Przekrojowych” tekstów oraz wszystkie rysunki Marka Raczkowskiego, krzyżówki, recenzje, ilustracje i archiwalne numery z lat 1945–2000. Zapraszamy do lektury!

wykup prenumeratę cyfrową
Stach Szabłowski

Globalne Bronowice

Stach Szabłowski
Globalne Bronowice

Czy globalizacja została odwołana? Dumałem ostatnio na ten temat, wracając z otwarcia Biennale w Wenecji. Samolot błyskawicznie oddalał się od basenu Morza Śródziemnego, pędząc w stronę Europy Środkowej i jeszcze dalej – do Polski. A w Polsce, jak to w Polsce, znowu urządzano akurat „Wesele”.

W tym samym czasie, kiedy w Wenecji otwierano Biennale, Kraków szykował się na premierę dramatu Wyspiańskiego w reżyserii Klaty. Inscenizacja jest nowa, ale dramat nie tylko odwieczny, lecz także z natury swojej totalnie antyglobalistyczny. Bo o jakiej globalizacji tu mówić, skoro przez ostatnie 100 lat nie daliśmy nawet rady dotańczyć do końca tego całego chocholego tańca?

Takie rzeczy tylko w powstałej z kolan Polsce? Tylko w Krakowie, który od 100 lat nie może otrząsnąć się z chocholego uroku – i nawet wieczorne wrzaski brytyjskich kawalerów nie są w stanie ocucić zaklętego miasta? Gdyby tylko! Przecież w Wenecji, na Biennale, nie było tak bardzo inaczej. Tegoroczne wystawy przypomniały mi niejasną obietnicę z lat 90. W tych zamierzchłych czasach, kiedy podobno skończyła się historia (okazało się, że była to jedynie króciutka przerwa...), obiecywano, że plemienny świat narodów, który wymyślono w XIX w., w stuleciu XXI odejdzie na zasłużoną emeryturę. Sztuka współczesna, bodaj najlepiej zglobalizowana dziedzina światowej kultury, miała się znaleźć w awangardzie sił wykuwających formy nowych, uniwersalnych i postnarodowych tożsamości. Granice to anachronizm, szczególnie w sztuce, która w ogóle ich nie zna. W Wenecji przebąkiwano wówczas o likwidacji systemu narodowych pawilonów wystawowych jako przeżytku kolonialno-imperialistyczno-szowinistycznej epoki. Całe szczęście, że z nich pochopnie nie zrezygnowano, bo dziś są jak znalazł...

W XX w. w weneckich pawilonach narody prężyły kulturalne muskuły, pokazując, kto ma „większą” sztukę. Potem pokazywano w nich chętnie, kto ma sztukę najbardziej międzynarodową i najmniej prowincjonalną. Teraz mamy jednak rok 2017; hasłem dnia jest trumpowskie „America First!” – i kwestie plemiennej tożsamości do wielu pawilonów powróciły. Kultury narodowe nie rozpuściły się więc w globalnym tyglu, ale pod jego wypływem przeistoczyły się w rodzaj zbiorowej neurozy. W pawilonie Finlandii oglądałem więc pyszną wystawę na temat paranoi „późnej fińskości”, w pawilonie koreańskim nurzałem się w obłędzie „późnej koreańskości”, zwycięskiego pawilonu niemieckiego pilnowały niemieckie, szkolone dobermany. Na tych wystawach można było poczuć się niemal jak u siebie w domu, w Polsce, w której nie sposób dojść do ładu z późną polskością. Najbardziej swojsko było jednak w pawilonie Malty. 

Zamów prenumeratę cyfrową

Z ostatniej chwili!

7 to nadzwyczajna liczba w numerologii – w Chinach brzmi podobnie do słowa „pewny”. U nas masz siedem pewnych i bezpłatnych artykułów do przeczytania w tym miesiącu. To pierwszy z nich. Może jednak już teraz warto zastanowić się nad naszą niedrogą prenumeratą cyfrową, by mieć pewność, że żaden limit Cię nie zaskoczy?

Bohaterem tej wystawy jest homo melitensis, czyli specjalny gatunek „człowieka maltańskiego”. Z pozoru przypomina innych przedstawicieli rodzaju ludzkiego, ale wyróżnia się niepowtarzalną – maltańską! – tożsamością. Aby wyjaśnić jej zawikłaną naturę, maltańscy kuratorzy urządzili encyklopedyczną wystawę, na której zgromadzili wszystko – od dzieł współczesnej sztuki maltańskiej na maltańskie tematy, przez reprodukcje znalezisk archeologicznych, po komiksy, figurki Playmobil (na Malcie znajduje się druga na świecie pod wględem wielkości fabryka tych popularnych zabawek) i cukierki „Maltesers”; nie zabrakło też wizerunków piesków maltańczyków. Wyszło z tego coś w rodzaju gabinetu osobliwości, który niczym mozaikowe zwierciadło odbijać miał świadomość „człowieka maltańskiego”. Czy w tym zwierciadle mógł przejrzeć się „człowiek polski”? Oczywiście z Maltańczykami wiele nas dzieli – ale tylko pozornie. Jak można się było przekonać na wystawie, łączy nas np. rygorystyczny stosunek do aborcji, upodobanie do krzyży (nie tylko maltańskich), a także tradycyjna gościnność, która – podobnie jak polska – idzie w parze z żywą niechęcią do przyjmowania uchodźców. Na Malcie działa nawet rozgłośnia o swojskiej nazwie Radju Marija. Do tego język maltański (semicki w swej podstawie, ale z mocnymi naleciałościami włoskimi i angielskimi) okazuje się przebogaty w soczyste przekleństwa.

Malta jest malutka, Polska średnia, ale w obu narodach jest pielęgnowane poczucie własnej wielkości, skombinowane z poczuciem niższości wobec obcych, zwłaszcza Niemców. Malta, na której według niepotwierdzonych pogłosek i trochę niechcący miał wylądować sam Święty Paweł, uważa się, zupełnie jak my, za przedmurze chrześcijaństwa. Malta ma jedne z najpiękniejszych zabytkowych fortyfikacji na Morzu Śródziemnym – to sprzyja myśleniu w kategoriach oblężonej twierdzy i nie tylko dlatego, że wyspa jest naprawdę oblężona przez turystów. 

Dzięki wizycie w pawilonie Malty w Wenecji powrót do Polski okazał się niemal niezauważalny. Globalna rzeczywistość jest być może różnorodna, ale kultury narodowe okazują się tak do siebie podobne, że łatwo jedną pomylić z drugą. Zresztą postnarodowa rzeczywistość jest przecież tylko liberalnym urojeniem – to zbudowana z urojeń świadomość narodowa jest twardą rzeczywistością. Nazajutrz po powrocie znalazłem się zatem na Weselu Klaty, wśród widziadeł Wyspiańskiego majaczących w oparach polskiej neurozy. W Teatrze Narodowym, który stał się właśnie twierdzą oblężoną przez siły kultury narodowej. Oglądając przedstawienie, myślałem o tym, że naprawdę doczekaliśmy się globalnej wioski, tyle że takiej, która dziwnie przypomina Bronowice.
 

Data publikacji: