Strona główna > Wydarzenia > Kraj > Kochajcie donosicieli, kochajcie, do jasnej cholery!
1.02.2010
Kochajcie donosicieli, kochajcie, do jasnej cholery!

Agnieszka Fiedorowicz

Informują, by ocalić ludzkie życie, pieniądze, a czasem tylko po to, by uczynić osiedle bezpieczniejszym. Zamiast nazywać ich pogardliwie donosicielami, wstępujmy w ich szeregi

Powiększ zdjęcie

Wymyślił i narysował Marek Raczkowski
Euforia to za dużo powiedziane. poczułem niewyobrażalną ulgę. Proszę sobie wyobrazić: dwa lata walki, szykan, potem proces. Mój były pracodawca mieszał mnie z błotem. Wmawiano mi, że zostałem wyrzucony na własne życzenie i z własnej winy. I oto sąd oświadcza, że pracodawca postąpił niesłusznie – Piotr Sułek, spokojny 40-latek, uśmiecha się na wspomnienie 8 grudnia 2009 roku. Tego dnia Sąd Rejonowy dla Warszawy-Żoliborza przyznał pozywającemu Sułkowi prawie 10 tysięcy złotych odszkodowania, a wypowiedzenie mu pracy uznał za nieuzasadnione.

– To wyrok bezprecedensowy, niezwykle ważny – podkreśla teraz Maciej Bernatt z Helsińskiej Fundacji Praw Człowieka, która od początku angażowała się w to postępowanie. – Sąd mocno podkreślił, że w sprawie pojawił się problem tak zwanego whistleblowera, czyli osoby, która decyduje się na ujawnienie nieprawidłowości w swojej pracy i w związku z tym doświadcza represji ze strony pracodawcy.

Miesiąc po ogłoszeniu wyroku siedzę z Piotrem Sułkiem przy stoliku warszawskiej kawiarni. Przed nami sądowe papiery. – Jak smakuje zwycięstwo? – pytam. – Gorzko – odpowiada. – Gdy opadły pierwsze emocje, zdałem sobie sprawę, że nie wygrałem. Były pracodawca osiągnął swój cel: pozbyto się mnie.

Dwa lata temu miał normalne życie, rodzinę, ciekawą i stabilną pracę redaktora naczelnego firmowego tygodnika „Poczta Polska” wydawanego przez spółkę Post Media Serwis (teraz Post-Tel).  – Z racji funkcji często spotykałem się z szefem Poczty. Wydawało mi się, że możemy otwarcie rozmawiać o trudnych sprawach – wspomina. – I co ja takiego zrobiłem? Po prostu w trudnej dla Poczty sytuacji wskazałem, w dobrej wierze, źródło oszczędności – Piotr Sułek znów się uśmiecha. – Oczekuję jeszcze przywrócenia do pracy przez sąd. Żebym poczuł sprawiedliwość – podsumowuje.

Pytam, czy po tym, co go spotkało w byłej firmie, ma ochotę wracać. Odpowiada: – Chcę wrócić do redakcji z wyrokiem sądowym, z podniesionym czołem. I powiedzieć: miałem rację.

Walczę z przekrętami
– Potrzeba poinformowania, że „źle się dzieje”, tkwi w większości z nas. Różni nas tylko próg tolerancji na nieprawidłowości – tłumaczy doktor Wojciech Rogowski, specjalista nadzoru korporacyjnego ze Szkoły Głównej Handlowej w Warszawie. I rysuje człowieczka: – Proszę sobie wyobrazić, że wdepnęliśmy w bagno. Gdy sięga nam po kostki, większość nie reaguje. Zakładamy kalosze, podwijamy nogawki. Gdy sięga piersi, zaczyna utrudniać oddychanie. Wszyscy są już zanurzeni po szyję, ale często nadal udają, że nic się nie dzieje. I wreszcie ktoś zaczyna krzyczeć. Sprowadza pomoc i ratuje pozostałych. Jeśli nikt nie zakrzyknie, to wszyscy utoniemy.

Tadeusz Pasierbiński, 67-letni ginekolog z podkatowickiego Mikołowa, nie wygląda na rewolucjonistę. Z początku mówi spokojnie, jednak kiedy zaczyna opowiadać o „sprawie”, jego głos potężnieje, jakby od środka rozpalał go ogień. – Wolę walki mam we krwi – oświadcza. – Ojciec zginął w 1944 roku w więzieniu na stołecznym Pawiaku jeszcze przed moim urodzeniem. Stryj poległ pod Tomaszowem Lubelskim. A ja walczę z przekrętami.

Nic nie zapowiadało, że i on zostanie bojownikiem. – Za komuny trzymałem się z boku. Żyłem dla rodziny. W 1988 roku zrobiło się naprawdę ciężko. W sklepach pustki, dzieci malutkie. Wyjechałem na kontrakt do Libii – wspomina. Półtora roku później wrócił. Został radnym, najpierw gminy, potem powiatu. Pracował w szpitalu. Szanowany, lubiany. – Koledzy namawiali mnie nawet, żebym kandydował do okręgowej izby lekarskiej. Powtarzali: „Tadziu, jesteś uczciwy, to powinieneś pilnować, żeby z naszego szpitala nikt sobie folwarku nie robił”. Chyba za poważnie wziąłem sobie to do serca – wzdycha Pasierbiński.

Kwiecień 2001 roku pamięta tak dobrze, jak zapamiętałby początek wojny. Z powiatowego szpitala odchodzi na emeryturę ordynator ginekologii. Pasierbiński z kolegami z oddziału niecierpliwie czeka na następcę. – Stary ordynator był dobrym fachowcem, ale na nowych metodach leczenia się nie znał i nam nie pozwalał się uczyć. Miało więc przyjść nowe, lepsze, wyłonione w konkursie. Ale pewnego dnia usiadłem z kandydującym na stanowisko ordynatora lekarzem i ten mówi, że gdy zgłosił się z papierami do wojewódzkiego konsultanta do spraw ginekologii, usłyszał: „Panie kolego, Mikołów jest już obsadzony”. W takiej sytuacji konkurs to fikcja – mówi Pasierbiński. Rozpytuje, zasięga języka o przyszłym szefie. – Włos mi się zjeżył. Usłyszałem, że rozwalił zespół na oddziale w poprzednim szpitalu, a jego niekompetencja doprowadziła do zagrożenia życia pacjentów – opowiada.

Doktor Pasierbiński o wątpliwościach informuje okręgową izbę lekarską. Na próżno – kandydat wygrywa konkurs. Pasierbiński jest radnym powiatu, więc ostrzega radę, która zaleca dyrektorowi szpitala, by nie zatrudniał kandydata. – Tamten wzywa na pomoc swego protektora, czyli konsultanta, profesora zresztą. Profesor prosi po dobroci: „Panie Tadeuszu, to dobry fachowiec, o co panu chodzi?” – mówi lekarz.

Przepychanki trwają rok. Wreszcie sąd decyduje – rada nie miała kompetencji, by zakazać zatrudnienia ordynatora. Nowy szef obejmuje stanowisko. Pasierbiński jest zdruzgotany.

Demaskator, ale kapuś
– Takich ludzi nazywa się whistleblowerami, czyli w dosłownym tłumaczeniu „dmuchającymi w gwizdek”. Nazwa pochodzi od brytyjskich policjantów, którzy używają gwizdka w przypadku niebezpieczeństwa. Dziś nazywa się tak osoby, które będąc świadkiem bezprawnego działania, zabiegają o jego wyeliminowanie – tłumaczy Anna Wojciechowska-Nowak, ekspert z Fundacji Batorego, która w ramach Programu Przeciw Korupcji bada problematykę społecznych informatorów i im pomaga. Nie lubi słowa „donosiciel”. – Nawet z dodatkiem „społeczny” to słowo źle się w Polsce kojarzy – twierdzi. Woli nazywać ich „sygnalistami” lub „demaskatorami”. Niestety, zamiast doceniać ich poświęcenie, większość społeczeństwa przylepia im łatkę kapusia.

– To kwestia mentalności narodowej – ocenia profesor Nikolai Genov, socjolog z Freie Universität, jednej z czterech największych uczelni w Berlinie. – W języku niemieckim słowo „informer” jest neutralne, a informowanie obywatelskie jest zupełnie normalną postawą. Sąsiad bije dziecko? Dzwonisz do instytucji chroniącej dzieci. Pali śmieci? Do ekologicznych służb porządkowych – wylicza. Pomaganie władzy wyrasta w Niemczech z zaufania do systemu. – Tymczasem w młodych demokracjach państw wschodnich postawa obywatelska wciąż wyrażana jest poprzez bunt wobec władzy – mówi profesor.

– W Polsce z władzą walczyliśmy za zaborów, okupacji i za komuny. A współpraca z nią dla wielu równała się zbrodni – tłumaczy doktor Rogowski. – Trudno o tym zapomnieć.

Ratuję firmę, a więc wszystkich
15 lutego 2008 roku w południe Piotr Sułek odbiera telefon z redakcji. Dzwonią współpracownicy: „Piotrek, przyjeżdżaj natychmiast, coś złego się dzieje. Komisyjnie pakują twoje rzeczy, a pani prezes przed chwilą oświadczyła, że przedstawi nam nowego naczelnego” – relacjonuje Sułek. Jest zaskoczony. Od trzech dni siedzi w domu na zwolnieniu, bo opiekuje się trójką przeziębionych dzieci. – Zero SMS-ów, e-maili, że chcą mnie zwolnić. Dzwonię do pani prezes i do szefa Poczty. Uspokajają: „Pan przyjedzie, wyjaśnimy” – opowiada Piotr Sułek. – Zaproszono mnie na spotkanie z zarządem. Nie pojechałem. Gdybym to zrobił, pracodawca mógłby mi potem zarzucić, że ukrywałem się na zwolnieniu lekarskim – wspomina.

W piśmie skierowanym do naszej redakcji Spółka Post-Tel wyjaśnia teraz: „Pan Piotr Sułek korzystał z długotrwałego zwolnienia lekarskiego, w związku z czym zaszła konieczność powierzenia jego obowiązków innej osobie”.

– Gdy tak wtedy siedziałem w domu, wszystko zaczęło mi się układać. To było pierwsze ostrzeżenie – mówi. Przed czym? – Bo powiedziałem głośno to, o czym inni tylko szeptali – wyjaśnia. W pocztowym tygodniku Piotr Sułek pracuje od 2006 roku. Dziwi się, po co zatrudniającej średnio 26 osób spółce aż 4 prezesów i tyluż podległych im dyrektorów. O tym, że są to stanowiska, na które rządzący politycy (wówczas PiS) „upychają” swoich ludzi, plotkuje cała redakcja. – Ale tylko ja poruszyłem ten temat w rozmowie z prezesem Poczty. Trochę żartem zauważyłem, że tak duży zarząd generuje koszty – opowiada Sułek.

Po odsunięciu od obowiązków przystępuje do kontrataku. – Trzeba było coś zrobić. Akurat w całej Poczcie robiło się gorąco: związki zawodowe szykowały strajk generalny. W czasie negocjacji podwyżek każda dodatkowa suma pieniędzy była na wagę złota. A stawka była wysoka: szansa na uniknięcie strajku, który na co najmniej tydzień sparaliżowałby Pocztę, a co za tym idzie – cały kraj – mówi Piotr Sułek. – Poza tym czułem, że firma może chcieć poszukać oszczędności nie w gronie dyrektorskim, ale pracowniczym. I zwolni część moich dziennikarzy – dodaje. O niegospodarności w spółce pisemnie poinformował sprawującego kontrolę nad Pocztą wiceministra infrastruktury. Ministerstwo nic jednak nie zrobiło. – Po kilku tygodniach udostępniłem list dziennikarzom „Gazety Wyborczej”. Kilka dni po publikacji zwolniono mnie dyscyplinarnie. Pracodawca „utracił do mnie zaufanie” – wspomina. Postawiono mu też zarzut „ujawnienia tajemnicy służbowej”. W tekście bowiem została podana kwota, jaką Poczta wypłaca na utrzymanie tygodnika – 4,1 miliona złotych,  z czego ponad połowa, jak sugerował Sułek, to wynagrodzenia prezesów. Tyle że dane te były jawne i dziennikarze wyciągnęli je z Krajowego Rejestru Sądowego. Sąd więc tego powodu nie uznał za zasadny. Dlatego dziś w piśmie do redakcji Post-Tel informuje, że powodem wypowiedzenia był między innymi „brak kompetencji do zajmowania stanowiska”.

Po wyrzuceniu z pracy Sułek został sam. Koledzy współczuli, ale po cichu. Przypadkowo spotkana dawna współpracownica rzuciła wprost: „Jak mogłeś nam zrobić takie świństwo?” – Jak to? Przecież chciałem ratować firmę, a więc nas wszystkich? – zastanawiał się.
– Osoby, które sygnalistów nazywają donosicielami, prawdopodobnie nie widzą, że nabieranie wody w usta przekłada się na niezapłacone podatki, czyli na biedne szkoły, brak przedszkola na moim osiedlu, a ustawiony przetarg to dziurawa droga. Sygnalista działa w poczuciu ochrony interesu społecznego, jednak ostatecznie to, co robi, przekłada się na interes jednostkowy – mówi Anna Wojciechowska-Nowak z Fundacji Batorego.

Tymczasem z badań globalnej firmy konsultingowej PricewaterhouseCoopers wynika, że koszty ponoszone przez społeczeństwo, które nie promuje obywatelskiego informowania, mogą być gigantyczne (jak szacuje raport, w USA sięgają pięciu procent PKB). – Dokładne straty trudno ocenić, bo na przykład brak donosicielstwa promuje wynosicielstwo, czyli kradzież – uważa doktor Rogowski. –  W dodatku bez informatorów nie jesteśmy w stanie zapobiegać wielu poważnym zagrożeniom powodowanym przez wcześniej niewykryte zaniedbania – mówi doktor Rogowski. – Dlatego w USA, kolebce whistleblowingu, pierwsze struktury etyczne promujące społeczne informowanie powstawały w latach 70. we wrażliwych na zagrożenia sektorach, jak lotnictwo, zbrojeniówka, służba zdrowia.
1 2

wpisz swój komentarz

Tytuł: Pseudonim:  
Treść: E-mail:

Zapisz

Wydawnictwo "Przekrój" sp. z o.o. zastrzega sobie prawo do usuwania komentarzy łamiących polskie prawo lub zasady dobrego wychowania.  

komentarze do artykuŁu

2010.02.03 11:36

Czy redaktorzy nie znają polskich określeń podobnych do powyższego słowa? Zdaje się, że znają używając chociaż określenia demaskator. Posługujmy się językiem polskim, a redaktorzy...

Koszmarnie za długi tekst, a gdzie był redaktor??? Tekst nie jest przecież jak worek na wszystkie odpady.

Pytajnik
2010.02.02 13:07

...kiedyś was zlustrują.

Kot Pik

Wszystkie