|
Jak nie zerwać zatrutego jabłka
rozmawia Agnieszka Fiedorowicz Z profesorem Romanem Tokarczykiem, specjalistą prawa amerykańskiego na UMCS, rozmawia Agnieszka Fiedorowicz
Amerykańskie filmy kryminalne od lat skutecznie edukują także polskie społeczeństwo. Terminy „ława przysięgłych” czy „precedens”, choć nieobecne w polskim prawie, są dobrze Polakom znane. Podobnie jest z zasadą „owoców z zatrutego drzewa” – dowodów, których nie dopuszczają amerykańskie sądy. Głośno o nich w związku z ostatnimi polskimi aferami korupcyjnymi. Mówi się, że dowody, pozyskiwane na przykład przez polskie Centralne Biuro Antykorupcyjne, to takie owoce. Czym w takim razie one są?
– Rozwiązanie to pochodzi z krajów kultury prawa anglosaskiego: Wielkiej Brytanii i USA. Pojęcie to należy rozpatrywać łącznie na kilku płaszczyznach. Językowo, jak logika i nauki przyrodnicze podpowiadają, „owoce z zatrutego drzewa” (ang. fruit of the poisonous tree), są zatrute, ponieważ pochodzą z zatrutego, złego drzewa. Ta fraza ma pochodzenie biblijne, w Ewangelii świętego Mateusza czytamy, że „Albo uznajcie, że drzewo jest dobre, wtedy i jego owoc jest dobry, albo uznajcie, że drzewo jest złe, wtedy i owoc jego jest zły; bo z owocu poznaje się drzewo”. Zasady tej, wbrew powszechnemu mniemaniu, nie wymyślili Amerykanie, to jedna z podstawowych zasad prawa anglosaskiego, którego ojczyzną jest Wielka Brytania, a USA tylko przejęły i udoskonaliły jego dorobek. Pierwszy raz pojawia się na początku XVII wieku, gdy król walczący z opozycją nakazał dostarczać na piśmie dowody oskarżenia. W USA to doktryna dość młoda – sięga precedensu z 1920 roku i procesu firmy Silverthorne Lumber Co. przeciwko Stanom Zjednoczonym. Jej właściciel, Frederick Silverthorne, usiłował uniknąć płacenia podatków. Agenci federalni nielegalnie skopiowali jego księgi rachunkowe. Powstało pytanie, czy dowody pozyskane nielegalnie mogą być prezentowane w sądzie. Sąd Najwyższy orzekł, że może to prowokować policję do gwałcenia w „imię dobra śledztwa” IV poprawki do konstytucji i nie dopuścił dowodów. A więc prawnie są to „dowody pozyskane nielegalnie”? – Dowody pozyskane w wyniku działań (na przykład rewizje, podsłuch czy prowokacja) nielegalnych – to znaczy takich, na które zgody nie wydał sąd. Osobnym przypadkiem są dowody pozyskane w wyniku przestępstwa, na przykład tortur podejrzanego czy sfałszowania dokumentów w prowokacji. Dowodów pochodzących z takiego źródła, czyli przestępstwa, nie dopuści żaden szanujący się sędzia. Zasada „owoców zatrutego drzewa” jest niestety bardzo pożądana przez polityków, bo wyraża makiaweliczną zasadę, że „cel uświęca środki”. W ten sposób łatwo pozbawić prawa jego źródła w moralności. Rezygnując z oceny, czy dane działanie jest moralne, czy nie, skupiamy się na celu, którym jest na przykład ujęcie przestępcy. Także w Stanach po 11 września trwa zażarta dyskusja o zasadności stosowania tej zasady na przykład w kontekście przesłuchań terrorystów podejrzewanych o organizowanie zamachów na terenie USA. Administracja Busha przyzwalała na gwałcenie tej zasady, działając, jak to uzasadniano, w „imię wyższego dobra”. Aby zapobiec zamachom, zeznania wymuszano na przykład torturami. Ta zasada budzi więc spory etyczne, a jej nieprzestrzeganie jest bardzo na rękę politykom. W polskim prawie nie obowiązuje zasada „owoców zatrutego drzewa”. Każdy dowód, także ten uzyskany niezgodnie z przepisami, powinien być przez sąd oceniony. Artykuł 7. Kodeksu postępowania karnego mówi wręcz, że „Organy postępowania kształtują swe przekonanie na podstawie wszystkich przeprowadzonych dowodów, ocenianych swobodnie z uwzględnieniem zasad prawidłowego rozumowania oraz wskazań wiedzy i doświadczenia życiowego”. A jak jest na gruncie prawa anglosaskiego? – Działa tam zasada podwójnej kontroli legalności. Na pierwszym etapie – w ramach formalnej procedury zdobywania dowodów – materiał jest gromadzony przez organy śledcze. Następnie następuje materialna ocena znaczenia dowodów. Dowody, tak jak w Polsce, ocenia sędzia. Ale dzięki obowiązywaniu zasady „owoców z zatrutego drzewa” ma on komfort, że odpowiedzialne za śledztwo prokuratura i policja stanęły na głowie, by zebrany materiał był legalny i nie budził sędziowskich wątpliwości. Jak ta zasada dziś działa w praktyce? – Rozpatrzmy przykład prowokacji. To narzędzie jest legalnie wykorzystywane przez wiele amerykańskich służb, między innymi FBI i DEA (Drug Enforcement Administration). Stosuje się je jednak tylko w ograniczonym zakresie, między innymi w przypadku recydywistów lub bardzo dużego prawdopodobieństwa popełnienia przestępstwa przez daną osobę. Przykładem może być zakup kontrolowany narkotyków od osoby od dawna podejrzewanej o handel nimi. W przypadkach takich jak sprawa Sawickiej czy Marczuk-Pazury Centralne Biuro Antykorupcyjne powinno mieć informacje o trwającym korupcyjnym procederze, a celem akcji powinno być ich zweryfikowanie. Było odwrotnie – agent dopiero podsuwał korupcyjne sugestie. W ten sposób CBA mogłoby prowadzić akcje przeciwko większości społeczeństwa. Sukces zależałby od kwoty. W prowokacjach stosowanych na gruncie kultury prawa anglosaskiego ostro przestrzega się, by metody w nich wykorzystywane czy same rekwizyty, nie pochodziły lub nie powstały w wyniku przestępstwa. Na przykład FBI czy DEA badają tworzenie fikcyjnych tożsamości osób lub firm. Nie do pomyślenia jest jednak, znane z działań CBA, fałszowanie podpisu realnego urzędnika. Za takie przestępstwo agent odpowiada jak za zwykłe fałszerstwo, a dowody z miejsca tracą wartość. Jednak, jak to bywa w prawie anglosaskim, które jest przecież prawem precedensowym, niczego nie należy generalizować. Amerykański prawnik nie dyskutuje o ogólnych zasadach prawa, mówi: daj mi konkretną sprawę, a ja zastanowię się, jakie przypadki były do niej podobne i jakim tropem mam pójść. Czasem, w dwóch z pozoru identycznych przypadkach mogą zapaść dwa różne rozstrzygnięcia. Zasada „owoców” nie chroni zawsze. Posłużmy się przykładem: w przypadku rewizji dokonywanych przez policję wielbiciele amerykańskich kryminałów powiedzą, że taka rewizja nie może odbyć się bez nakazu sądu. Ale czasem odstępuje się od tej zasady, na przykład gdy zachodzi podejrzenie zniszczenia przez podejrzanego dowodów, policja wkracza bez nakazu. Tyle że w przeciwieństwie do polskich służb, efekt takiego przeszukania policja musi przedstawić sędziemu, a ten na podstawie zebranego materiału legalizuje taką rewizję lub jej nie legalizuje. Dopiero od tej decyzji zależy, czy dowody z rewizji trafią do sądu. Istnieje wiele wyjątków, na przykład bez nakazu władze college’u mogą przeszukać pokoje studentów w kampusie, jeśli zachodzi obawa posiadania przez nich broni, materiałów wybuchowych czy narkotyków. Szczególnie ciekawe na gruncie polskim jest nadużywanie przez służby narzędzia podsłuchów. Wprawdzie teoretycznie zgodę na podsłuch wydaje sąd. Ale z jednej „zgody” pączkują nowe przez tak zwane „zarażanie podsłuchami” – czyli podsłuchiwanie rozmówców osób, na których podsłuchy zgodę wyraził sąd. – Zasada „zatrutych owoców” chroni przed tymi nadużyciami. Po pierwsze, sąd nie wyda zgody na podsłuch bez uzasadnienia, że osoba podsłuchiwana z dużym prawdopodobieństwem popełniła lub popełni przestępstwo. Po drugie, zgoda jest na jedną osobę i dowody uzyskane w wyniku „zarażenia kogoś podsłuchem” nie będą brane pod uwagę. Choć amerykańskie służby podsłuchują podobno dużo i często, dowody z podsłuchów są w sądzie wykorzystywane jako ostatnie, tylko na potwierdzenie tego, co udało się zebrać w formie innych materiałów dowodowych. Polscy politycy oraz środowisko adwokackie chcą ukrócić samowolę służb specjalnych kuszących prokuratorów i sędziów nielegalnie pozyskanymi dowodami. Lekarstwem mają być „owoce z zatrutego drzewa”. Czy to ma sens? – Nie możemy amerykańskich czy brytyjskich rozwiązań traktować jako remedium na polskie bolączki. Zasada „owoców z zatrutego drzewa” wyrasta z gruntu prawa precedensowego i nie da się jej prosto przenieść na polski grunt, gdzie rządzi prawo stanowione. Czy ma to sens? Na pewno, bo zasada „owoców z zatrutego drzewa” chroni obywateli przed arbitralnością działań władzy. Pytanie, czy należy wprowadzać je do kodeksu? Praktyka pokazuje, że takie czy inne zasady anglosaskiego prawa przenikają na polski grunt wieloma drogami, szczególnie drogą prawa Unii Europejskiej. Wyroki odwołujące się do tej zasady wydaje na przykład Europejski Trybunał Praw Człowieka w Strasburgu, który mając do czynienia zarówno ze skargami z krajów prawa kontynentalnego, jak i anglosaskiego, bazuje na obydwu. Taką pochodną używania zasady „owoców z zatrutego drzewa” jest choćby powoływanie się przez obrońców na anglosaskie tak zwane „entrapment”. Mamy z nim do czynienia, gdy agent prowokuje osobę do popełnienia przestępstwa, którego ta z dużym prawdopodobieństwem nigdy nie popełniłaby bez „interwencji służb”. Próby wprowadzania przynajmniej elementu tej zasady mogą się także spotkać z oporem organów śledczych, którym ograniczenie sposobów pozyskiwania dowodów na pewno utrudni pracę. Legalne prowadzenie postępowania jest znacznie trudniejsze niż nielegalne prowokacje. Jak już wspominałem, „owoce z zatrutego drzewa” są idealnym narzędziem dla polityków, służącym rozgrywaniu politycznych rozrachunków, dokonywaniu zmian w rządzie, jak w aferze gruntowej, czy kompromitacji określonej partii, jak w przypadku posłanki Beaty Sawickiej. Politycy nie dadzą sobie tak łatwo tej broni odebrać, toteż „owoce z zatrutego drzewa” w omawianym tutaj sensie będą, oby niezbyt długo, zatruwać jeszcze w Polsce nastroje społeczne i polityczne. rozmawiała Agnieszka Fiedorowicz przekroj.pl wpisz swój komentarznajnowszeTylko na wwwKoniecznie przeczytaj![]() ![]() ![]() Promocjapolecamy numer 11/2010
|
|