29.06.2010
Elastyczni, mobilni, zbędni

Jarosław Makowski

Praca nie może być na stałe. Nie może przykuwać nas do jednego miejsca zatrudnienia ani emocjonalnie angażować. Na wytworzonym przez nowy kapitalizm rynku pracy pozwolą ci przetrwać tylko elastyczność, zadaniowość i mobilność. Człowieku, jeśli ich nie nabierzesz, giń…

Praca jest osią solidarności
Ksiądz Józef Tischner

    Poczucie braku bezpieczeństwa, zwłaszcza jeżeli mowa o utracie pracy, jest dziś doświadczeniem powszechnym. Nie znasz dnia ani godziny, kiedy możesz znaleźć się na bruku. Korporacje czy banki, które jeszcze wczoraj znajdowały się na czołowych miejscach list najlepiej zarządzanych instytucji finansowych, z dnia na dzień zwijają działalność. Pamiętacie, jak kończył żywot Enron albo jak nagle upadł Lehman Brothers? Nie lepiej jest z małymi przedsiębiorstwami.

    Powszechne jest również uczucie bezradności. Brakuje nam narzędzi, które pozwoliłyby zapanować nad wspomnianym ryzykiem. Z groźbą utraty pracy nie radzimy sobie ani indywidualnie, ani zbiorowo (związki zawodowe, państwo). Ba, widmo bezrobocia spadającego jak grom z jasnego nieba sprawia, że za dobrą monetę bierzemy teorie, jakoby „elastyczne formy zatrudnienia” czy „odejście od angażu na etat” były najlepszym z możliwych rozwiązań – zarówno dla pracodawców, jak i pracowników. W końcu potrafimy uwierzyć nawet i w to, że „mobilna siła robocza” wręcz stanowi szansę na stworzenie nowoczesnego rynku pracy. Czy aby na pewno?
    
Imperium bezrobotnych
    Neoliberalni ideolodzy i fachowcy od zarządzania zasobami ludzkimi żądają, byśmy nie myśleli o pracy inaczej niż w kategoriach ekonomicznych. Nie ustają więc w przekonywaniu nas, że w pracy mamy być elastyczni i mobilni, aby potem bez przeszkód i wyrzutów sumienia mogli zwolnić „zbędnego pracownika”. Jak to się robi?

    Nie tak dawno mogliśmy zobaczyć w kinach film „W chmurach”, który opowiada historię człowieka od „brudnej roboty”. Rayan Bingham (świetny George Clooney) jest fachowcem specjalizującym się w „doradztwie dotyczącym zmian w karierze zawodowej”, czyli eufemistycznie nazwanym zajęciem sprowadzającym się do zwalniania ludzi. Kiedy Rayan oznajmia  pracownikom, że są zwolnieni, ci wpadają w rozpacz: „Jak mam wrócić do domu, do żony i wyjaśnić jej, że właśnie straciłem pracę?” – pyta jeden z nich. Drugi ze łzami wyznaje: „Nie stać mnie na bezrobocie. Mam rachunki, mam dzieci... ”. W odpowiedzi Rayan strzela mu gadkę, jak to musi być silny, że zmiany są dobre i że teraz, gdy stracił pracę, będzie mógł realizować swoje marzenia... „Każdy, kto zbudował imperium lub zmienił świat, był na twoim miejscu” – mówi z uśmiechem do zwolnionego Stevena.

    Rayan kompletnie nie rozumie, że człowiek pracuje nie tylko po to, by zarabiać pieniądze, tak jak nie po to tylko jemy, by żyć. Praca, jako szczególna forma rozmowy człowieka z człowiekiem, jak w „Etyce solidarności” błyskotliwie notuje ksiądz Józef Tischner, służąca podtrzymywaniu i rozwojowi ludzkiego życia, stanowi rodzaj zakorzenienia w kulturze, którą człowiek tworzy i w której żyje. Czy możemy zatem myśleć o pracy wyłącznie w jej ekonomicznym wymiarze?
    
Płynąć jedną łodzią
    Nie. I dlatego rację mają ci, którzy – jak choćby Richard Sennett w książce „Kultura nowego kapitalizmu” – zwracają uwagę na kulturowy i etyczny wymiar pracy. Amerykański socjolog pisze, że praca nabiera wartości, i to nie tylko ekonomicznej, dopiero wtedy, gdy uwzględnimy jej trzy aspekty: narracyjną ciągłość, użyteczność i kunszt.

    A zatem – po pierwsze – życie każdego człowieka podszyte jest poczuciem „narracyjnej ciągłości”. To znaczy, zdaniem Sennetta, że „zdarzenia łączą się w czasie, a doświadczenie się akumuluje”. Historia każdego z nas to mniej lub bardziej ciekawa opowieść, w której praca odgrywa kluczową rolę.

    To dlatego w USA i Wielkiej Brytanii w ramach innowacyjnych projektów zatrudnienia stworzono mechanizmy zapewniające pracownikom właśnie ciągłość i trwałość pracy, których brakuje im w tak zwanych elastycznych przedsiębiorstwach. Sednem pomysłu jest, by na nowo zdefiniować rolę związków zawodowych, które walczą nie tylko o wąsko rozumiane prawa pracownicze, ale także działają na zasadzie agencji, która wykupuje dla swoich członków ubezpieczenia zdrowotne i emerytalne, zakłada żłobki, organizuje dyskusje oraz imprezy itd. Związek tworzy tym samym wspólnotę wysyłającą do pracownika jednoznaczny sygnał: stawiamy na ciebie, chcemy inwestować w ciebie i twoją rodzinę, nie zamierzamy cię zwolnić po wykonaniu krótkoterminowych zadań. Pracownik ma wtedy poczucie, że wraz z całą firmą znajduje się na tej samej łodzi i że na wszystkich spoczywa odpowiedzialność za nią. Niepewność, która jest immanentną cechą współczesnych korporacji, zostaje tu złagodzona przez poczucie więzi podług zasady: „Jeden drugiego brzemiona noście” (święty Paweł).

    Drugą wartością, którą opisuje Sennett, jest użyteczność. Nie rozumie jej jednak w sensie przedmiotowym, utylitarnym, lecz podmiotowym: „Bycie użytecznym oznacza – pisze amerykański socjolog – że wnosi się coś znaczącego w życie innych ludzi”. A więc praca ma charakter relacji, jest wzajemnością, gdzie ja coś daję tobie, ale i ty coś dajesz mnie. Jednocześnie wykluczone jest, by użyteczność traktować jako dobrowolny wolontariat, który można zredukować do hobby. Użyteczność pracy powinna łączyć się ze statusem pracownika i określoną pozycją w społeczeństwie.

    Kłopot w tym, że ani rynek, ani opinia publiczna nie myślą w tych kategoriach. Choć trudno sobie wyobrazić na przykład funkcjonowanie szpitala bez salowych albo dom bez gospodyni, zawody takie wiążą się z niewielką płacą (przypadek pierwszy) albo wręcz nie przynoszą żadnego dochodu (przypadek drugi). Na dodatek cieszą się nikłym prestiżem społecznym, nie budzą naszego uznania – w odróżnieniu choćby do bankowca czy speca od reklamy. Zarówno kobiety, jak i mężczyźni, którzy podejmują się ich wykonywania, czują, że w oczach wielu są naiwniakami. Że zamiast się męczyć w sektorze publicznym, powinni rzucić swoje dotychczasowe zajęcia i szukać zatrudnienia w sektorze prywatnym. A jednak tym, co wielu z nich wciąż nie pozwala oderwać się od wykonywanych obowiązków, jest właśnie przekonanie, że ich praca jest ważna nie tylko dla nich samych, ale też niezbędna społecznie.

    By społeczeństwo kierowało się podobną logiką, władze powinny w swoich działaniach i decyzjach uwzględnić zasadę, że „użyteczność jest dobrem publicznym” – twierdzi Sennett. Innymi słowy, przydatny społecznie musi być w oczach państwa, a w efekcie także społeczeństwa, nie tylko ten, kto dużo zarabia. Przeciwnie, musimy zrozumieć, że kapitał społeczny zazwyczaj budują ci, którzy pracują za grosze.

Duch mistrzostwa
    Ostatnia wartość, która sprawia, że praca nabiera głębokiego sensu pozaekonomicznego, jest „ideał kunsztu”. Według Sennetta stanowi on najbardziej radykalne wyzwanie, jednocześnie szalenie trudne do przekucia w konkretny projekt polityczny. Każdy z nas bowiem chce odczuwać satysfakcję z pracy, którą wykonuje, chce wierzyć w to, co robi. Tymczasem obecny świat pracy nie pozwala nam na doskonalenie swoich profesji, gardzi naszym zaangażowaniem polegającym na identyfikacji z dziełem, którego twórcami się czujemy. Współczesny rynek stawia – powtórzmy – na inne myślenie: nie ma ludzi niezastąpionych, ale za to zawsze znajdą się pracownicy tańsi, którzy na poziomie przeciętnego rzemiosła wykonają zlecone im zadania. Poza tym pracodawcy przedkładają krótkoterminowy zysk nad projekty ambitne, choć ryzykowne. Jako zatrudnieni mamy się zachowywać raczej jak łatwi do zmanipulowania konsumenci, a nie dumni ze swych osiągnięć mistrzowie. Tymczasem „robienie czegoś dobrze, nawet jeśli nic ci to nie da – oto duch prawdziwego mistrzostwa. Tylko ten rodzaj bezinteresownego zaangażowania może podnosić ludzi na duchu; w przeciwnym razie usychają, walcząc o przeżycie” (Sennett).

    „Miarą pracy – notuje Tischner – jest życie ludzkie, któremu ona służy”. Czy takie postawie sprawy nie jest dziś przejawem naiwnej romantyczności krakowskiego myśliciela? Nie sądzę. Praca musi pozostać działalnością dla innych – i w tym sensie rozmową z innymi. Zadanie, jakie przed nami staje, polegałoby więc na odzyskaniu takiego sensu pracy, by ponownie stała się ona osią międzyludzkiej solidarności.

Jarosław Makowski
przekroj.pl


Jarosław Makowski jest filozofem i teologiem, szefem Instytutu Obywatelskiego w Warszawie.
------------

Tischner A.D. 2010 – w 10. rocznicę śmierci filozofa
„Tischner daje do myślenia” – w ubiegły czwartek, 24 czerwca, pod takim właśnie hasłem odbyła się w Warszawie zorganizowana przez Instytut Obywatelski konferencja poświęcona myśli krakowskiego filozofa. Do wygłoszenia wykładów zostali zaproszeni naukowcy mniej dotąd kojarzeni z dociekaniami tischnerowskimi: profesor Leszek Koczanowicz z wrocławskiej SWPS oraz profesor Tadeusz Sławek, eseista i literaturoznawca z Uniwersytetu Śląskiego.

Zwieńczeniem odbywającego się w ramach Festiwalu Tischnerowskiego wieczoru była debata „Między Panem a Plebanem bis” w zamyśle organizatorów stanowiąca kontynuację słynnej rozmowy rzeki, jaką z profesorem Tischnerem i Adamem Michnikiem przeprowadził Jacek Żakowski. Zaproszenie do dyskusji oprócz redaktora naczelnego „Gazety” przyjął metropolita lubelski, arcybiskup Józef Życiński, zaś samą debatę – podobnie jak przed laty – poprowadził Żakowski. Po raz kolejny, 15 lat po wydaniu pamiętnej książki, padły pytania o rzeczy podstawowe: wiarę, treść życia, nieszczęsny dar wolności i polskość.

Czwartkowa konferencja nie była jednak ostatnią inicjatywą Instytutu Obywatelskiego związaną z rocznicą śmierci Księdza Profesora. Instytut postanowił bowiem postawić pytanie o aktualność, a co za tym idzie – także o przyszłość i możliwość rozwoju jego myśli. Zainteresowanych zapraszamy na stronę www.instytutobywatelski.pl, gdzie na temat ten wypowiadają się przedstawiciele różnych środowisk: naukowcy, politycy, ludzie kultury (między innymi Zygmunt Bauman, Marcin Król, Jan Andrzej Kłoczowski OP).
Mimo że Festiwal Tischnerowski rozpoczął się w Warszawie, szybko wrócił w umiłowane przez Profesora góry. I do Łopusznej, gdzie czekały na nich filmy o Tischnerze (i z Tischnerem!), „Wojciecha Bonowicza wieczór z mędrolami”, a także dużo góralskiej muzyki i prawdziwie tischnerowska atmosfera. Nie zabrakło również przejścia słynną już trasą Księdza Profesora na Turbacz. To jednak nie koniec tegorocznej przygody z Tischnerem – druga część festiwalu, „Wypominki Tischnerowskie”, odbędzie się w Łopusznej 5–6 listopada. Szczegóły można znaleźć na www.festiwaltischnerowski.pl.

MB

wpisz swój komentarz

Tytuł: Pseudonim:  
Treść: E-mail:

Zapisz

Wydawnictwo "Przekrój" sp. z o.o. zastrzega sobie prawo do usuwania komentarzy łamiących polskie prawo lub zasady dobrego wychowania.  

komentarze do artykuŁu

Polskie realia przyprawiają o mdłości, skończyłam jedne studia ( w między czasie założyłam rodzinę, bo później może być za późno), nie mogłam znaleźć pracy. Jako sprzedawca po...

2010.08.05 19:15

Ja pracuję w Danii jak tutaj przyjechałąm i nie znałam języka szukałam sprzątania. Na pytanie czy umiem sprzątać odpowiadałam, że sprzątam w domu i nie mogłam dostać pracy. Teraz jak...

Wszystkie