|
Kroniki popkultury 29/2010
Łukasz Orbitowski Amerykańska popkultura jest dzieckiem. Trochę wyłysiałym
W Nowym Jorku obłożyłem się prasą, natychmiast włączyłem wszystkie kanały – zaświszczał w nich młodzieńczy falset. Młodzież, nakręcana przez zmyślnych producentów, oszalała na punkcie Justina Biebera, 16-latka wyśpiewującego miłosne kawałki. Dzieci mdleją, jedna tylko gazeta poświęciła mu kilkanaście stron plus dwa plakaty, a sam Justin cieszy się statusem gwiazdy oraz mędrca, którego każdy ruch śledzą miliony. Wypije herbatę, jest zdjęcie z komentarzem, wywróci się na ulicy – dostajemy dramatyczny reportaż, jakby właśnie świat się skończył. Za jego sprawą w angielskim zaistniało nowe słowo, beliber, zrodzone z połączenia nazwiska pieśniarza z believer (wyznawca) i tylko czekać, aż powstanie stosowny Kościół. Jak na razie dziennikarze gnają do Justina, błagając o komentarz w najróżniejszych kwestiach. Problem w związku? Przemoc w sieci? Chłopak zna się na wszystkim i jest dosłownie wszędzie. Strach otworzyć świerszczyk.
Bieber stanowi ucieleśnienie śliczności w wymiarze duchowym oraz fizycznym – przy nim nawet gwiazdy „Zmierzchu” to maszkarony. To kolejna dziecięca gwiazdka, konstrukt spreparowany w genialny sposób. Kochają go młodzi, ale i rodzice sypiący groszem na płyty i koncerty. Bieber to sen troskliwej mamy, grzeczny prawiczek o złotym sercu, do tego skromny i wiecznie uradowany. Nastolatki z kolei widzą w nim ucieleśnienie marzeń o wyrwaniu się spod kontroli rodziców: „życie jest zabawą”, mówi, „żadnych zasad”. Sex, drugs and rock and roll? Nie. Chodzi o to, by jeść do woli w McDonaldzie i oglądać telewizję do późna. Szczęściem prócz Biebera istnieje jeszcze jeden wymyślony człowiek. Les Grossman to mały, łysy producent, król nienawiści i ozdobnych przekleństw. Pojawił się dwa lata temu w filmie „Jaja w tropikach”, ludzie poszaleli i Les wybił się na samodzielność. Na MTV Music Awards wyzywał, kogo mógł, i zatańczył z Jennifer Lopez, wcześniej w spreparowanych na okoliczność tej imprezy klipach zwyzywał Roba Pattinsona i młodego Toma Cruise’a. Ale, ale, Grossman jest Tomem Cruise’em odpowiednio przerobionym. Epizodycznie zagrana postać pomogła mu wykaraskać się z kłopotów, które sam sobie na łeb ściągnął. Nawet scjentolodzy się z niego śmiali, a tu proszę, nowa twarz, nowe życie. Pal sześć, że Grossman przypomina o sobie z okazji nowego filmu Cruise’a, mdłej i nudnej „Wybuchowej pary”, skoro niedługo wybije się na pełny metraż i będzie bluzgał na wszystkich do woli. Sascha Baron Cohen przetarł szlaki, można szaleć do woli. Oto pełna zgoda na fikcję i radość z tejże. Nastoletnia gwiazda wymyślona w każdym szczególe i szkaradne alter ego przystojnego aktora zdobywają serca milionów (różne to miliony i odmienne serca). Bieber udaje, że jest prawdziwy, choć nikt w to nie wierzy, łącznie z nim samym, Les jest kłamstwem z zamysłu, a jednak ucieleśnia zasady panujące w Hollywood. Pustka dzisiejszych idoli zmusza do tworzenia awatarów, błaznów na dworze Spielberga i Camerona, którzy wywrzeszczą, na czym polega życie. Łukasz Orbitowski „Przekrój” 29/2010 wpisz swój komentarzkomentarze do artykuŁu2010.08.01 02:18
Komercjalizacja jest nieodłącznym elementem istnienia wielu idoli. W tym przypadku uzasadniona jest młodym wiekiem, inspiracjami czerpanymi z twórczości Ushera, aspiracjami. American dream.... Gość
2010.07.31 15:54
alez nuda. na miejsce bartka chacinskiego powinniscie sie jednak bardziej postarac, bo tutejszy autor nedznej fanstastyki dziury nie zalata 2010.07.30 17:10
... czy kiedyś było inaczej? Ludzie o określonej gębie zawsze mają tendencje do kupowania różnych "historii", ale sens jest ten sam - dobrze im z tym. A fakt, czy to sztuka wysoka czy niska... najnowszePromocja„Przekrój” 35/2010 W sprzedaży od wtorku, 31 sierpnia 2010 roku • Przeszczep życia • Palikot do Miecugowa: Idę po władzę! • Coppola, Spielberg, Scorsese - wszyscy wypaleni Kliknij tutaj, aby zobaczyć spis treści |
|