Strona główna > Ludzie > Sylwetki > Święty kapitalista
31.03.2008
Święty kapitalista

Łukasz Wójcik

Nie umie wydawać pieniędzy. Umie je tylko zarabiać. Warren Buffett – najbardziej bogaty wśród ludzi i najbardziej ludzki wśród bogaczy

Powiększ zdjęcie

MARK PETERSON/CORBIS
Prezes korporacji Berkshire Hathaway od dwóch godzin zabawiał rozmową amerykańskich dziennikarzy. To było cztery lata temu na zjeździe udziałowców w Omaha, w stanie Nebraska. Na koniec takich spotkań Warren Buffett zawsze miał czas dla gryzipiórków.
Zaraz po pytaniu o wynik brydżowego starcia z Billem Gatesem do prezesa podszedł ochroniarz i szepnął mu coś do ucha. Siedzący obok wiceprezes zrobił wielkie oczy i pobladł, lecz prezes dalej spokojnie opowiadał, jak to niewiele mu zabrakło do szlemika. Potem ze stoickim spokojem oznajmił, że ochrona poleciła wszystkim przenieść się do pobliskiego bunkra, bo zbliża się tornado. I poprosił o kolejne pytanie.
Chwilę później większość gości zniknęła z sali. Z początku prezes się tym nie przejął, ale gdy spojrzał na pobladłego „wice”, postanowił, że następne pytanie będzie ostatnim. Wszyscy trzej pozostali na sali dziennikarze chcieli wiedzieć to samo – co prezes sądzi o stanie amerykańskiej gospodarki. – Wydaje się, że w najbliższej przyszłości poradzi sobie całkiem nieźle – odrzekł Warren Buffett, z trudem przekrzykując dźwięk syreny alarmowej.
W taki właśnie sposób ten 78-letni inwestor działa na co dzień – nie tylko w obliczu zawirowań meteorologicznych, ale także gospodarczych. – Gdy giełda szaleje, on z zawodową satysfakcją przygląda się panice w oczach spekulantów. Gdy większość czeka na lepsze czasy, on robi zakupy, które dla niemal wszystkich są niezrozumiałe. Aż do chwili, gdy zaczyna zarabiać na nich krocie – mówi „Przekrojowi” biografka Buffetta Alice Schroeder.
Według magazynu „Forbes” Buffett jest dziś najbogatszym człowiekiem na świecie. Z majątkiem wartym 62 miliardy dolarów zdetronizował właśnie najbogatszego przez ostatnie 13 lat Billa Gatesa (58 miliardów). Buffett tylko w 2007 roku powiększył swój majątek o 10 miliardów dolarów.

Na początku był sześciopak
Dla zazdrośników najgorsze jest to, że do Buffetta nie można się przyczepić. Wiadomo, że Gates to okrutny monopolista, Donald Trump to pusty showman, a ci nuworysze z Rosji pewnie niejednemu kontrahentowi wyrywali paznokcie, by przekonać go do podpisania umowy. A Buffett? Jego życiorys jest równie ciekawy jak biuletyn informacyjny nowojorskich służb wodociągowych. Żadnych fajerwerków. Buffett przez całe życie trzymał się swoich zasad i zaczynając niemal od zera, stał się bogatszy od sułtana Brunei. Właśnie dlatego warto zapoznać się z Buffetta przepisem na bogactwo.
Warren Buffett urodził się w 1930 roku w tym samym mieście, w którym dziś mieszka, czyli w Omaha. Jego rodzina miała niewielki sklep spożywczy i tam, za starą drewnianą ladą młody Buffett planował budowę imperium. Zaczął od sześciopaków coca-coli. Kupował je od dziadka za ćwierć dolara (czyli bez żadnego upustu), a potem sprzedawał pojedyncze puszki po pięć centów. Za zarobioną tak fortunkę kupił stary automat do gier. Potem dwa kolejne. Kiedy już 11-letni Buffett miał zostać królem lokalnego hazardu, jego ojciec został republikańskim kongresmanem i cała rodzina przeniosła się do Waszyngtonu.
Buffett szybko zrozumiał, że bogatsza klientela ze stolicy to większy zysk. Postanowił więc rozwozić prasę. Kupił sobie rower i... jako młody przedsiębiorca odpisał go sobie od podatku, bo przecież miał mu służyć do celów służbowych. Szybko wykosił z okolicy konkurencję, ponieważ oprócz codziennych gazet oferował magazyny i poradniki dla pań domu. Buffett – już 14-letni – jak przystało na poważnego inwestora, zarobione pieniądze przeznaczył na zakup nieruchomości. Była to 40-akrowa farma, którą od razu wynajął.
Wtedy też zadebiutował na giełdzie. Za pośrednictwem ojca nabył trzy udziały w Cities Service Preferred (CSP) po 38 dolarów każdy. Z początku wszystko szło źle – cena akcji spadła do 27 dolarów. Gdy tylko wartość podskoczyła do 40, Buffett sprzedał swoje trzy udziały, zarabiając na tym sześć dolarów. Z początku uradowany pierwszym zyskiem młody inwestor wkrótce miał ochotę zapaść się ze wstydu pod ziemię, obserwując, jak w ciągu kilku miesięcy wartość udziałów w CSP podskoczyła do 200 dolarów. Wtedy odebrał pierwszą lekcję, której nie zapomniał do dziś – cierpliwość popłaca.
Druga lekcja była już w pełni świadoma i bezbolesna. Pod koniec lat 30. Buffett dostał się na studia ekonomiczne na Uniwersytet Columbia. Wybrał tę uczelnię z powodu jednego człowieka, profesora Benjamina Grahama, który był wówczas niekwestionowanym guru inwestorów giełdowych. Poglądy Grahama nazywano wtedy metodą „niedopałka”. Cały trik polega na tym, aby znaleźć na giełdzie „niedopałek”, czyli porzuconą firmę, którą nikt się już nie interesuje, a którą jeszcze parę razy można „się sztachnąć”. Profesjonalnie nazywa się to inwestowaniem ze względu na realną wartość firmy (value investment), a nie na podstawie trendu cenowego akcji na giełdzie.
Teoretycznie to proste. Wybieramy niedowartościowaną firmę, kupujemy jej udziały i czekamy, aż reszta inwestorów się zorientuje, że jest niedowartościowana. Wtedy wzmożony popyt natychmiast winduje ceny jej akcji. Jak znaleźć taki „niedopałek”? Gdyby piszący te słowa wiedział, jak to się robi, pisałby do „Przekroju” wyłącznie dla prestiżu.
Buffett tymczasem już na studiach wiedział, jak to się robi. Dlatego nie został na uczelni (co zaproponował mu Graham), tylko wrócił do rodzinnego Omaha i zaczął zarabiać duże pieniądze. Jak duże? Gdybyś, szanowny czytelniku, w 1956 roku powierzył Buffettowi 10 tysięcy dolarów, dziś twój majątek wynosiłby 52 miliony. Mniej więcej tyle zarobili ci, którzy jako pierwsi zaufali Buffettowi. Ci, którzy odmówili, jak na przykład fryzjer, który do dziś go strzyże, plują sobie w brodę. Nasz bohater w latach 1951–1956 zainwestował powierzone mu przez sąsiadów pieniądze w tekstylia, produkcję maszyn rolniczych i wiatraków. W tym czasie powiększył swój majątek 14‑krotnie.
Prawdziwy przełom nastąpił jednak na początku lat 60. Wtedy Buffett znalazł swój najważniejszy „niedopałek” – upadającą firmę tekstylną Berkshire Hathaway. Gdy zaczynał skupować jej akcje, płacił za nie po osiem dolarów. Dziś cena jednej wynosi 128 tysięcy, a sama firma ma już niewiele wspólnego z tekstyliami. Jest ogromną platformą inwestycyjną do zbierania kolejnych „niedopałków”.
W 1973 roku Buffett za pośrednictwem Berkshire Hathaway kupił ponad 10 procent udziałów (po 28 dolarów każdy) w swojej ulubionej gazecie „The Washington Post”. Od tamtej chwili wartość tych akcji wzrosła stokrotnie. Dla Buffetta jeszcze ważniejszą inwestycją okazał się zakup w 1988 roku siedmiu procent akcji Coca‑Coli. Ich wartość jest dziś „zaledwie” sześć razy wyższa, ale Buffett podkreśla z dumą, że jest udziałowcem producenta swojego ulubionego napoju. Niektórzy mówią, że właśnie na tym polega jego sukces – na kupowaniu udziałów w firmach produkujących to, co lubi. Teorię tę potwierdza inna transakcja: na początku lat 90. Buffett kupił akcje ulubionego producenta czekoladek – Dairy Queen. To była jego najgorsza inwestycja, ale do dziś nie sprzedał ani jednej akcji.
– W ten sposób wokół Buffetta powstał z gruntu nieprawdziwy mit romantycznego inwestora. Jego znaczenie dla przeciętnego Amerykanina jest wciąż rewolucyjne – przekonuje Alice Schroeder. – Jeszcze po II wojnie światowej dla większości mieszkańców USA pojęcie „uczciwy inwestor giełdowy” było wzorcowym oksymoronem, a sama gra na giełdzie nosiła znamiona okultyzmu.

Ciekawa lektura i sprawna żarówka
Wtedy pojawił się Buffett. Ten najbogatszy człowiek świata od pół wieku mieszka w tym samym domu w prowincjonalnym Omaha. Nigdy nie chciał się przeprowadzić do Nowego Jorku, bo – jak sam mówi – „miałby tam tysiąc pomysłów na inwestycje”, a on woli mieć trzy i dobrze się nad nimi zastanowić. Codziennie wypija pięć puszek cherry coke i stołuje się w steak‑barze po drugiej stronie ulicy.
Jego życie rodzinne również niczym szczególnym się nie wyróżnia, przynajmniej jak na amerykańskie standardy. Do 1977 roku mieszkał z żoną Susan i trójką dzieci. Wtedy to Susan oświadczyła publicznie, że „jej mężowi do życia wystarcza ciekawa lektura i sprawna żarówka”, i odeszła od niego. Jednak zanim to uczyniła, przedstawiła małżonkowi swoją następczynię, 60-letnią emigrantkę z Łotwy Astrid Menks. Buffett szybko zaakceptował zastępstwo, w jednym ze swoich sklepów jubilerskich kupił Astrid pierścionek zaręczynowy (korzystając ze zniżki, która przysługiwała mu jako pracownikowi firmy) i w 2006 roku, dwa lata po śmierci Susan, ożenił się z Łotyszką. Po uroczystości zabrał swoją nową małżonkę na pieczoną rybę do pobliskiej smażalni. 
Podobnie zwyczajnie układają się relacje Buffetta z dziećmi. Dwoje z nich, gdy skończyło studia, dostało „odprawę” z domu w wysokości 10 tysięcy dolarów. Trzecie – córka Nicole – zostało wydziedziczone, po tym jak publicznie zarzuciło ojcu skąpstwo. To właśnie Buffettowi przypisuje się autorstwo znanego w USA powiedzenia: „Bogaty człowiek powinien zostawić dzieciom tyle pieniędzy, aby mogły robić, co tylko chcą, ale nie tyle, aby nie musiały nic robić”.

Wirus dotcomów
Od kilku lat Buffett jest w USA uważany za świętego. I jak na świętego przystało, kanonizowany został dopiero po śmierci. Uznano go za martwego, gdy zignorował giełdowe tornado, które w 2000 roku wywindowało wartość firm internetowych, tak zwanych dotcomów. Zignorował je tak samo jak syreny alarmowe podczas zjazdu akcjonariuszy Berkshire Hathaway. Kiedy wartość firmy jego przyjaciela Billa Gatesa rosła w tempie miliarda dolarów tygodniowo, Buffett mówił o „wirusie”, który przyprawił większość inwestorów o halucynacje.
Gdy w 2001 roku rynek dotcomów załamał się z dnia na dzień (Gates w ciągu dwóch tygodni stracił połowę majątku), Buffettowi nie pozostało nic innego, tylko podsumować: a nie mówiłem! Zapytany przez dziennikarzy, jak to wszystko przewidział, przypomniał swoje stare zasady. – Nie inwestuję w coś, na czym się nie znam, i w coś, czego nie mogę dotknąć – przyznał bez cienia satysfakcji Buffett okrzyknięty właśnie przez nich pierwszym świętym amerykańskiego kapitalizmu.
W 2006 roku Buffett znów zachował się jak prawdziwy święty. Postanowił, że odda 85 procent swojego majątku na cele charytatywne. Pieniądze (jakieś 40 miliardów dolarów) dostanie fundacja Melindy i Billa Gatesów. Bo przecież Buffettowi nigdy w życiu nie chodziło o pieniądze. Ostatnio wyjawił swojemu biografowi Rogerowi Lowensteinowi, że nie czuje się winny z powodu miliardów, które ma.
– Zawsze uważałem pieniądze za rodzaj czeków wystawionych mi przez społeczeństwo – mówi w wywiadzie Buffett. – Za moje pieniądze mógłbym wynająć 10 tysięcy ludzi, którzy do końca życia codziennie malowaliby moje portrety. Ale wtedy te 10 tysięcy przeze mnie nie pracowałoby nad nowymi szczepionkami przeciwko AIDS lub nie pomagałoby chorym w szpitalu. Zarabianie pieniędzy to jedno, ale rozumne ich wydawanie to całkiem inna sztuka. Ja już nie zdążę się jej nauczyć – przekonuje najbogatszy człowiek świata.
Łukasz Wójcik

"Przekrój", nr 13/2008

wpisz swój komentarz

Tytuł: Pseudonim:  
Treść: E-mail:

Zapisz

Wydawnictwo "Przekrój" sp. z o.o. zastrzega sobie prawo do usuwania komentarzy łamiących polskie prawo lub zasady dobrego wychowania.  

komentarze do artykuŁu

2009.02.10 18:41

Super artykul. Uwielbiam 'Przekroj' !!!

Wszystkie