Strona główna > Ludzie > Rozmowy Przekroju > Stańko: największy nie jestem
28.10.2009
Stańko: największy nie jestem

rozmawia Mariusz Herma

Nie sięgam daleko naprzód. Daję się ponieść fali życia. Z tego wychodzi życie nieprzewidywalne, ale najpiękniejsze - mówi „Przekrojowi” Tomasz Stańko. Najsłynniejszy polski jazzman wydaje właśnie nową płytę „Dark Eyes”

Powiększ zdjęcie

fot. Piotr Guzik/Fotorzepa

Przeczytaj także:

Tomasz Stańko jest mistrzem nastrojów, sam jednak wspomaga swoje samopoczucie muzyką innych. Wspomina się jego narkotykowe przejścia, ale dzisiaj radzi sobie bez – jak sam to ujmuje – sztucznych polepszaczy, bo wystarcza mu poranny jogging („Aby wstrzyknąć sobie do mózgu trochę naturalnej endorfiny”). Kiedy czuje się bogiem – o co nietrudno, gdy słyszy się tyle pochlebstw ze strony krytyków i kolegów po fachu – odkłada trąbkę, zakłada papucie i „pospolicie drepcze po podłodze”.

Po 10 latach pracy w kwartecie z Marcinem Wasilewskim, Sławomirem Kurkiewiczem i Michałem Miśkiewiczem pod koniec kwietnia 67-letni Stańko zarejestrował album „Dark Eyes”. Z nowym skandynawskim składem i z nowej, nowojorskiej perspektywy.

Jak dla pana kończy się ta dekada?
– Dobiega końca okres, który zaczął się dla mnie na początku lat 90. Chyba nazwę go „nowo narodzony”. To było prawie 20 lat rozmaitych, ale ciekawych zawirowań. Dopiero w ostatnich dwóch dekadach narodziła się moja właściwa kariera. Najpierw wyczyszczenie się z narkotyków, potem płyta „Bluish” z 1993 roku, później album „Matka Joanna” dla Manfreda Eichera i powrót do jego wytwórni ECM. Bardzo poważnie szedłem naprzód, a teraz wyraźnie czuję, że zaczyna się coś nowego.

Bo ukazuje się „Dark Eyes”, nowa płyta z nowym zespołem?

– Nie lubię rozgraniczać swojego życia, ale coraz wyraźniej wyłaniają mi się przed oczami pewne etapy. „Dark Eyes” rozpoczyna dla mnie, powiedziałbym w cudzysłowie, „okres nowojorski”, bo częściowo pomieszkuję teraz w Nowym Jorku. Jestem włóczęgą i w zależności od potrzeb zatrzymuję się w Polsce lub w USA.

I to słychać w pańskiej muzyce?
– „Dark Eyes” różni się od poprzednich płyt: inne kompozycje, inne aranżacje, jest też bardziej komunikatywna niż poprzednia – „Lontano”. Oczywiście jest moja, bo odciskam silne piętno na muzyce, ale to już jest coś nowego.

Dlaczego powstawała tak długo?
– Najdłużej z moich ostatnich płyt, jakieś trzy lata. Wolno pracuję. Najpierw muszę mieć pewność składu. Kiedy rozstałem się z moimi poprzednimi muzykami, wiedziałem, że to musi potrwać. Poza tym musiałem przestawić się na nowe brzmienie. Wymyśliłem sobie, że chcę grać z gitarą, by mieć nowe możliwości. Drugi instrument, zarówno harmoniczny, jak i melodyczny. Mnie gitara zawsze się podobała, szczególnie brzmienia pochodzące jeszcze z dawnych czasów, na przykład sound Jima Halla.

Jak zaczął pan kompletować skład?
– Najpierw w Finlandii znalazł się pianista Alexi Tuomarila. Potem duński gitarzysta Jakob Bro. Miał doskonałe brzmienie, więc zaprosiłem go na koncerty w Polsce, bo muszę z kimś pograć, aby mieć pewność wyboru. Okazał się świetny. To on zarekomendował mi basistę Andersa Christensena, swojego rodaka, a przy okazji bardzo ciekawego freaka. Na początku grał na kontrabasie, ale potem zobaczyłem, że na elektrycznym basie gra równie interesująco. Zupełnie inaczej, niż to się zwykle robi. Żaden funk, znakomicie czuje free i równie interesująco gra różne transowe rzeczy. Z dwóch bębniarzy, których miałem do wyboru, Olavi Louhivuori grał z moim pianistą i to jego ostatecznie wybrałem. Mam więc w zespole dwóch Finów i dwóch Duńczyków.

I dopiero wtedy zabrał się pan do pisania?
– Komponując, muszę powstającą muzykę na bieżąco sprawdzać na koncertach. Gros programu powstało dopiero w Nowym Jorku, właściwie wszystkie ważniejsze kompozycje wchodzące w skład „Dark Eyes”. Jej właściwa nazwa to „Dark Eyes of Martha Hirsch”, od obrazu Oskara Kokoschki, który widziałem w jednej z tamtejszych galerii. Bo ja w Nowym Jorku jestem właściwie coraz bardziej takim art consumerem. Mieszkając w tym mieście, jedną nogą stoję na najważniejszej scenie jazzowego świata. Ale zawsze byłem też fanem sztuki wizualnej i przez całe życie kochałem malarstwo. Teraz, jeśli tylko zechcę, mogę wszystkie moje ulubione obrazy zobaczyć w ciągu 15 minut.
1 2

wpisz swój komentarz

Tytuł: Pseudonim:  
Treść: E-mail:

Zapisz

Wydawnictwo "Przekrój" sp. z o.o. zastrzega sobie prawo do usuwania komentarzy łamiących polskie prawo lub zasady dobrego wychowania.  

komentarze do artykuŁu

2009.11.06 01:31

!

judyta

Wszystkie