|
Zbrodnia wobec "Katynia"
rozmawia Piotr Najsztub Telewizja publiczna jest ofiarą nie tylko polityki, ale i nadmiernego zatrudnienia – uważa Andrzej Wajda. – Widzowie wymuszą na niej radykalne zmiany, tak jak zmusili reżyserów do innego myślenia o kinie
Rozmowa odbyła się 6 stycznia 2009 roku w Warszawie
Do czego nam, polskim widzom, mogą się przydać reżyserzy? „Katyniem” co chciał pan z nami zrobić? – Obejrzało go prawie trzy miliony widzów, co przy dzisiejszym zainteresowaniu historią, poważnym tematem, jest tym, co mogłem osiągnąć. A polscy reżyserzy w dalszym ciągu są potrzebni do tego samego: żeby opowiedzieć coś, co jest częścią naszej przeszłości i naszej teraźniejszości, coś, co powinno pozostać. Te miliony widzów nie zaspokajały głodu wiedzy historycznej, bo ta o Katyniu jest już powszechna. Może więc jest w nas niedosyt wiedzy psychologicznej o Polakach czasów wojny? – To nie jest film psychologiczny, ale całkowicie zrobiony z materiałów autentycznych, prawdziwych opowieści połączonych w jedną całość, bo nie ma jednej napisanej z rozmachem epickim powieści na ten temat. Na szczęście na ten temat są liczne pamiętniki, a w nich to, czego i ja byłem świadkiem, bo widziałem, jak reagowała na wiadomość o tej zbrodni moja matka. Dowiedzieliśmy się, że na liście katyńskiej jest nazwisko ojca, lecz z innym imieniem, choć tym samym stopniem kapitana. Ale wiedzieliśmy też, że ojciec nie był w Kozielsku, tylko w Starobielsku, a o losach ludzi z tego obozu nic nie było wiadomo. Ta opowieść podszyta jest niepewnością tych, które czekały, i tych, na których czekały, mężczyzn, którzy siedzą w obozie i nie spodziewają się, że zostaną zamordowani, tylko się zastanawiają, czy pojadą przez Rumunię do Francji, w jaki sposób będą brać udział w wojnie z Niemcami. Mówiłem o psychologii Polaków czasów wojny obecnej w „Katyniu” raczej jako o czymś mało odkrytym, nieprzerobionym. Doświadczyliśmy Katynia, szczególnego rodzaju okrutnej okupacji, także tego, o czym pisze Gross w „Strachu”, i wielu innych skrajnych doświadczeń, a tematem filmowych, czyli najbardziej powszechnych, refleksji były tylko nasze heroizmy, jak na przykład filmy o Westerplatte. Nie było filmów o tych wydarzeniach, które wpychały nas w piekło. – Myślę, że to był też wpływ ograniczeń, które tworzyła cenzura w czasie PRL. Tematem, o którym pan myśli, były na pewno „Oświęcimskie opowiadania” Borowskiego. A nie było żadnej szansy, żeby zrobić „Proszę państwa do gazu”. Wojna w takim spojrzeniu nie była tematem. To, że nam się udało przedrzeć z takim filmem jak „Kanał”, to był ewenement. A dlaczego po 1989 roku takie filmy nie powstały? – Okazało się – i ja się z tym spotkałem, bo przecież zrobiłem „Pierścionek z orłem w koronie” – że takie filmy nie budzą zainteresowania. Po 1989 roku widownia czekała na inne kino. Ja w swojej naiwności myślałem, że nareszcie cenzury nie ma i będę mógł robić te filmy, których nie mogłem zrobić wcześniej. Zrobiłem je, ale nie miały widowni. Dziś zupełnie kto inny przychodzi do kina. Żeby robić film społeczny, polityczny, który wywołuje echo, musi pan mieć dwie rzeczy: szeroką dystrybucję, a za komuny było trzy tysiące kin w Polsce, i tani bilet w cenie dwóch czy trzech pudełek zapałek. Wtedy ci, którzy są niezadowoleni, nie mają pieniędzy i chcą zmian, przychodzą do kina. I wtedy spotykają się z takim filmem, oczekują go – on jest dla nich częścią ich wypowiedzi. Dzisiaj do kina przychodzą ci, którzy mają 50 złotych na bilet, a jeszcze jakiś popcorn kupują, bo przecież bufet przynosi większe dochody niż film. Jesteście bezsilni. – Ta publiczność nie oczekuje takich filmów od nas, traktuje kino jako rozrywkę. Więc nie jest tak, że widownia czeka na film, który nią wstrząśnie, a my takiego filmu nie robimy, tylko po prostu to już nie jest ta widownia. Pokazywał pan „Katyń” na Wschodzie, na Ukrainie, w Rosji. Jakie emocje budzi tam ten film? – Mogłem pokazać go szczególnej widowni w dwóch miejscach – w Związku Filmowców i w Związku Literatów. Uderzyły mnie powaga, z jaką film został tam przyjęty, i wydarzenie, którego nigdy bym się nie spodziewał: na przeglądzie w Związku Literatów ktoś z sali poprosił, żeby wszyscy wstali i minutą ciszy uczcili zamordowanych polskich oficerów. To był głos z sali, człowieka, który nie bał się podać swojego nazwiska i powiedzieć, że on o to prosi. I cała sala wstała. Pomyślałem, że nawet gdyby nic więcej ten film nie zdobył, to ta jedna chwila dawała mi przekonanie, że dobrze zrobiłem, decydując się na ten film. A miał pan nadzieję, że „Katyń” w Rosji mimo tak wąskiej widowni na zamkniętych pokazach wywoła poczucie wstydu, winy? – Nie, bo o tym można by mówić, dopiero gdyby film wszedł w Rosji na ekrany. A te pokazy były dla szczególnego rodzaju ludzi. Oni przyjęli go z całym zrozumieniem i z całą akceptacją, że ta zbrodnia wreszcie znajduje swój obraz na ekranie. Cisza, która zaległa po projekcji, też była dowodem na to, że ten film został nie tylko obejrzany, ale i przeżyty. Natomiast jak by się zachowała normalna widownia w kinie, nie wiem, dlatego że, niestety, dystrybucja zagraniczna filmu jest w rękach TVP, która w moim przekonaniu zrobiła wszystko, żeby ten film nie skonfrontował się z tamtą widownią. A na Ukrainie jak został przyjęty? – Tam była inna sytuacja, dlatego że na projekcję przyszedł prezydent Juszczenko. Wydał mi się poruszony. Pokazaliśmy też ten film w Charkowie, na te pokazy zrobiliśmy napisy ukraińskie i choć byli otwarci, żeby go pokazać w kinach, okazało się, że dystrybucja „Katynia” na Ukrainie i na Białorusi jest uzależniona od dystrybutora, który kupił „Katyń” na Rosję. I próby pokazania go również w tych krajach spełzły na niczym, bo, niestety, dystrybutor rosyjski ma jakieś inne plany i na razie nie daje im na to pozwolenia. Myśli pan, że powodem może być zafałszowana polityka historyczna Rosji? – W to już nie będę się wdawał, bo to jest dla mnie zbyt bolesna sprawa. Ten film został zrobiony w czasie, kiedy był potrzebny. Zaczęło się na powrót mówić o sprawie katyńskiej. Wydawało mi się, że to jest dobry moment, żeby ten film stał się częścią tej dyskusji. I wiadomo, że żeby tak się stało, po pierwszych pokazach powinna iść od razu dystrybucja w kinach, bo one wywołują recenzje, rozmowę, dyskusję. A film, który się odleży i po jakimś czasie wchodzi na ekrany, nie ma już swojej głównej szansy. I tu jest największa moim zdaniem zbrodnia wobec tego filmu, że dopiero teraz próbuje się w taki czy inny sposób gdzieś go umieścić. TVP mająca prawa do dystrybucji zagranicznej nie zrobiła nic, żeby ten film wprowadzić na ekrany wtedy, kiedy został nominowany do Oscara. Nie zrobiono nic wtedy, kiedy ten film był pokazany na festiwalu w Berlinie. A teraz jakie są szanse, jakie możliwości w przywróceniu go do świadomości widowni? wpisz swój komentarzkomentarze do artykuŁu2009.04.03 13:07
Zgadzam sie z Krzyhoo. Oczywiscie ze ten film musi byc sukcesem, bo porusza tak powazny temat. Wszelaka krytyka bedzie postawa antypolska. Film ten, oczywiscie dobrze ze powstal i poszedl "w... yann
2009.01.18 14:28
ot i cała tajemnica sukcesów artystycznych i kasowych; dzisiaj na "Katyń" spędzono w większości dzieciaki ze szkół i poborowych, bo ten film Wajda 'musiał' zrobic, ale Polacy in gremio... krzyhoo
2009.01.16 15:41
co Pan pierd.... a o pomniku ofiar rzezi na Wolyniu Pan zapomnial ? JA
2009.01.15 15:33
...Wy ze mną Humbugowicz nie róbcie wywiadu na kolanach, wy go ze mną dobrze zróbcie :) mroo
najnowszeKoniecznie przeczytaj![]() ![]() ![]() Felietony, opinie, komentarze 8.03.2010Rysunki Marka Raczkowskiego z „Przekroju”, numer 10/2010Wymyślił i narysował Marek Raczkowski polecamy numer 10/2010
|
|