|
Jaga Jazzist: Wielka banda
Bartek Chaciński Muzyka Jaga Jazzist zatoczyła koło, co nie znaczy, że jej autorzy kręcą się w kółko Pod jakże aktualnym dla Polaków tytułem – „Jednoręki bandyta” – kryje się anachroniczna formuła. W końcu Jaga Jazzist to coś jak big‑band. Zawsze podziwiałem takie duże składy za poziom hałasu, jaki potrafiły wokół siebie wytworzyć, ale nie lubiłem ich za charakterystyczną ospałość. Pomysł, żeby wpuścić trochę rockowego nerwu do sposobu gry takiego zespołu i jeszcze doprawić go bezwzględną elektroniką, czyni z Jaga Jazzist big-band po potrójnym espresso. Poza tym Norwegowie mieli od dekady jeszcze dwa atuty: młodość całej grupy, która do grania jazz‑rocka w tej unowocześnionej wersji wchodziła przebojem, bardziej z pasją niż z techniką, oraz wizjonera Larsa Horntvetha, który prowadzi ten zespół od... 14. roku życia. Jeśli dodamy do wyżej wymienionych elementów połamaną rytmikę rodem ze sceny tanecznej i śladowe ilości stylu muzyki filmowej z kryminałów lat 70., to będziemy mieli wszystko, co do tej pory Horntveth ze swoją grupą prezentował. Do tej pory, bo na „One-Armed Bandit” słychać jeszcze, że polubił ostatnio kompozytorów z nurtu minimalizmu („Toccata”). Poza tym z grubsza to powtórka z poprzednich albumów, czerpiąca pełnymi garściami z błyskotliwego debiutu „A Livingroom Hush” (tu radzę rozpocząć znajomość z Jaga Jazzist) i dzieląca jedną wadę z ostatnim krążkiem „What We Must” sprzed pięciu lat – podobnie jak tam tu też zespołowi nie udaje się przebić porywającego motywu, który otwiera płytę. Ale jak się zaczyna tak wysoko, to nie ma mowy, żeby nisko upaść. Bartek Chaciński „Przekrój”, nr 5/2010 wpisz swój komentarzkomentarze do artykuŁuBrak opinii.skala ocen "Przekroju"
|
|