|
Sun Ra: Siła stu słońc
Bartek Chaciński Gdy big-band z Saturna wylądował w mroźnej Finlandii... Oto jest bóg wszystkich indie. Czyli prekursor kultury niezależnej. Sun Ra długo przed punkowcami wpadł na pomysł, żeby samemu publikować swoje płyty studyjne i koncertowe – i naprodukował ich tyle, że rynek do dziś nie poradził sobie z górą archiwów. Co roku ukazuje się kilkanaście reedycji, więc łatwo przeoczyć coś takiego jak jego gigantyczny koncert z Helsinek. Bo niby dlaczego właśnie Helsinki i 1971 rok? Po pierwsze, ekscentryk Sun Ra, kosmiczne wcielenie Duke’a Ellingtona, przez lata prowadził własny bigband, ale rzadko zabierał ze sobą na koncerty aż tak wielki (29 osób!) skład jak wówczas do Finlandii. Po drugie, rzadko który album koncertowy pokazuje tak szeroko upodobania tego lidera i klawiszowca – od jazgotliwego free jazzu, przez syntezatorowe odloty, po chwytliwe, klasyczne tematy wokalne z obłędną June Tyson. Nagrania wyciągnięte z archiwów YLE, fińskiego odpowiednika BBC, brzmią cienko, jak to nadgryzione zębem czasu archiwalia, ale za to kryją w sobie energię o sile stu słońc. Wystarczy wsłuchać się w dziesięciominutową zbiorową improwizację perkusyjną w „Watusi”, by uwierzyć, że charyzma, którą cieszył się Sun Ra przedstawiający się jako przybysz z Saturna, rzeczywiście nie jest z tego świata. Bartek Chaciński „Przekrój”, nr 5/2010 wpisz swój komentarzkomentarze do artykuŁuBrak opinii.skala ocen "Przekroju"
|
|