|
David Sylvian: Zmruż uszy
Mariusz Herma Freejazzowa improwizacja spotyka się z piosenką Lata 70.: David Sylvian wraz z kolegami z Japan wyrusza na podbój Kraju Kwitnącej Wiśni. Lata 80., Europa: Sylvian porzuca zespół i muzykę new romantic, by solo nagrać jedne z ładniejszych piosenek dekady. A potem z niemiecką grupą Can zanurza się w odmęty ambientu. Lata 90.: Robert Fripp zaprasza go do King Crimson. Sylvian odmawia, ale i tak wydają razem dwie płyty. Nowy wiek: Sylvian z Christianem Fenneszem nagrywa osobliwy, ambientowo-wokalny album „Blemish”. Pewnie traci połowę fanów, za to resztę utwierdza w przekonaniu, że jest jednym z najciekawiej ewoluujących artystów w historii muzyki popularnej. Teraz: zmęczony trasą koncertową Sylvian zaszywa się w angielskim lesie. Opuszcza go tylko po to, by w Wiedniu, Tokio i Londynie zarejestrować spontaniczne sesje w wykonaniu mistrzów free jazzu (Evan Parker, John Tilbury, Keith Rowe) i elektroniki (Fennesz, Otomo Yoshihide). Improwizuje do nich enigmatyczne słowa i melodie. Dzięki „Manafon” dowiesz się, czy kochasz piosenki (trzymaj się z daleka), muzykę (porozmawiaj z nią), czy fascynuje cię sama istota dźwięku (jest twoja). Mariusz Herma „Przekrój” 40/2009 wpisz swój komentarzkomentarze do artykuŁu2009.10.14 19:16
Szczególnie jesienią. Poszukam tej płyty, Sylvian jeszcze mnie nigdy nie rozczarował. skala ocen "Przekroju"
|
|