|
Maciej Filipczuk, czyli źródło wciąż bije
rozmawia Jarek Szubrycht Muzycy rockowi przeciw tradycji zwykle się buntują, muzycy folkowi chętnie do niej nawiązują. Na „MetaMuzyce” udało się połączyć obie postawy
Maciej Filipczuk, skrzypek znany z Transkapeli i Lautari, to odważny człowiek: Kazimierza Metę – sędziwego samouka z mazowieckiej wsi, Nikifora skrzypiec – zderzył z myślącymi zawsze o przyszłości muzykami Robotobiboka, dla których jazz to za mało. Złożył hołd Mecie i zarazem bezczelnie swojego mistrza poprawił. Projekt MetaMuzyka i towarzyszący mu album o tym samym tytule to jak dotąd jedna z najciekawszych polskich płyt tego roku.
Jarek Szubrycht: Czego pan się nauczył od Kazimierza Mety? Maciej Filipczuk: Zyskałem bardzo ważne doświadczenie, o które niełatwo w dzisiejszym pędzącym świecie. Skupiłem się na jednym miejscu, by dostrzec w nim uniwersum. Miałem starca za przewodnika. Towarzyszyła mi kobieta mego życia. Urodził mi się syn. Muzyka popularna ma obsesję na punkcie nowości. Od artystów wymaga się rozwoju z płyty na płytę, odkrywania nowych lądów. Pan idzie w przeciwnym kierunku. Skąd ta archeologiczna pasja? – W muzykę, którą się zajmuję, wpisana jest konieczność patrzenia wstecz, a właściwie jednoczesnego bycia zanurzonym w przeszłości i myślenia o przyszłości. To należy jednak do sfery ducha, nie materii, więc nie wiem, czy archeologia jest tu dobrym odniesieniem. Świat dziś się radykalnie kurczy i spłaszcza, a w wiejski światopogląd wpisany jest ruch wertykalny. I to dla mnie, mimo pozornych ograniczeń, jest przestrzeń wolności oraz poszukiwań. Wojciech Krzak z Kapeli Ze Wsi Warszawa powiedział nam niedawno, że prawdziwej muzyki ludowej już nie ma, że na wsi zostało tylko disco polo. To prawda? – Zgodzę się, że czasy, w których wysokiej jakości muzyka funkcjonowała na wsi powszechnie, są już odległą przeszłością. Mamy dziś do czynienia z reliktami kultury tradycyjnej, podtrzymywanym instytucjonalnie folklorem o marnej kondycji. Potrzeba wysiłku, by dotrzeć dziś do prawdziwej sztuki ludowej, ale żyje jeszcze wielu fantastycznych skrzypków, harmonistów czy śpiewaków, którzy mają nam wiele do przekazania. W jakich okolicznościach poznał pan Kazimierza Metę? – Profesor Andrzej Bieńkowski, zaprzyjaźniony od wielu lat z rodziną Metów, dokładał wszelkich starań, by muzyka niezwykłej kapeli z Gliny stała się szerzej znana. Dzięki niemu zdecydowałem się wybrać do Kazimierza Mety. Już po pierwszym spotkaniu byłem przekonany, że chcę, by ta przygoda trwała dłużej. Kazimierz Meto, kiedy go poznałem, lata muzycznej świetności miał już za sobą. Przekroczył osiemdziesiątkę, grę na skrzypcach utrudniała mu choroba Parkinsona, więc trudno się dziwić, że jakość muzyki nie była już ta sama, którą znałem z wcześniejszych nagrań. Niemniej wciąż zachwycała, dawała poczucie ponadczasowości, miała duży ciężar, a zarazem była lekka i nieprzewidywalna. Podziwiałem Kazimierza Metę za jego skromność i oddanie muzycznej pasji. Mimo że jego całe życie związane było z malutką wioską na Mazowszu, jego muzyka nie była zamknięta. Do tego Meto nieświadomie potrafił gromadzić wokół siebie kolejnych wielbicieli swoich dźwięków i ich inspirować. Miał charyzmę. wpisz swój komentarzkomentarze do artykuŁuBrak opinii.skala ocen "Przekroju"
|
|