|
Czar pryska
Michał Burszta „Uczeń czarnoksiężnika” zabija magię kina Istnieje prawidłowość, że jeżeli na listach płac filmu pojawia się nazwisko Nicolasa Cage’a, to trzeba będzie boskiej interwencji, by bezboleśnie przetrwać seans. Niestety, „Uczeń czarnoksiężnika” dowodzi, że Bóg nie istnieje. Film jest luźno inspirowany klasyczną Disneyowską animacją „Fantazja” z 1940 roku, będącą pierwszym pełnometrażowym filmem, w którym wykorzystano dźwięk stereofoniczny. W nowej wersji także jest głośno i niestety na tym podobieństwa się kończą. Cage gra tu Balthazara, jednego z uczniów mitycznego czarownika Merlina. Przed wiekami mistrz został zdradzony przez innego czeladnika – Horvatha (Alfred Molina), który postanowił sprzymierzyć się ze złą królową Morganą (Alice Krige). Choć udaje się ich powstrzymać, ostatecznie świat może uratować tylko Wybraniec. Szukanie go zajmie Balthazarowi trochę czasu, gdyż ten żyje sobie na początku XXI wieku w Nowym Jorku. Jest nim student fizyki Dave, który jednak do roli mesjasza nieszczególnie się pali. Tymczasem zło się budzi. Twórcy hitu „Skarb narodów” szerokim, choć pozbawionym wdzięku gestem czerpią z rekwizytorni popkulturowych mitów. Otrzymujemy więc miks złożony z legend arturiańskich (Merlin), motyw Wybrańca ratującego świat („Matrix”) oraz magiczną edukację żywcem zerżniętą z „Harry’ego Pottera”. Wszystko to jest jednak tylko pretekstem do niezwykle barwnej (w sensie dosłownym) demolki Nowego Jorku oraz megalomańskich popisów Cage’a (ach, ta smutna mina). Osłodą jest udział Moniki Bellucci oraz dawno niewidzianej Alice Krige („Instytut Benjamenta”), choć ta ostatnia sprawia wrażenie trochę zażenowanej obecnością na ekranie. Jeżeli tak ma wyglądać magia kina, to wolę zostać mugolem. Michał Burszta „Przekrój” 30/2010 wpisz swój komentarzkomentarze do artykuŁuskala ocen "Przekroju"
|
|