|
„Julie & Julia” - o jeden sos za daleko
Małgorzata Sadowska Choć „Julie & Julia” opowiada o mistrzyniach kuchni, nie liczcie na filmową ucztę Przeczytaj także: Meryl Streep jest wielka! W filmie Nory Ephron (któż nie pamięta jej „Bezsenności w Seattle”) ma prawie metr dziewięćdziesiąt wzrostu, choć faktycznie mierzy przeciętne 168 centymetrów. Jednak jej bohaterka wystaje nie tylko poza zbyt krótkie łóżka, ale też poza konwenanse i obyczaje swojej epoki. Julia Child była kulinarną wyrocznią Amerykanów, których w książkach kucharskich i telewizyjnych programach przekonywała, że przyrządzenie boeuf bourguignon to doprawdy bułka z masłem. Niby obracała się w kręgu tradycyjnie przypisywanych kobietom ról, lecz je przekraczała, udowadniając, że kobieta może być nie tylko kucharką, ale także mistrzynią kuchni. Przesadą będzie nazwanie jej Virginią Woolf patelni, jednak Child uczyniła gotowanie prawdziwą twórczością. Resztę doczytajcie sobie państwo w Wikipedii. W końcu pora napisać coś o filmie – a ten, niestety, pozostawia uczucie niedosytu. Opowieść o powojennych latach, które Child spędza z mężem w Paryżu (to tu wariuje na punkcie jedzenia, czemu trudno się dziwić), zderzona została ze współczesną – i opartą na faktach – historią nowojorskiej urzędniczki. Julie (Amy Adams) zafascynowana Child postanawia w ciągu 365 dni ugotować wszystkie dania z jej słynnej „Mastering the art of french cooking”. Swoje zmagania z luzowaną kaczką i boeuf bourguignon- opisuje na coraz popularniejszym blogu. I oto mamy dwie kobiety, które łączy kulinarna pasja, dwa sposoby zdobywania sławy w dwóch różnych epokach, dwa style życia, dwa małżeństwa i... dwa filmy, które daremnie próbują stworzyć jedną spójną opowieść. W rezultacie z żadną z bohaterek nie mamy szansy się zaprzyjaźnić, żaden z filmowych światów nie wciąga wystarczająco mocno. W wątku Julie dominuje banalnie naszkicowany problem małżeńskiego kryzysu i jeszcze banalniejsze pragnienie sławy. Wątek Julii ma w sobie zaczyn fascynującego portretu kobiety larger than life, lecz nic z niego nie wyrasta. Reżyserka skacze z historii do historii, a bohaterki rywalizują o naszą uwagę. Pojedynek wygrywa oczywiście Meryl Streep, zaskakująco inna jako jowialna, nonszalancka, deczko zwariowana Julia Child. I dla jej kolejnego błyskotliwego aktorskiego popisu na pewno warto wybrać się do kina. Zapominając przy tym, że nie tylko gdzie kucharek sześć, tam nie ma co jeść. Bo czasem wystarczą już dwie. Małgorzata Sadowska "Przekrój" 40/2009 wpisz swój komentarzkomentarze do artykuŁu2009.10.10 08:46
Mnie też się ten film bardzo podobał, szczerze się śmiałam i nie odczuwałam żadnej niespójności. Zabawna, mądra historia o życiu, akceptacji, wspieraniu się, i gotowaniu oczywiście. I... 2009.10.09 21:47
...chyba inny film. Ten mój stanowił całość, miał w części współczesnej zabawne odniesienia do lat tworzenia książki i nie było w nim mowy o "sposobach zdobywania sławy". Raczej o... 2009.10.09 17:36
Meryl Streep rozbawia (chociażby mówieniem, z niewiadomych przyczyn, z francuskim akcentem...), Amy Adams z kolei drażni. tak, warto dla Meryl wybrać się do kina. k.
skala ocen "Przekroju"
|
|