Strona główna > Cywilizacja > Społeczeństwo > Narodziny e-książki
29.01.2010
Narodziny e-książki

Piotr Stanisławski

560 lat. Tyle czasu druk na papierze nie miał konkurencji. W tym roku czeka go zmasowany atak elektroniki

Powiększ zdjęcie

ilustracja Rafał Szczepaniak
Nie, Johannes Gutenberg nie wynalazł druku. Znano go i stosowano już wiele wieków wcześniej. Nie wynalazł nawet ruchomej czcionki – pierwsi zrobili to (oczywiście) Chińczycy, a i w samej Europie znaleźli się szybsi. Gutenberg za to stworzył pierwsze wydawnictwo z prawdziwego zdarzenia, które upowszechniło książki drukowane.

Podobnie mają się sprawy z nowymi formami wydawania książek. Przynajmniej od połowy lat 70. możemy czytać litery wyświetlane przez elektroniczne urządzenia, a od lat 30. radio nadaje słuchowiska będące zwykle odmienną formą powieści. I jakoś nikt dotąd nie głosił, że może to zaszkodzić papierowym wydawnictwom.

Papier drży
Dlaczego więc teraz, na początku roku 2010, zaczynamy nagle troszczyć się o kondycję papierowych książek? Wiele wskazuje na to, że będzie to rok wyjątkowy. Powolne dotąd procesy nabierają rozpędu i sytuacja dojrzała do zmian. Co je zapowiada? Choćby grudniowa sprzedaż elektronicznych wersji książek, która w sklepie Amazon przekroczyła liczbę sprzedanych książek papierowych. Albo wejście na nasz rynek pierwszego polskiego czytnika elektronicznych książek eClicto czy rosnąca popularność audiobooków i coraz łatwiejszy do nich dostęp. Lub wreszcie deklaracje wydawców, którzy wciąż jeszcze pozostają ostrożni, ale rozumieją, że papier to nie wszystko.

Świetnie, ale czemu miałyby nadejść jakiekolwiek większe zmiany? Czy nie jest pychą sądzić, że to właśnie teraz coś mogłoby się wydarzyć w trwającym od ponad połowy milenium panowaniu papierowej książki? Cóż, musimy pamiętać, że żyjemy w naprawdę wyjątkowych czasach. Czasach, do których pasuje bardzo dużo „nigdy wcześniej”. Nigdy wcześniej tak wielu ludzi nie miało tak prostego dostępu do informacji. Nigdy wcześniej nie komunikowaliśmy się ze sobą tak łatwo. Nigdy wcześniej nie byliśmy zalewani taką ilością danych. Nigdy wcześniej technika tak bardzo nie wkraczała w codzienne życie. Nigdy wcześniej tak dużo nie podróżowaliśmy. I nigdy wcześniej rzeczy dotąd święte nie traciły tak łatwo poważania.

Każdy z tych elementów ma wbrew pozorom wielki wpływ na to, co, a zwłaszcza jak czytamy. Wielu z nas żyje w ciągłym poczuciu braku czasu. Historycznie rzecz biorąc, nie jest to do końca uzasadnione, bo nasi przodkowie często musieli pracować znacznie dłużej i ciężej niż my. Skąd więc to wrażenie? Zapewne ma ono wiele wspólnego z owym informacyjnym potopem. Stwarza on poczucie, że jeszcze tyle ważnych rzeczy na nas czeka, że zatrzymanie się gdzieś na dłużej byłoby niewybaczalne.

Ów brak czasu (faktyczny czy pozorny) odbiera nam komfort spokojnego czytania. Czytamy w metrze, autobusie, pociągu – tam, gdzie nie ma nic innego do roboty. Bo w domu, gdzie do niedawna można było gapić się tylko na smutnych państwa w nudnej telewizji, teraz czeka Internet, gry, telewizja na żądanie i stos nieobejrzanych filmów DVD.

Jednak sam pomysł książki przenośnej nie jest nowy. W 1935 roku wydawnictwo Penguin Books wypuściło serię 10 wznowień starszych tytułów oprawionych w miękkie, kolorowe okładki. Marny papier sprawiał, że książki były nie tylko tanie, ale też lekkie. Wymarzone do zabrania w podróż.

Książka na drogę
75 lat później paperbacki zdają się świetnie trzymać, jednak może się zdarzyć, że osiemdziesiątki nie dożyją. Papierowa książka „podróżna” zyskała bowiem niebezpiecznego konkurenta – książkę elektroniczną. Prace nad nią trwały już od lat 70., jednak dopiero niedawno jakość i cena niezbędnych urządzeń osiągnęły satysfakcjonujący poziom. Przez lata sprawa rozbijała się o wyświetlacz. Wszystkie dotychczasowe ekrany, czy to kineskopowe, ciekłokrystaliczne, czy plazmowe, emitowały światło. Dla oczu to męka – wszyscy wiemy, jak męczące jest kilka godzin niezbyt uważnego wpatrywania się w komputerowy monitor. Z takimi wyświetlaczami elektroniczna książka musiała przegrać z papierem.

Przełomem okazał się dopiero elektroniczny papier. Nazwa – bardzo trafna, bo większość osób, widząc po raz pierwszy ekran zrobiony w technologii e-ink, myli go z ochronną naklejką i zabiera się do jej zdrapywania. Pomysł opiera się na wykorzystaniu maleńkich kapsułek wypełnionych bezbarwnym olejem, w którym pływają drobiny o dwóch kolorach – czarnym i białym. Czarne naładowane są ujemnie, białe dodatnio. Przyłożenie do kapsułki napięcia powoduje, że drobiny barwnika przemieszczają się w cieczy i organizują tak, że widoczny staje się jeden z kolorów.

Oparty na tej technologii ekran nie tylko nie męczy wzroku, ale też jest tak samo czytelny niezależnie od kąta, pod jakim na niego patrzymy. Zużywa też minimalną ilość prądu – napięcie potrzebne jest tylko w momencie zmiany układu barwnika w kapsułkach. W przypadku elektronicznej książki oznacza to, że prądu potrzebujemy tylko przez chwilę, gdy „przewracamy” stronę.

Wygodniej i taniej
Wyświetlacz to element kluczowy, jednak techniczne szczegóły mało kogo obchodzą. Dla ludzi liczy się co innego – ogromna wygoda, jaką daje niewielkie, płaskie urządzenie przypominające cienką książkę. W jego pamięci mieści się zwykle od 200 do 1500 książek. Pierwsza myśl – po co mi tyle tego? Choćby po to, by jadąc na wakacje, nie ciągnąć ze sobą dodatkowego plecaka z lekturą. Albo po to, by czytając w autobusie kolejne tomy przebojowej serii „Millennium”, nie wypełniać w całości torebki liczącą 800 stron cegłą. Lub by dziecko idące do szkoły niosło na plecach 200 gramów czytnika zamiast pięciu kilogramów podręczników.

Jednak ostatecznym ciosem dla paperbacków może okazać się cena nowych e-książek. Amazon sprzedaje całkiem niezłe tytuły już od dwóch dolarów. Polskie eClicto oferuje „Głowę Minotaura” Marka Krajewskiego za 17,45 złotego, podczas gdy w księgarni Merlin.pl papierowa wersja tej książki kosztuje 31,99 złotego. „Fałszywy trop” Henninga Mankella to odpowiednio 17 i 39 złotych. Nic dziwnego – elektroniczne wydanie przygotowuje się tylko raz, powielenie kolejnych egzemplarzy to niemal wyłącznie koszt praw autorskich.

Dla nieprzekonanych jeszcze dwa elementy wyróżniające nowe książki. Kindle, czytnik e-booków sprzedawany przez Amazona, potrafi komunikować się z księgarnią bezprzewodowo z dowolnego miejsca, w którym jest zasięg telefonii komórkowej. Kończymy więc czytać „Hyperiona” i w ciągu kilku minut możemy zacząć lekturę „Zagłady Hyperiona”.

A miłośnicy lektury dzieł w oryginale mogą dostać słownik zainstalowany wprost w czytniku. Wystarczy zaznaczyć dane słowo, by natychmiast ukazało się okienko wyjaśniające jego znaczenie. Proste to i wygodne.

Co z tą wanną?
Naturalnie elektroniczne książki mają też wady. Przede wszystkim nie szeleszczą, nie pachną i nie są szorstkie. Można się śmiać, ale od dzieciństwa uczymy się obcowania z papierową książką i nie pozbędziemy się w ciągu kilku miesięcy wszystkich tych skojarzeń. W dodatku kognitywiści podkreślają, że sama czynność przewracania kartek ułatwia odbiór i zapamiętywanie przeczytanych treści – mózg łączy informacje z powtarzalnym ruchem.

Kolejny niebanalny zarzut wobec e-booków to niemożność czytania w wannie. No dobrze, można siedzieć z czytnikiem w gorącej wodzie, ale wilgoć, która lekko pofaluje kartki zwykłej książki, może elektroniczne urządzenie odesłać do krainy wiecznych e-łowów. O zaśnięciu i utopieniu Kindle czy eClicto nie wspominając. Może brzmi to wszystko śmiesznie, ale czytanie w wannie jest po prostu symbolem wszelkich niedogodności, jakie powoduje przesiadka z papieru analogowego na cyfrowy.

Wreszcie argument, z którym trudno nawet dyskutować. Trudno, bo należy do sfery całkiem indywidualnych odczuć. Wielu twierdzi, że taka „sztuczna” książka to nie to. Że książka to książka, a elektronika to elektronika i obu tych sfer mieszać nie należy. Że doznania towarzyszące pierwszemu otwarciu okładki, nastrój chwili podkreślony kieliszkiem wina i ciepłym światłem nigdy nie pojawi się przy jakimś tam e-papierze. Cóż, trudno się nie zgodzić. Tyle tylko, że owe mistyczne doznania są udziałem stosunkowo niewielkiej grupy czytelników. Większość konsumuje książki z równie nikłym namaszczeniem, jak ogląda telewizję i grzebie w Internecie. Takie już mamy czasy i można pomstować i rwać włosy z głowy, intonując żałobne pieśni o upadku kultury i „tych strasznych dzisiejszych czasach”. Można też z uwagą i ciekawością obserwować wielką przemianę kulturową (o czym mówi na stronie 42 profesor Tyler Cowen).

Książka nie do czytania
Sam elektroniczny papier, nawet najbardziej wannoodporny, nie stanowi dla książki potężnej konkurencji. Jednak wygoda towarzysząca e-bookom to tylko jeden z elementów, jakich pożądamy w naszych czasach. Drugi to łatwość przyswajania. Znowu można załamywać ręce, ale faktem jest, że dekady oglądania telewizji nauczyły nas biernego odbioru treści. Tymczasem czytanie książki (zarówno papierowej, jak i elektronicznej) to czynność absorbująca całkowicie. Jak bardzo, przekonał się każdy, kto zaczytany przejechał swój przystanek.

Jednak coraz częściej nie możemy sobie pozwolić na całkowite oddanie się jednej tylko czynności. Mnóstwo ludzi w drodze do pracy tkwi w korkach – to czasami kilka kompletnie straconych godzin dziennie. A gdyby tak ktoś nam w tym czasie mógł poczytać? To właśnie jedna z nisz dla kolejnej formy książki – audiobooka. To w prostej linii spadkobierca starego, dobrego słuchowiska radiowego. Najczęściej spotyka się dwie formy audiobooków – jedna to przeczytany i zinterpretowany przez lektora, często aktora, oryginalny tekst książki. Druga to dźwiękowe przedstawienie, słuchowisko właśnie, gdzie dopuszczalne są odstępstwa od tekstu oryginału, całość oprawiona jest w efekty dźwiękowe, a role poszczególnych bohaterów odgrywają różni autorzy.

Przykładów pierwszej formy jest mnóstwo, choć nie wszystkie „odczyty” zasługują na miano prawdziwej interpretacji treści. Druga forma jest znacznie bardziej kosztowna i trudniejsza do realizacji. W lepszych czasach publicznego radia powstało sporo takich słuchowisk, jednak dziś jest nadzieja na odnowienie tego dźwiękowego teatru. W takiej postaci zrealizowano niedawno „Narrenturm” Andrzeja Sapkowskiego, przy którego powstaniu siły połączyło Polskie Radio, serwis Audioteka.pl i wydawnictwo superNOWA.

O ile w przypadku e-booków trudno mieć wątpliwości, o tyle można się zastanawiać, czy audiobooki to jeszcze w ogóle książki. Oczywiście wszystko zależy od przyjętego kryterium, ale moim zdaniem te wersje, gdzie odczytany jest pełny tekst stworzony przez autora, jak najbardziej na to miano zasługują. W końcu odbiorca audiobooka, spędziwszy na słuchaniu kilkanaście, a czasami kilkadziesiąt godzin, otrzyma tę samą porcję informacji co człowiek czytający klasyczną książkę. Można oczywiście powiedzieć, że książka to nie tylko informacja, ale i cały proces czytania, jednak nic nie wskazuje na to, by uważnie słuchający „Zbrodni i kary” miał wynieść z niej mniej niż uważnie czytający.

Trzeba też pamiętać o tym, że często staje się nie przed wyborem, „jak czytać”, ale „czy czytać”. Audiobook daje szansę przyswojenia sobie książki tym, którzy bez niego po prostu by po nią nie sięgnęli. W tej sytuacji chyba lepiej, by do „nieczytelnika” dotarła książka przez kogoś czytana, niż by wcale miał nie mieć z nią kontaktu.

W przeciwieństwie do e-booków audiobooki nie mają przewagi cenowej nad papierem – koszt nagrania i wynagrodzenia aktora lub lektora w połączeniu ze stosunkowo niską sprzedażą sprawiają, że ceny nagrań są zbliżone do cen papieru, a czasami nawet je przewyższają. Wspomniana „Głowa Minotaura” kosztuje w serwisie Audioteka.pl 34,90 złotych.

Książka pod jabłkiem
Jest jeszcze jedna, często lekceważona forma publikowania książek. To książki przeznaczone do czytania na komputerze. Tak, narzekałam na zmęczenie oczu i niewygodę takiego rozwiązania, trzeba jednak pamiętać, że nie wszystkie książki czyta się od deski do deski. Podręczniki, poradniki i inne publikacje użytkowe są wręcz stworzone do otwarcia w systemie, który umożliwia błyskawiczne wyszukiwanie treści. Najlepszy indeks nie może się równać z prostym CTRL-F (dla wyznawców firmy sadowniczej – JABŁKO-F), które natychmiast daje dostęp do dowolnego nazwiska i hasła.

Książki odczytywane w komputerze pozwalają też często na robienie notatek, kopiowanie fragmentów i przygotowywanie zestawień – dla studenta taka forma to po prostu marzenie.

Co ciekawe, ten sposób czytania nieźle sprawdza się w przypadku szkolnych lektur. Jakoś nie spotyka się wielu ludzi, którzy uczciwie przeczytaliby wszystkie zadawane książki, a komputer sprzyja szybkiemu prześledzeniu losów Antka, Łyska czy odnalezieniu w „Panu Tadeuszu”, ile razy i w jakim kontekście pojawia się słowo „ostatni”.

Blady strach wydawców
Z punktu widzenia większości z nas, czytelników, nowe formy książek dają same korzyści. Długo jeszcze nikt nie będzie się obawiał o zniknięcie papieru (no, może poza paperbackami), a ci bardziej postępowi (nierozważni?) szybko przekonają się do nowości.

Jest jednak jeszcze druga strona medalu – losy autorów i wydawców. Ci pierwsi nie mają raczej powodów do obaw, bo treść zawsze będzie pozostawać w cenie. Mogą się nawet cieszyć, bo ograniczenie liczby pośredników i obniżenie kosztów dystrybucji daje im szanse na większy zarobek.

Znacznie gorzej wygląda sprawa wydawców. Głośny stał się przypadek spadkobierców Williama Styrona, autora „Wyboru Zofii”, którzy zdecydowali się sprzedać prawa do elektronicznych publikacji firmie Open Road Integrated Media. Odebrano to jako zdradę Random House, wydawcy Styrona, który przyczynił się do gigantycznego sukcesu „Wyboru Zofii”. W „New York Times” pojawił się pełen oburzenia tekst wykazujący, że powodzenie książki zależy niemal w równym stopniu od treści napisanej przez autora, co od wysiłku wydawcy. Odsprzedanie praw komuś, kto będzie tylko odcinał kupony od czyjejś pracy, pokazane tu zostało jako szczyt perfidii.

Takie podejście przypomina jednak to, co od kilku lat dzieje się w branży muzycznej. Pojawienie się muzyki w Internecie sprawiło, że grunt zaczął się usuwać spod nóg największych gigantów, a ci natychmiast wpadli w panikę, tracąc przy okazji zdrowy rozsądek. Zamiast jak najszybciej przystosować się do nowej sytuacji, kurczowo trzymali się starego i bezpiecznego, gdy tymczasem nowe powoli podmywało fundamenty ich imperium. Walka wciąż trwa, ale już dziś widać, że zapewnienia o tym, że bez dystrybucji i promocji żaden zespół zaistnieć nie może, okazały się bezpodstawne. Początek kariery „Arctic Monkeys” pokazał, że internetowa promocja wystarczy, a rozwój sytuacji dowiódł, że pieniądze i tak nie ominą wielkich firm.

Zamiast więc dramatyzować, wydawcy powinni jak najszybciej przyjąć do wiadomości nowe i przygotować się na jego nadejście. Tym bardziej że inwestycja w e-booki czy audiobooki nie wiąże się z wielkimi wydatkami – to raczej kwestia zmiany mentalnej. Oczywiście nie należy przesadzać, bo rynek nowej książki to wciąż ułamek tego, co dzieje się w papierze. Jednak przypadek przedświątecznej sprzedaży Amazona powinien każdemu dać do myślenia.

O ile kwestia praw autorskich jest prosta w przypadku nowych książek (wydawca kontroluje prawa zarówno do papieru, jak i do „elektroniki”), o tyle kłopotem są stare bestsellery z czasów przedkomputerowych. Wciąż stanowią atrakcyjny kąsek, brak jednak umów dotyczących dystrybucji w nowych formatach.

Sensowny wydaje się tu model brytyjski, który też stopniowo przyjmuje się w USA. Założono tam, że do autora należą prawa do elektronicznej dystrybucji książek wydanych w epoce przed pojawieniem się elektronicznych książek nawet wówczas, jeśli nie została podpisana odpowiednia umowa. Tak więc o jej ewentualnym pojawieniu się w formacie „e” decyduje sam autor. Rozwiązanie eleganckie i pozwalające uniknąć wielu paskudnych scysji.
Na szczęście wydaje się, że polscy wydawcy trzymają rękę na pulsie i szykują się już na narodziny nowej książki. Wskazują na to wypowiedzi, które zamieściliśmy obok. Może więc uda nam się uniknąć przykrych zgrzytów i płynnie przejść w nowe?

Piotr Stanisławski
współpraca Urszula Dąbrowska

„Przekrój” 03/2010

Sonia Draga

Do tej pory wydaliśmy w formie audiobooka „Kod Leonarda da Vinci”. Na razie nie rozwijamy tego segmentu. Czekamy na moment, kiedy popyt na tego typu wydawnictwa będzie większy. To tyczy się także e-booków. Czas pokaże, czy to obiecująca forma. Jeśli tak, to na pewno tym się zainteresujemy.

Agnieszka Jedlińska, dyrektor do spraw marketingu

Świat Książki

Od 2008 roku wydajemy audiobooki na płytach CD. Myślimy o podjęciu współpracy z Audioteką.pl i sprzedaży audiobooków w formie plików. Przygotowujemy się także do wydawania e-booków. Ale nie sądzę, by mogły one przejąć rynek. Raczej będą tylko dodatkiem, kolejną formą wydawniczą.

Aleksandra Majdan przedstawicielka wydawnictwa

Wydawnictwo Literackie

Zaczęliśmy od dwóch audiobooków. Na razie tylko tyle, bo chcemy, aby to były tylko topowe książki czytane przez topowych aktorów. Stąd „Wroniec” w wykonaniu Jana Peszka i „Stuhrowie” czytani przez Stuhrów. W kwestii e-booków jesteśmy na bieżąco. Prowadzimy badania rynku i obserwujemy, jak zmienia się świat. Na razie nie jest to coś, na czym wydawnictwo może zarobić.

Iwona Haberny, dyrektor działupromocji i PR

W.A.B.

W.A.B. ma już ponad 200 tytułów zdigitalizowanych. Część to produkty dla Kolportera i eClicto. Równieżnowości przygotowujemyod razu w dwóch wersjach – tradycyjnej i cyfrowej. E-booki to jeszcze całkowita nowość. Być może już niedługo ta forma stanie się silną konkurencją dla tradycyjnych książek. Ale dobra literatura, której czytanie jest przyjemnością, a nie obowiązkiem, raczej nie zostanie zastąpiona e-bookiem.

Piotr Bagiński, dyrektor handlowy

Prószyński & spółka

Według mnie audiobooki nie staną się dominującą formą na rynku wydawniczym. Natomiast już dzisiaj wypierają wersję papierową w niektórych kategoriach. Tak jest taniej, a w dodatku łatwiej zawartość poprawić lub uwspółcześnić. Jest jeszcze jedna postać książki, o której warto wspomnieć: papierowa, ale drukowana cyfrowo, w jednym egzemplarzu, na konkretnezamówienie. Nazywamy je prebookami,bo są to egzemplarze dla dziennikarzy i do innych form promocji, ale może to być także produkt dla klienta.

Mieczysław Prószyński, prezes

Czarna Owca

Do tej pory wydaliśmy w wersji audio dwie książki, we współpracy z wydawnictwem Propaganda. Teraz samodzielnie wydajemy pierwszą część „Millennium” Stiega Larssona. Rozpoczęliśmy też wydawanie książek w formacie pdf. To ma sens w przypadku poradników i podręczników. Ściągnięcie konkretnej pozycji jest dużo wygodniejsze i tańsze niż poszukiwanie i kupowanie książki papierowej.

Marek Korczak, dział handlowy

MUZA

Audiobooki wydajemy od dwóch lat. Głównie na płytach CD – autorzy i ich agenci są nieufni wobec sprzedaży przez Internet. E-booki to zupełna nowość i popyt na nie jest jeszcze marginalny. Obserwujemy rynek i czekamy. Jeśli pojawi się popyt i uda nam się przekonać do tej formy autorów, to rozpoczniemy wydawanie książek w wersji cyfrowej. Dla nas byłaby to korzystna innowacja, która zmniejszyłaby koszty – choćby magazynowania.

Marcin Garliński,dyrektor generalny

ZNAK

Czytanie e-książek będzie powszechne. Wydawnictwo Znak podjęło współpracę z projektem eClicto. Mamy również w ofercie audiobooki (m.in. „Noweprzygody Mikołajka”). Drukowana książka nie zniknie w najbliższym czasie, ale sądzę, że w końcu znaczna część przychodów wydawnictwa będzie pochodzić ze sprzedaży wersji elektronicznych.

Paweł Polański,kierownik działu promocji

E-booki
Od trzech lat, czyli od chwili gdy Amazon udostępnił pierwszą wersję swojego czytnika Kindle, pojawia się coraz więcej podobnych urządzeń. Producenci wybierają dwie metody sprzedaży – Kindle czy polskie eClicto Kolportera są ściśle związane z platformą sprzedającą książki, która staje się dla użytkowników głównym źródłem treści. Sony czy Fujitsu produkują czytniki, które obsługują wiele formatów, jednak nie są związane z konkretnym dostawcą książek.

Najprostsze czytniki to po prostu ekran, przyciski sterujące i pamięć. Jedyną możliwością dodania książki jest podłączenie urządzenia do komputera. Bardziej zaawansowane konstrukcje wyposażone są w dotykowy ekran, który pozwala na robienie notatek w tekście, oraz bezprzewodowe łącze wi-fi i/lub komórkowe. Dzięki temu książkę można kupić i pobrać bezpośrednio z czytnika, łącząc się z internetową stroną sklepu. Tak działają nowe modele Kindle, a wprowadzenie takiej wersji eClicto zapowiada na ten rok Kolporter.

Na razie Polacy nie mają wielkiego wyboru – eClicto to jedyne urządzenie połączone z platformą sprzedaży zapewniającą dostęp do nowych publikacji po polsku. Cena czytnika, choć wynosi 899 złotych, należy do najniższych na rynku.

Trzeba pamiętać, że to dopiero początki tej technologii – w ciągu najbliższych lat można się spodziewać wprowadzenia czytników o elastycznych ekranach i dużych rozmiarach, a w przyszłości także o kolorowych wyświetlaczach. Wyposażone w bezprzewodowe łącze byłyby idealną platformą dla elektronicznych wersji gazet codziennych – noszony w plecaku czy torbie mógłby prezentować nieustannie aktualizowane informacje przedstawiane w formacie przypominającym papierową gazetę.

Książki z komputera

Książka na ekranie komputera to tylko pozornie rozwiązanie niewygodne i mało praktyczne. Komputer daje bowiem ogromne możliwości wyszukiwania informacji, a jeśli w dodatku do przeszukiwania zabiera się Google, to sprawa zaczyna nabierać rumieńców. Projekt Google Books, choć zmaga się z licznymi problemami dotyczącymi praw autorskich, nabiera rozpędu i coraz częściej wśród wyników wyszukiwania na stronie Google będziemy mogli zobaczyć fragmenty zdigitalizowanych książek.

Równocześnie w sieci trwa wielka akcja przenoszenia do formatu cyfrowego książek, do których prawa autorskie już wygasły. Do tej grupy należy ogromna część literatury światowej, więc nie będziemy mieli problemu ze znalezieniem za darmo Szekspira, Homera czy Mickiewicza. Jedynym problemem bywają przekłady – te nowsze wciąż mogą być chronione prawami.

W sieci mnóstwo jest stron gromadzących cyfrowe wersje książek, ale koniecznie trzeba wspomnieć o Projekcie Gutenberg (www.gutenberg.org), Polskiej Bibliotece Internetowej (www.pbi.edu.pl), projekcie dLibra (dlibra.psnc.pl). Każdy z tych serwisów umożliwia ściąganie publikacji w formacie tekstowym i wykorzystanie ich do własnych celów.

Audiobooki
Audiobook to tylko na pierwszy rzut oka (ucha?) przeczytana książka. W rzeczywistości współczesne odtwarzacze zapewniają użytkownikom mnóstwo udogodnień. Możliwa jest zmiana prędkości czytania bez zmieniania tonu głosu lektora, w dowolnych miejscach ustawić można cyfrowe zakładki, tak by natychmiast przeskoczyć do wybranego miejsca utworu. Gdy przerwiemy czytanie, urządzenie samo zatroszczy się, byśmy bez problemu wrócili do słuchania w odpowiednim momencie książki.
Do niedawna audiobooki były dostępne głównie na płytach kompaktowych, więc posiadacze odtwarzaczy mp3 musieli sami zajmować się kopiowaniem treści do swoich urządzeń. Jednak od ponad roku polski rynek skłania się ku modelowi, w którym książkę ściąga się bezpośrednio z Internetu od razu w formacie przystosowanym do wgrania do odtwarzacza. Trend ten zapoczątkował serwis Audioteka.pl, który w tej chwili zdecydowanie najaktywniej zajął się promocją polskich audiobooków – we współpracy z tym serwisem powstały ambitne wersje audio takich książek, jak „Narrenturm” czy „Wroniec”.
Rynek książek do słuchania jest szczególnie wrażliwy na piractwo – jeśli ściągniemy z sieci płytę Madonny, to, bądźmy szczerzy, artystce nie zrobi to większej różnicy. Tymczasem piracenie audiobooków łatwo może zniszczyć niewielki jeszcze rynek – polskie książki audio sprzedawać się mogą tylko w Polsce, a jeżeli nie będziemy za nie płacili, wydawnictwa nie zechcą udostępniać praw do treści. Dlatego Audioteka.pl znakuje sprzedawane przez siebie pliki dźwiękowym znakiem wodnym wiążącym je z kupującym.

Dla wszystkich miłośników słuchania książek mamy prezent. Audioteka.pl przygotowała specjalny kod promocyjny, dzięki któremu nasi czytelnicy uzyskają 30 procent zniżki na wszystkie zakupione książki. Wystarczy przy zakupie wpisać hasło: sluchaj-z-przekrojem i wcisnąć przycisk „Przelicz”. Kod będzie działał aż do końca lutego!
Polecamy!

wpisz swój komentarz

Tytuł: Pseudonim:  
Treść: E-mail:

Zapisz

Wydawnictwo "Przekrój" sp. z o.o. zastrzega sobie prawo do usuwania komentarzy łamiących polskie prawo lub zasady dobrego wychowania.  

komentarze do artykuŁu

2010.06.04 10:57

Wymieniony w tekscie projekt dLibra to właściwie platforma do tworzenia bibliotek cyfrowych. Jak się sprawdza widać na stronie Federacji Bibliotek Cyfrowych, gdzie mamy dostęp do ponad 400...

Libra
2010.06.02 19:15

Nie mogę się nadziwić, że w końcu człowiek wymyślił coś tak wspaniałego. Niestety cena odstrasza. Nikt przy zdrowych zmysłach nie wyda na taki jeszcze "gadżet" tyle pieniążków. Ja...

z.malgorzata

nienawidzę śmierdzących farb, książek pełnych roztoczy i ciągłego kichania... gdyby jeszcze pojawił się sensowny czytnik

Wszystkie