|
Czas zrozumieć
Piotr Stanisławski Szkoda mi czasu. I wcale nie chodzi o to, że jestem tak zajęty. Czasu mi szkoda najzupełniej dosłownie – po prostu przykro patrzeć, jak z najwyższego władcy świata zamienia się w coś miałkiego i uległego, a z czasem próbuje całkiem zniknąć
Kiedyś ludzie cenili czas. sprawa była jasna – kolacja jest o 18 i koniec. Spóźnień nie uznajemy. Nikogo nie obchodziło, że się spieszyłeś. Czas jest jeden dla wszystkich i wszyscy muszą go szanować.
Ta metoda sprawdzała się przez stulecia. Jeszcze zanim Liang Ling-Son gdzieś w VIII wieku zbudował pierwszy mechanizm zegarowy, ludzi radzili sobie rozmaitymi czasomierzami wodnymi, piaskowymi, a co bardziej zdesperowani – słonecznymi. Tak czy inaczej, chodziło o uporządkowanie czasu – minuta miała być równa minucie, choćby nie wiem co się działo. Na ironię zakrawa to, że czas zepsuł się nie gdzie indziej, tylko w światowym królestwie zegarów, czyli w Szwajcarii. To tam 103 lata temu pewien bardzo dociekliwy urzędnik biura patentowego zrobił coś, po czym czas nigdy już nie wrócił do siebie – przylepił go do przestrzeni. Upadek czasu Posunięcie było o tyle okrutne, że wcześniej to czas miał władzę nad materią, a ta nie miała na niego żadnego wpływu. Starzenie się i rozpad – owszem, ale nie do pomyślenia byłoby, żeby czas z jakiegokolwiek materialnego powodu zwolnił lub przyspieszył. Jednak coraz bardziej precyzyjna nauka z upływem czasu burzyła ten porządek. Kiedyś Arystoteles twierdził, że Ziemia spoczywa majestatycznie w przestrzeni, stanowiąc absolutny punkt odniesienia dla każdego ruchu. Trochę czasu minęło, zanim Galileusz doszedł do wniosku, że sprawy nie wyglądają tak prosto, bo właściwie z fizycznego punktu widzenia nie ma różnicy, czy to statek porusza się względem lądu, czy może ląd względem statku. Później wszystko zaczęło przyspieszać – kilkadziesiąt lat później Newton oparł rewolucyjne fundamenty fizyki właśnie na wnioskach Galileusza, a po kolejnych kilku dekadach zamieszania w tym wszystkim narobił Maxwell ze swoimi równaniami opisującymi rozchodzenie się fal, z których wynikało, że światło musi rozchodzić się ze stałą, niezmienną prędkością. Pomysły na czasie Żeby jednak prędkość była stała, trzeba ją względem czegoś mierzyć. By utrzymać dotychczasowy porządek świata, na gwałt potrzebny był jakiś nienaruszalny układ odniesienia. Czym prędzej sięg-nięto po starożytną ideę eteru, substancji przenikającej wszystko, niezależnej i stanowiącej stały element wszechświata. Przez krótką chwilę wszystko wyglądało pięknie, ale zaraz potem nazbyt dociekliwi badacze zaczęli szukać dowodów na istnienie tego eteru i szybko się okazało, że nijak nie da się ich znaleźć. Właśnie wtedy wychynął ów urzędnik patentowy i ostatecznie pogrzebał resztki zdrowego rozsądku w fizyce. Na pierwszy rzut oka nie wyglądało to groźnie – główny postulat szczególnej teorii względności, jak nazywały się jego przemyślenia, głosił coś podobnego do tez Galileusza. Wszystkie prawa fizyki są identyczne dla każdego obserwatora poruszającego się swobodnie, niezależnie od prędkości, z jaką się porusza. Gdzie tu rewolucja? Otóż tkwi ona w słowie „wszystkie”. Skoro Maxwell- stwierdził, że prędkość światła jest stała, to musi oznaczać, że wszyscy obserwatorzy mierzący prędkość poruszania się światła muszą otrzymać ten sam wynik. Nie ma więc żadnego eteru ani innej uniwersalnej siatki albo linijki – każdy jest punktem odniesienia sam dla siebie. Konsekwencje tego są znacznie poważniejsze, niż się w pierwszej chwili wydaje, a jedną z nich jest właśnie rozstrojenie czasu. Wynika ono z nadmiaru względności. Jeśli stoisz na peronie, a w mijającym cię pociągu ktoś upuści jabłko, dla ciebie będzie ono leciało nie pionowo w dół, ale ukośnie – w kierunku podłogi i jednocześnie wraz z pociągiem wzdłuż peronu. Jednak ten, kto owo jabłko upuścił, jest całkowicie pewny, że przeleciało ono tylko mały kawałek z jego ręki na podłogę. Kto ma rację? Obaj ją macie. Dziwne? Ale prawdziwe. Każdy z was otrzymał inną drogę, jaką przeleciało jabłko. Ty widziałeś 15 metrów, ten w pociągu – ledwie metr. To teraz czas na szybką zmianę. Zamiast rzucać owocami, włączamy latarkę skierowaną ku podłodze. Promień światła leci szybciej od jabłka, lecz w obu przypadkach to, co widzicie, różni się. Dla ciebie promień przebywa znacznie dłuższą drogę niż dla włączającego latarkę, ale dla was obu prędkość światła pozostaje taka sama. A przecież prędkość to nic innego jak droga podzielona przez czas – na przykład km/godz. czy km/s. Prędkość światła stała, droga różna, więc trzeba zmienić trzeci element równania. Wniosek? Dla każdego z was czas płynie trochę inaczej. wpisz swój komentarzkomentarze do artykuŁu2008.11.01 12:37
... to prawda ze jesli jest to streszczenie to autor powinien byc ujawniony, niemniej jednak ton w jakim sie Czosnek wypowiadasz jest zalosny, i naprawde mocno mnie zdziwilo ze pierwszy komentaz... 2008.10.28 10:12
Phi, autor naczytał się "Krótkiej historii czasu". Analogie ze spadającym w pociągu jabłkiem i włączanej latarki są żywcem zerżnięte z książki S. Hawkinga. Tak, czy siak, udało mu... czosnek
Koniecznie przeczytaj![]() ![]() ![]() Zrób to. Sam 8.03.2010Rysunki Marka Raczkowskiego z „Przekroju”, numer 10/2010Wymyślił i narysował Marek Raczkowski polecamy numer 10/2010
|
|