Strona główna > Cywilizacja > Nauka > Czas cudów
20.12.2005
Czas cudów

Rekiny miały nie chorować na raka. Taka była umowa. Kłopot w tym, że – jak się zdaje – rekinów o tym nie poinformowano.

Ten stary gatunek zwierząt (ewolucyjnie dorównujący wiekiem nawet dinozaurom) uchodził do niedawna za nieprawdopodobnie wręcz zdrowy. Nikt nigdy nie widział rekina chorego na przypadłości tak groźne jak na przykład nowotwór.
Wysnuto z tego wniosek, że musi to być związane z jakąś niezwykłą cechą ich układu odpornościowego. Przyjrzano się krążącym w ich krwi przeciwciałom. Były o połowę mniejsze od ludzkich. „Dzięki temu, że są tak małe, mogą lepiej penetrować tkanki i przeciwdziałać ich rakowaceniu” – osądzono.
Zanim jednak ktokolwiek zabrał się na poważnie do naukowych badań zdrowia rekinów, powstało kilka obrotnych firm, które zajęły się masową eksterminacją tych zwierząt. Z ich wątroby robiono rodzaj tranu, z chrząstki zaś produkowano specyfik, który miał wszechstronnie dobroczynne działanie. W ulotce czytamy o wspomaganiu leczenia raka, osteoporozy, zapalenia i zwyrodnienia stawów, łuszczycy. Zalecany jest przy leczeniu ran, owrzodzeń, egzem, zmian degeneracyjnych siatkówki. Preparat wspomaga porost włosów i paznokci.
Producenci preparatu powołują się na badania z 1983 roku wykonane przez dwóch (niewymienionych z nazwiska) badaczy ze znanego Massachusetts Institute of Technology, udowadniające, że chrząstka rekina zawiera substancję, która powstrzymuje rozwój sieci naczyń krwionośnych dostarczających substancje odżywcze nowotworom. Badania te potwierdził ponoć niejaki Carl Luer, biochemik z Sarasoty.
Doktor Prudden zauważył z kolei, że mukopolisacharydy zawarte w chrząstce rekina nie tylko stymulują odporność, lecz także zapobiegają stanom zapalnym. Natomiast doktor Serge Orlow, specjalista w zakresie zapaleń stawów, po upewnieniu się, że wyciąg z chrząstki rekina jest nietoksyczny, zastosował ten lek w przypadku kilku pacjentów cierpiących na choroby chroniczne i uzyskał bardzo dobre wyniki.
Chyba trudno się dziwić, że ów specyfik sprzedaje się świetnie, przysparzając swym producentom krociowych zysków. Sprzedaje się tak, mimo że już ze trzy lata temu ogłoszono wyniki oficjalnych badań, które jednoznacznie pokazały, że rekiny chorują na różnego typu nowotwory – nawet na nowotwory owej słynnej chrząstki. Badania prowadzili naukowcy dwóch znanych ośrodków – John Hopkins University i George Washington University w USA. Stwierdzili u tych zwierząt blisko 40 różnego rodzaju nowotworów.
Argument zaś, że białka zawarte w rekiniej chrząstce hamują powstawanie nowych naczyń krwionośnych, którymi odżywia się nowotwór, zbiły badania wykazujące, że podobne właściwości ma chrząstka ludzka, kurza i jeszcze kilka innych. Czy myślicie, że badania te zostały w jakikolwiek sposób nagłośnione? A komu by na tym zależało?

Drogie mleko
Preparat wciąż się świetnie sprzedaje, ulotki nadal przedstawiają rekiny jako te, co się nowotworom nie kłaniają. Bo najważniejszy jest marketing. On to bowiem kreuje różnego rodzaju sezonowe mody na cudowne specyfiki. Głosi wyższość jednych witamin nad innymi i niezwykłe właściwości tajemniczych diakrwi, mikroelementów, balsamów, płynów do wcierania i popijania.
Pożywką dla wyrastających jak grzyby po deszczu kolejnych specyfików są zwykle nie do końca sprawdzone informacje (jak było w przypadku rekina), wstępne wyniki jakichś badań czy po prostu głęboka wiara w skuteczność leku. Na tej żyznej glebie rodzą się takie specyfiki jak ten – ostatnio bardzo modny, a będący po prostu ekstraktem z krowiego mleka – który pomaga na stany zmęczenia, astmę, cukrzycę, alergię, łuszczycę, toczeń, chorobę Alzheimera i raka. Krawaty wiąże i usuwa ciążę.
Jedno opakowanie – okazja! – 250 złotych. Co miesiąc producentowi udaje się sprzedać (drogą akwizycji) blisko 60 opakowań.

Na głowę apap
Według danych Federacji Konsumentów (http://www.federacja-konsumentow.org.pl/) reklamą medykamentów kieruje się 62 procent Polaków, którzy chorują na jakąś przewlekłą chorobę, i około 80 procent ludzi, którzy uskarżają się na co najmniej jedną dolegliwość. Sprzedaż leków bez recepty rośnie po każdorazowej emisji reklamy.
Aptekarki – w przeprowadzonej przez nas w kilkunastu aptekach w Polsce miniankiecie – przyznają, że ludzie przychodzą z gazetą w ręku i proszą o lek, który jest tam reklamowany. Najgorsze jest to, że nie wiedzą, co kupują.
Na ból głowy podobno najlepszy jest apap, a na ból zębów paracetamol.
– Gdyby ten człowiek czuł się jeszcze przeziębiony i w domu żona podałaby mu coldrex, bo tak poleciła sąsiadka, to sytuacja staje się niebezpieczna – mówi w rozmowie przeprowadzonej dla Federacji Konsumentów doktor Wojciech Masełbas, specjalista farmakologii klinicznej. – I paracetamol, i apap, i coldrex, choć różnią się nazwami handlowymi, zawierają tę samą substancję czynną – paracetamol. Załóżmy teraz, że każda z przyjętych pigułek zawiera 500 miligramów paracetamolu, zatem naraz człowiek ten przyjmuje 1,5 grama tej substancji. Jeśli kurację tę powtórzy cztery razy w ciągu doby, to mamy już 6 gramów, czyli maksymalną dzienną dawkę dla paracetamolu. Aż strach pomyśleć, gdyby pacjenta tego zaczęło łamać w krzyżu i leczyłby się na to codiparem (który także zawiera paracetamol).
Nie da się manipulować zapadalnością na choroby, jak zatem zwiększyć zyski ze sprzedaży leków? Trzeba sprawić, by brało je więcej osób. Kolejne kampanie reklamowe promują „nowy” rewelacyjny specyfik, który od tego z poprzedniego sezonu różni się jedynie nazwą lub sposobem podania: kapsułki przeobrażają się w krople lub czopki, dzięki czemu lek niemal cudownie zmienia właściwości.
Pół biedy, gdy reklama jakiegoś specyfiku podawana jest w sposób bezpośredni. Coraz częściej zdarza się jednak, że dociera do nas pocztą pantoflową – jedna pani poleca drugiej pani i tak to się rozchodzi. Dotyczy to zarówno standardowych leków bez recepty, jak i cudownych specyfików o nieustalonym pochodzeniu i składzie. Mechanizm ten wykorzystuje reklama z panią Goździkową polecającą lek na ból głowy. W aptekach przyznają, że Goździkowa cieszy się naprawdę sporym autorytetem wśród Polaków.

Łzy skały
Przykładem takiej akcji marketingowej był – niezwykle swego czasu popularny – preparat mumio, którego imieniem nazwał się dziś jeden z kabaretów. Preparat ów rozchodził się między znajomymi i sąsiadkami „na zasadzie Goździkowej” i tym sposobem zawojował Polskę. Czym był? „Ten cudowny skarb swoją nazwę zawdzięcza starożytnym Grekom. W ich języku oznacza »ochraniające, oczyszczające ciało«” – czytamy w ulotce (okazuje się, że mumio ma wciąż sporą grupę wyznawców). Dalej dowiadujemy się, że pochodzi z unikatowych nacieków skalnych o właściwościach leczniczych. Mumio występuje niezmiernie rzadko. Spotkać je można jedynie w niedostępnych górskich jaskiniach, grotach i szczelinach gór Ałtaju, Pamiru, Kaukazu oraz na terenie południowej Syberii. Z tych wyjątkowych, trudno dostępnych miejsc emanuje ogromna energia i niepojęta dla nas siła, którą góry oddają nam w postaci zagadkowej substancji – mumio. Od tysięcy lat pomaga ona ludziom odzyskać utracone siły i wzmocnić organizm. Naukowcy wciąż nie znają pochodzenia mumio. Dawniej wierzono, że są to łzy skał. Współczesne badania wykazały ponoć, że ta górska substancja zawiera nie tylko składniki mineralne, lecz także wiele organicznych elementów, jak jad pszczeli, żywica czy ziołowe olejki eteryczne…

Potrzeba cudu
Podobną karierę zrobiły i inne cudowne specyfiki: preparat profesora Tołpy (podparcie się autorytetem profesorskim przynosi naprawdę niezwykłe efekty), vilcacora – peruwiański specyfik roślinny na wszystkie choroby świata, słynny amol, l-karnityna i preparaty z chromu na odchudzanie. To gwiazdy jednego, góra dwóch sezonów. Brak cudownych uzdrowień i spektakularnych cudów nuży wkrótce gawiedź, która zwraca się szybko ku nowemu cudowi medycyny. No cóż, mamy potrzebę cudów. Dlatego wierzymy, że witamina A, E czy C jest lekiem na całe zło, i szybko wypieramy z pamięci głosy naukowców, którzy demaskują te cudowne właściwości. Wiara czyni cuda. Dlatego nie dziwią doniesienia o przypadkach uleczenia nawet poważnych chorób z pomocą tajemniczych specyfików. Często bowiem równie ważne jak skład danego farmaceutyku jest przekonanie pacjenta o jego skuteczności. Zdarza się, że efekt placebo związany z połknięciem żółtej czy zielonej tabletki działa skuteczniej od niejednego uznanego medykamentu.
Dlatego nie myślę, że ten artykuł skłoni kogokolwiek do porzucenia wiary w cuda. Wiara bowiem ma jeszcze to do siebie, że jest niewrażliwa na racjonalne argumenty. Co więc mi pozostaje? Wierzyć w państwa rozsądek.

PS Dziś na topie jest wyciąg z pestek grejpfruta. Słyszałam od znajomego lekarza, że pomaga prawie na wszystko ;-)

wpisz swój komentarz

Tytuł: Pseudonim:  
Treść: E-mail:

Zapisz

Wydawnictwo "Przekrój" sp. z o.o. zastrzega sobie prawo do usuwania komentarzy łamiących polskie prawo lub zasady dobrego wychowania.  

komentarze do artykuŁu

Brak opinii.